MENU
2015-09-15 19.59.39

„…i luksus dla wszystkich!”

homo-neanderthalensis

Antropopolemika, czyli echa pewnego artykułu

2 września 2016 Comments (0) Views: 664 Myślę

Miłość umiera, zdycha na suchoty

pxOtwieram facebooka i zalewa mnie fala złotych myśli:

Bo wiesz, miłość nie umiera. Zdarza się jej czasem zdrzemnąć, ale zawsze budzi się jeszcze silniejsza. Ponad tysiąc lajków.

Żadna wielka miłość nie umiera do końca. Możemy strzelać do niej z pistoletu lub zamykać w najciemniejszych zakamarkach serc, ale ona jest sprytniejsza, wie – jak przeżyć. Ach, jakie to wzruszające, chyba się zaraz rozpłaczę… Ale najpierw sobie rzygnę.

Mówią, że miłość umiera między dwojgiem ludzi. To nie prawda. Nie umiera. Opuszcza tylko człowieka, odchodzi, jeśli nie jest jej godzien. Miłość nie umiera, tylko ludzie umierają. Noż kurwa, głębokie.

Niezliczone pokolenia przemijają jak jesienne liście. Tylko miłość jest wieczna. Tylko miłość nigdy nie umiera. Dajcie mi papierową torebkę!

Nawet Kozidrak zawodzi tym swoim przesyconym smutkiem głosem: Miłość nie umiera, choć czasem nie wie, czego chce. Szuka dróg do nieba, lecz dobrze nie wie, którą iść. Umiera pani Beatko, umiera. Tak samo jak babcia Hania, chomik dżungarski o wdzięcznym imieniu Adolfek i złota rybka w szklanej kuli.

Miłość nie umiera, czasem tylko zapada w sen. Phi! Chyba wieczny!

Karmią nas takimi bzdurami na okrągło, a my łykamy jak młode pelikany i uśmiechając się, dajemy kolejnego lajka. Ludzie, litości! Miłość umiera! Tak, nawet ta najpiękniejsza, najsilniejsza wyziewa ducha.

Miłość kończy się. Jak piosenka grana na złotej harfie i połamanych skrzypcach ulicznego grajka. Jak seans filmowy w śmierdzącej popcornem sali kinowej. Jak pasta do zębów, którą nieważne jak mocno naciśniesz, nic z siebie już nie da. Jak energia znikająca z ciała maratończyka tuż przed zderzeniem ze ścianą. Ulatnia się z nóg i tyle po niej. Kończy się jak pomarańczowe mentosy w kolorowej rolce i cukierki lukrecjowe w wielkim szklanym słoiku w sklepie ze słodyczami. Jak sok z gumisiowych jagód i biała herbata z guaraną. Jak narkotyczne  perfumy z piżmem i nutką mandarynki, po których zostaje tylko ozdobna butelka. Jak taśma dźwiękowa, przesiąknięta seksownym, papierosowym oddechem mrocznego jazzu. Kończy się jak dzień, sen o lecie i śniadanie na werandzie.

Miłość rozbija się na tysiące samotnych szklanych kawałków, jak ta transparentna butelka jabłkowego Tymbarku z miętą rzucona niedbale na chodnik, po której zostanie tylko wygięty kapsel z dzienną inspiracją.

Miłość roztapia się jak czekolada w gorących ustach, jak lody kawowe, mieszające się ze smakiem karmelu i prażonych migdałów na języku. Jak śnieżne płatki, maleńkie, białe, czyste, znikające w chwili zamknięcia w dłoni. Miłość topi się jak zegar Salvadora Dali, jak upływający czas. Jak plastikowa łyżeczka pozostawiona w gorącej cieczy.

Miłość gaśnie jak gwiazda na niebie, jak płomyki w egipskich latarenkach. Jak wiązka światła reflektorów niebieskiej toyoty, uderzającej w sosnę przy krajowej siódemce, tak bardzo nagle. Albo zupełnie stopniowo, jak światła na widowni przysłoniętej czerwoną kurtyną.

Miłość czasami kona jak topielec uwięziony we wściekłym morzu, splątany wodorostami, przygnieciony wieczną pianą i falą, która zabiera jego ostatni oddech. Marnieje jak wczorajsze winogrona, przedwcześnie zerwane. Jak wafle w kształcie serca, z dżemem poziomkowym, zostawione na trawie w ogródku na weekend. Jak kleks truskawkowej marmolady na małym, deserowym talerzu przywiezionym z Werony. Jak kostki kleistej galaretki rzucone między źdźbła trawy.

Miłość ginie jak chmury przepędzone wiatrem. Jak zmarszczka pojawiająca się od uśmiechu, biegnąca ku skroniom, niczym pierzasta palma zdobiąca egzotyczne niebo. Ginie jak biały szron z dachów domów i asfaltów. Jak zapach kwiatów na rabacie pod oknem, zdeptanych pijaną nogą błądzącą w drodze powrotnej z nocnej imprezy, oblanych miedzianym moczem parującym w mroźnym kwietniowym powietrzu. Ginie jak bąbelki prosecco, pozostawione na długo w wąskim kieliszku. Jak cukier puder zdmuchnięty podmuchem wiatru. Jak efekt nabrzmiałych warg po nałożeniu perłowego błyszczyku.

Miłość niknie jak strzępek gazety rzucony w upiorną, ognistą czerwień płomienia. Jak mydlana bania wydęta tysiącem błędów, przebita tym ostatnim, największym. Jak bomba kąpielowa w kolorach tęczy, która pieni się gdy wrzucisz ją do wody, zostawiając na brzegach wanny kilka płatków rumianku spłukanych silnym strumieniem lodowatej wody.

Miłość pęka jak krzywe piernikowe serce z dziurą po środku, przewleczone zbyt mocno czerwoną tasiemką. Jak cytrynowy balon trzymany na sznurku, puszczony w niebieską nieskończoność nieba, a lądujący na ciernistym krzaku róży. Jak czarna francuska koronka szarpnięta zbyt gwałtownie, rozdarta w miejscu, którego nie da się naprawić nawet magiczną nicią.

Miłość przekwita jak mak wplątany w złociste łany zbóż. Wypala się i ustaje. Jak świeca zapachowa, która na początku koi twoje zmysły swoim aromatem, by później dusić cię jego nadmiarem, aż wreszcie ustać tuż przy cienkim knocie.

Miłość więdnie. Jak ognisty miecznik zerwany zza płotu sąsiadki. Jaki bukiet róż od zdradzającego kochanka wrzucony do kosza pod dworcem centralnym. Jak kwiat orchidei wsadzony we włosy, skradziony przez letni wiatr i niedbale porzucony na przydrożne pole. Więdnie jak soczysty pomidor pozostawiony na słońcu, niegdyś pełen witamin i słodyczy, teraz z pomarszczoną skórką i wyschniętym miąższem.

Miłość usycha. Jak trawa skoszona o poranku, z jej sokami wsiąkającymi w każdy por gleby. Jak bukiet chryzantem pozostawiony na samotnym grobie, z krzyżem nadgryzionym zębem czasu i tablicą imienną pękniętą na kształt grzmotu. Usycha jak liście zrzucone z drzew i smukła wiśnia, z której zerwano korę.

Miłość pada. Jak mucha trzepnięta gazetą. Czasami od razu, zgnieciona siłą uderzenia. Czasami jeszcze długo się męczy bzycząc gdzieś w kącie. Pada jak zwierzę trafione strzałą myśliwego. Jak rząd domino, z jednym przewróconym klockiem, który sprawi, że upadną wszystkie pozostałe. Jak motyl, który raduje koralowymi skrzydłami, tańcząc pomiędzy gałęziami czarnej porzeczki, zataczając w powietrzu koła, zachwyca wszystkich, by zderzyć się z szybą w drzwiach balkonu.

Miłość gnije jak stara drewniana ławka w nadmorskim kurorcie. Znika jak biała piana na powierzchni napoju, wciągnięta przez słomkę zgiętą różowymi ustami. Jak para, unosząca się do góry niczym dymiąca spirala, która tworzy najpiękniejsze wzory. Jak dźwięk obcasów stukających o brukową kostkę, odbijający się echem w pustej ulicy.

Miłość umiera. Miłość zdycha. Jak srebrna mewa trafiona błyskawicą z błękitnego ognia tuż nad taflą ciemnej wody. Jak mysz zgnieciona metalową pułapką. Jak ten bezimienny kot wykopany na mróz, samotny i przerażony, z pchłami gryzącymi go aż do krwi. Jak ten nieszczęsny chomik rzucony na patelnię i przygnieciony szklaną pokrywką.

Tak, miłość umiera, kończy się, nie jest na zawsze. Dlatego zamiast czytać durnego bloga, idź i przytul ją do serca. Nieważne czy jest nią facet, kobieta, pies, dziecko, sąsiadka, babka z wąsem, zapchlony kocur, przerośnięta świnia czy zmutowany żółw. Idź i powiedz, że kochasz, bo jutro może jej już nie być.

 

Autor: Agnes. Just Agnes

 http://justagnes.pl/

 

 

Just Agnes: Obserwatorka życia, pasjonatka smaków i zapachów. Kobieta wielu pasji i eschatologicznych potrzeb, które sprzęgają się, tworząc tło z przejściem tonalnym zacierając granicę między tym co cielesne i tym, co duchowe.

 

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *