MENU
Chemicals_in_flasks

Ależ wdepnęliśmy, czyli chemia wokół nas

Mansfield_1917_cropped2

Życie do utraty tchu. O Katherine Mansfield.

1 sierpnia 2016 Comments (0) Views: 517 Lubię, Myślę

Mazurski ślad generała „Bora”.

fot. Jerzy Woźniak

fot. Jerzy Woźniak

Położone we wschodniej części Krainy Wielkich Jezior, mazurskie Kruklanki były świadkiem pewnego wydarzenia z okresu II wojny światowej. Rankiem 6 października 1944 roku na ówczesną stację z napisem Kruglanken wjechał pociąg osobowy. Nawet dla przypadkowych pasażerów, przebywających wtedy w okolicach dworca, było oczywiste, że nie był to zwykły skład. Peron otoczyło SS w towarzystwie tajniaków, ubranych w charakterystyczne skórzane płaszcze. Po kilku minutach postoju do wagonu podszedł żandarm i otworzył drzwi. Niewiele później ukazała się na stopniach wagonu postać mężczyzny w sile wieku, który rozglądając się na prawo i lewo, wkładał powoli na łysą głowę kapelusz. Za nim wysiedli następni pasażerowie, ubrani po trochu jak cywile i po trochu jak wojskowi. Z piskiem opon, prawie na sam peron podjechały osobowe samochody z policyjną rejestracją. Całą grupę pasażerów otoczyli żandarmi i SS- mani z pistoletami maszynowymi gotowymi do strzału.

Tak mniej więcej można opowiedzieć o pierwszych godzinach pobytu w Prusach Wschodnich Komendanta Głównego Armii Krajowej gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego. Po kapitulacji Warszawy, dowódca AK i jednocześnie Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych przekroczył barykadę na wysokości budynku Politechniki i udał się do niewoli. Przewieziony do Ożarowa, oddalonego 10 km od Warszawy, generał został skierowany do pociągu z obstawą SS. W Sochaczewie sytuacja uległa zmianie, ponieważ „opiekę” nad jeńcami przejął Wehrmacht. Dalsza podróż w nieznanym kierunku przebiegała w przedziale osobowym, w którym siedział wartownik. Na postojach wagon z polskimi oficerami był otaczany przez policję i żandarmerię.

Po latach generał Komorowski wspominał: „Nazajutrz dojechaliśmy do małej stacji Kruglanken w Prusach Wschodnich, gdzie kazano nam wysiąść. Kilkudziesięciu uzbrojonych żołnierzy SS otoczyło grupkę dwudziestu bezbronnych i bardzo zmęczonych Polaków.”

Przyjazd Komendanta Głównego AK do Prus Wschodnich nie był przypadkowy. Można śmiało postawić tezę, że generał Komorowski miał dużo szczęścia i nie podzielił losu swojego poprzednika generała Grota-Roweckiego, który został zamordowany w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen. Po przybyciu do „czystych i schludnych baraków” w pobliżu kwatery polowej Himmlera „Hochwald” (Pozezdrze), kat powstańczej Warszawy gen. Erich von dem Bach-Zalewski zapowiedział Komorowskiemu rychłą „audiencję” u Himmlera a być może nawet u samego Hitlera. Generał po latach skwitował tę wiadomość: „…nie bardzo mi się to uśmiechało”. Wszystko wskazuje na pomyłkę a raczej na pośpiech dowódcy oddziałów SS, skierowanych do pacyfikacji Warszawy w sierpniu 1944 roku. Przysłowie „tonący brzytwy się chwyta” jest w tym przypadku jak najbardziej trafne. W głowie von dem Bacha zaświtała koncepcja pozyskania Armii Krajowej do działań przeciwko sowietom a przynajmniej do zgody na „cichy” rozejm między polskim podziemiem a krwawiącym Wehrmachtem. Na propozycje niemieckie, składane jeszcze podczas rozmów kapitulacyjnych (rozszerzenie zawieszenia broni na wszystkie oddziały Armii Krajowej, nie tylko walczące w Warszawie), Komorowski zawsze mówił: nie! Widocznie lepiej od von dem Bacha rozumiał i oceniał tę postawę jego przełożony Himmler, który w ostatnim momencie nie zdecydował się na rozmowę z polskim generałem. Cała sprawa mogła się w każdej chwili zakończyć tragicznie poprzez podniesienie słuchawki telefonicznej przez jakiegokolwiek wyższego funkcjonariusza Sicherheitsdienst i wykonanie wiadomego rozkazu wydanego przez Himmlera.

To tyle o pobycie gen. Bora-Komorowskiego na mazurskiej ziemi. Ale nie byłbym sobą, gdyby oprócz mało znanych a jednocześnie ogólnodostępnych wiadomości nie „dorzucił” czegoś ekstra. Taka jest rola historyka-odkrywcy, o której nieco napisałem w poprzednim felietonie na łamach Nowych Myśli.

Kilka lat temu w czasie podróży do Niemiec i Austrii poznałem kombatanta Armii Krajowej, Pana Edmunda Baranowskiego – pseudonim „Jur”. Było dla mnie zaszczytem, że oprócz relacji służbowych (wizyta w ratuszu w Salzburgu, odbiór pomocy rzeczowej z firmy Hartman w Bawarii dla byłych żołnierzy powstańczej Warszawy) Pan Edmund obdarzył mnie swoim zaufaniem i sympatią. Na pamiątkę tej podróży ofiarował mi kilka dni po powrocie do Warszawy niezwykłą rzecz. Był to przedmiot należący do generała Bora-Komorowskiego, który przebył z nim setki kilometrów z powstańczej Warszawy przez Kruklanki, Berlin, Oflag 73 Langwasser w Bawarii, Colditz w Saksonii, Tittmoning, Laufen i tyrolski Markt Pongau. Właśnie Markt Pongau koło St.Johan w Austrii „zdecydował”, że własność Komendanta Armii Krajowej znalazła się za szkłem mojej bibliotecznej witryny. Ktoś zapyta, czy to nie jest prolog do rozdziału następnej powieści po „Mazurze”? Odpowiadam jak najpoważniej – nic z tych rzeczy! Pan Edmund Baranowski, do niedawna wiceprezes Związku Powstańców Warszawskich, od listopada 1944 roku do maja 1945 roku był jeńcem wojennym w Stalagu XVIIIC – 317 Markt Pongau w Austrii. Jako jeniec zmuszony był do pracy przymusowej, między innymi przy odgruzowywaniu Salzburga po alianckich nalotach. Ówczesny jeniec – kapral podchorąży Edmund Baranowski wspominał: „W pierwszych dniach maja 1945 r. do obozu w Markt Pongau przywieziony został generał Bór-Komorowski z oficerami sztabu. W grupie tej przybyło kilku wyższych oficerów angielskich, członków rodziny królewskiej i syn ambasadora USA w Londynie. 4 maja dyplomaci szwajcarscy i przedstawiciel Międzynarodowego Czerwonego Krzyża zabrali cała grupę samochodami, udając się w kierunku granicy szwajcarskiej. Przed odjazdem generał Bór-Komorowski chciał spotkać się z jeńcami-powstańcami z Warszawy i zdecydował, aby wyposażenie osobiste, które miał przy sobie, rozdać według uznania. Mnie w udziale przypadł pędzel i maszynka do golenia”. Pan Edmund, podczas pobytu na terenie dawnego obozu jenieckiego (obecnie korty tenisowe) w okolicy austriackiego St. Johan powiedział: „Gdy wrócimy do Warszawy, będzie Pana własnością”.

I tak się stało. Pędzel wraz z certyfikatem, wystawionym przez pułkownika w stanie spoczynku Edmunda Baranowskiego – pseudonim „Jur”, jest jednym z najcenniejszych przedmiotów, które posiadam w swoich zbiorach.

 

Autor: Jerzy Woźniak

Korekta: Danuta Bartoszuk

 

O autorze: http://www.ksiazkamazur.pl/oautorze.html

 

 

 

Tags: , , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *