MENU
Ksiega Ducha Gor - okladka 2014 (1)

Nieodgadnione tajemnice Ducha Gór

fot. z archiwum autorki

Ekfrazy – poezja Danuty Bartoszuk inspirowana obrazami

25 kwietnia 2016 Comments (0) Views: 1161 Czytam

Mastering the Art of Healthy Cooking

fot. Kasia Sikora Borowiecka

fot. Kasia Sikora Borowiecka

 

– Nie, nie przerywaj, dobrze wiem, o co chcesz zapytać. Wy, dziennikarze, wszyscy jesteście tacy sami. Szukacie sensacji. Nie pojmujecie, jak wielkie grozi mi niebezpieczeństwo.

No, nie patrz tak na mnie, znam ten wzrok, przypominasz mi teraz twoją matkę, ona też się tak na mnie gapiła, kiedy nie chciałam się z nią bawić w kuchnię. Zawsze w to samo, moja siostra nigdy nie miała wyobraźni i w końcu mi tę kuchnię wykrakała. Ale nie będziemy rozmawiać o tak odległych dziejach… prawda?

Nie wierć się tak i nie przewracaj oczami, skoro zgodziłam się tu przyjść, to będzie po mojemu.

Mówisz, że mamy tylko godzinę?

Dobrze, postaram się streszczać.

Boże, jakie to krzesło niewygodne i dlaczego tu jest tak ciemno? Oczy sobie całkiem od tego zepsujesz!

Poczekaj, spróbuję usiąść na skraju, gdybym przestawiła ten mikrofon, o tak… Może być? Troszeczkę się oprę. Boże, ten stół też niewygodny, za wysoki.

Tam się świeci zielona lampka… mówiłeś, że jak się zapali czerwona, to wchodzimy na antenę. Co mi pokazujesz? Ledwo cię widzę!

Ach, że zaraz wchodzimy. Jasne, liczę do trzech.

Co mówisz? Boże, ale mamroczesz, nie powinieneś popijać w pracy.

Skąd wiem? Mam nos jak francuski piesek, no i widziałam, jak wsuwałeś piersiówkę do szuflady. Nawet po ciemku nie dam się wykiwać. Nie bój się, nie powiem twojej matce, drugiego zawału by nie przeżyła. Mówiła, że możesz stracić tę pracę, dlatego wyszłam z ukrycia, dla ciebie i dla siostry. Agent twierdzi, że mogę przypłacić to życiem, ale rodzina zawsze była dla mnie na pierwszym miejscu. Nie, nie, teraz ci nie powiem. Dojdę do tego we własnym tempie. Inaczej nie zrozumiesz, że światem rządzą koncerny farmaceutyczne.

Co, już zaczynamy?! To powiedz, że napisałam książkę kucharską, tylko żadnych nazwisk! I podaj adres mojego bloga. Tam są recenzje czytelników. Wydawca mówi, że to najlepsza rekomendacja.

No dobrze, to puść piosenkę. Tylko coś wesołego. Przy smutasach w tych ciemnościach jak nic zasnę. A… i okno przydałoby się otworzyć.

Nie wolno? No trudno, jakoś przetrwam. A właściwie to mi też nalej kapkę. Może przestanę się trząść ze strachu.

Dziękuję. Och, dobrze mi to zrobiło. Już wchodzimy? No, to mów swoje.

– Jak już powiedział pan redaktor, napisałam książkę kucharską. Tyle że pisanie jej zajęło mi pięćdziesiąt lat. Potrzebowałam czasu na przeprowadzenie eksperymentów. Na kim?

Cóż to za pytanie?! Na rodzinie przecież.

No dobrze, skoro się upierasz, zacznę od początku.

Zanim wyszłam za mąż, pracowałam w restauracji Hotelu Bristol. Tam poznałam męża, dewizowca. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Pobraliśmy się już w Kanadzie.

Z miejsca mnie zatrudnili w pięciogwiazdkowej restauracji, choć słabo znałam angielski. Niby w kuchni potrzebny jest język, ale ten z kubkami smakowymi, a nie obcy. Dobrze mi szło, wciąż eksperymentowałam z nowymi smakami, szefowie chwalili i awansowali. Po kilku latach zaciążyłam, a jak urodziłam pierwsze dziecko, nie wróciłam do pracy, tylko zajęłam się domem. Nie powiem, nieźle nam się powodziło, mąż był inżynierem budowlanym. Potem urodziłam jeszcze czwórkę, więc na lata utknęłam w domu.

Mąż uwielbiał moją kuchnię. Tak sobie ustawił grafik, że nawet na lunch wracał do domu, a potem na kolację. U nas je się dwa posiłki dziennie na gorąco, więc nie brakowało mi zajęć. Czasem zdawało się, że wróciłam do pracy w gastronomii. No pewnie że tak, uwielbiam pichcić. Z przyjemnością gotowałam dla męża. Był dobrym człowiekiem, czułym i bardzo czystym.

Powiedziałam czystym? Cha, cha, cha, cha, sama nie wiem dlaczego. Ale kiedy o nim myślę, zawsze nasuwa się, że… był czysty.

Jednak miał jedną wadę. Był grubaskiem. Nie takim monstrum, jakich teraz pełno na ulicach. Kilkanaście kilo nadwagi i wciąż próbował się odchudzać. Tłumaczył, że to nie żadna anoreksja, tylko chce zdrowo żyć. Błagał, żebym mu w tym pomogła. Pomagałam z radością. Zamiast smażyć, piekłam i gotowałam. Co ja się sałat namyłam… Nie patrz tak, jakbyś myślał, że tylko narzekam. Nie o to przecież chodzi.

Wszystko robiłam dietetyczne i chudziusie, jedynie odrobina masła, bo masło musi być, wszystko co najpyszniejsze w kuchni robi się na maśle.

Jak to co?

Ty nie umiesz gotować? Nie! To niebywałe. Chłop w twoim wieku? Ile ty masz lat? Sześćdziesiąt dwa… no tak, urodziłeś się rok po moim pierworodnym, Johnnym. Biedny, w zeszłym roku zmarł na zawał. Nigdy nie słuchał ojca…

No tak… do rzeczy.

Gotowałam chudo, ale mąż wciąż tył. Mówiłam, że to dlatego, że się obżera, że nie kończy jeść, dopóki dna garnka nie zobaczy. A ten swoje, że za tłusto.

Potem się obraził i sam sobie pichcił. Serce pękło mi na pół. Zdradził moją kuchnię, to jakby mnie zdradził.

Powiem ci, że człowiek nigdy nie jest przygotowany na ból… Ech, co ja wtedy przeżyłam.

Chodziłam struta, bo Michel jadł wyłącznie te swoje sałaty i warzywa. Nie wszystkie, w niektórych są węglowodany, w owocach też, a one zdaniem męża tuczą. Zresztą, co ja się nasłuchałam o tych węglowodanach i glutenie to moje, ale chciałam ratować małżeństwo. Przynajmniej tyle nas wtedy łączyło, on opowiadał te swoje teorie, a ja słuchałam.

Dobrze, już opowiadam o Michelu.

Schudł bidulek, ale niewiele, a wciąż osłabiony na nogach się słaniał. Ale bałam się odzywać, byłam pewna, że odejdzie.

Potem przerzucał się na kolejne diety. Co roku nową. Mówił, że doskonalszą. Przy ostatniej, jaką pamiętam, jadł tylko smażony boczek, że niby tłuszcz jest dobry i daje energię. A do kawy porannej ładował całą kostkę masła. W ten sposób do czternastej nie był głodny. Czyli jeden posiłek odpadał. Mąż był zadowolony.

Po jakimś czasie, teraz już nie pamiętam… poszedł do lekarza testy sobie zrobić, bo on zawsze na punkcie zdrowia był przewrażliwiony. I wyszło mu, że jest uczulony na produkty mleczne.

Tym razem nie wytrzymałam, wiedziałam, że jeżeli wciąż będę trzymać gębę na kłódkę, stracę Michela, i to całkiem dosłownie, byłam pewna, że się wykończy tymi dietami!

Wygarnęłam, że tej alergii się z przedawkowania nabawił. No bo kto to widział – kostkę masła codziennie!!

Powiedziałam, że dłużej już nie mogę patrzeć, jak się nad sobą pastwi. Obiecałam, że będę mu gotować bez glutenu i węglowodanów, ale nie chcę, żeby dalej eksperymentował ze zdrowiem. Aż wreszcie mąż oświadczył, że chce, żebym mu znów gotowała. Poczułam się tak, jakby po drugiej rozłące wrócił do domu. Cały wieczór fruwałam ze szczęścia, a dopiero rano uświadomiłam sobie, jakie postawił przede mną wyzwanie!

Musiałam stanąć oko w oko z faktem: Koniec z masłem!

Uśmiechasz się? Ale, jak Boga kocham, mnie nie było do śmiechu.

Wracając do masła… Jak już mówiłam, wszystko co najlepsze w kuchni robi się z masła. Majonez, sos holenderski… Jak odrobiny masła do pieczeni nie dodasz, to się nie zarumieni jak trzeba, a i ryba niesmaczna. Do sosów, żeby zagęścić, do zup też trzeba. Warzywa na gorąco kochają masło. Inaczej to wszystko smaku nie ma.

Jak tu gotować bez masła, śmietany i jaj? Jak już mówiłam, ziemniaków i mąki też nie chciał jeść! To co pozostało? Toż samo mięcho i ryby!

Jak Boga kocham, to ja już wolałabym na trzy etaty w barach mlecznych zmywać, niż męczyć się z takim wymagającym klientem jak mój mąż. Ale skoro się zdecydowałam, musiałam podjąć wyzwanie.

A, i jeszcze dzieci zaczął namawiać na te swoje zdrowe diety. To mi się córki przejęły, bo do chudzinek to one nigdy nie należały. Syn się tylko w głowę pukał. On też inżynier, już praktyki studenckie miał, więc jak to młody, ciągle głodny chodził, jadł za sześciu, a chudy taki zawsze, jakby tasiemca hodował, albo i dwa.

Po nocach nie spałam, menu układałam na kolejne dni roku, żeby się nie powtarzały dania. To nie jest takie proste, jak masz do ugotowania czternaście gorących posiłków w tygodniu. A tych tygodni w roku jest pięćdziesiąt dwa. To sobie wyobraź.

No nie gap się tak! Ja ambitna jestem, jak się za coś wezmę to porządnie.

Zresztą wszystko znajdziesz w mojej książce.

Czytałeś? Tak szybko?

Nie, nie mogę zdradzić tajemnego składnika, bo takiego nie ma. Chodzi o dyscyplinę. O tym jest w książce.

Dobrze, już opowiadam. Oj, co jam się nakombinowała przy tym eliminowaniu glutenu i węglowodanów. Ale skutki były. Mąż z każdym dniem chudł, już po pierwszym miesiącu zrzucił cztery kilo. Cera mu się wygładziła, odzyskał siły. Nie ćwiczył, żadnych sportów nie uprawiał, a po roku stracił dwadzieścia kilo. Bez efektu jo-jo. Nigdy nie chorował. Nawet kataru nie łapał. I odmłodniał o pięć lat! Rozpowiedziałam o tym cudzie sąsiadkom, wszystkie zaczęły gotować z moich przepisów. Aż któregoś dnia przybiegł do nas sąsiad z nowiną, że ceny akcji firm farmaceutycznych na Wall Street pospadały na łeb na szyję. Od tamtego dnia zaczęły się nasze kłopoty.

Co mówisz? Jeszcze się nie domyślasz dlaczego?

Wrócimy do tego, ale po kolei.

Wiem, że nie poznałeś wujka. Kiedy wyjechałam do Kanady, kontakty nam się urwały. Zza oceanu trudno było przylecieć, najpierw dzieci były małe, potem zaczęliśmy się ukrywać.

Czas nam się kończy? Już? Tak szybko?

Dobrze, to powoli kończę. Nie tylko mój mąż schudł na tej diecie, ale i córki skorzystały. Wypiękniały pannice, nigdy nie miały problemów z trądzikiem. W szkole zaczęły sobie lepiej radzić. Nauczyciele zachodzili w głowę, jak to się mogło stać, że z przeciętniaków wstrzeliły się do czołówki. A wcale nie uczyły się więcej niż przed dietą. Wręcz przeciwnie, miałam wrażenie, że częściej z domu wychodzą, bo śliczne się takie porobiły i chciały się pokazywać z chłopakami. Potem wszystkie cztery na studia poszły. One też nigdy nie chorowały, a czas dla nich stanął w miejscu, uroda nie przemijała.

Ceny akcji firm farmaceutycznych wciąż spadały, a eksperci giełdowi bili na alarm. To wtedy pewien dziennikarz zaczął deptać nam po piętach, nie wiem, jak nas odnalazł, sąsiedzi nigdy nie zdradzili, kto jest autorem przepisów. Na początku chciałam odprawić go z kwitkiem, ale zorientowałam się, że facet ma dobre intencje. Namawiał mnie na napisanie książki kucharskiej. Twierdził, że jak nadamy diecie odpowiedni rozgłos, staniemy się sławni i będziemy bezpieczni. Pomyślałam, że to ma sens i napisałam książkę. Jednak sprawy potoczyły się jeszcze gorzej. Mówiłam już, żebyś dał mi czas, sama do tego dojdę.

Sąsiad zginął w wypadku samochodowym, tak podawały wiadomości, ale ja już swoje wiem.

No, nie gap się tak! Wszystko, co mówię, możesz sprawdzić.

Ech, ciężko człowiekowi na świecie samemu. Mąż odszedł…

Czy zmarł? Ależ skąd! Mój mąż żyje, i to jak żyje. Nową kobitę poznał i w zeszłym roku dzieciaka jej zrobił.

Jak to ile ma lat? Osiemdziesiąt cztery wiosny, jesteśmy rówieśnikami. Matka ci nie mówiła?

No, nie rób takich oczu. Mówiłam, że moja dieta działa cuda. Oj, dobrze, puść tę piosenkę. Znów zielona lampka się zapaliła. To znaczy, że teraz nas nie słychać. Nie? A, to dobrze, nalej mi jeszcze kapkę i muszę zrobić kilka kroków, bo całkiem zdrętwiałam od tego siedzenia. Tak, podaj mi laskę.

Och, dobre! Dolej jeszcze.

Co mówisz? Mam siadać? A, lampka miga. To już będzie ostatnie wejście? No dobrze, to mów swoje. Już czerwona się zapaliła.

Teraz ja?

– Dziękuję za wasz czas i zapraszam do lektury mojej książki. Do widzenia.

No dobrze, to odprowadź mnie teraz do drzwi. Nie na dół, nie trzeba. Mój Michel ze mną przyjechał. Tak, mąż! Dostał dyspensę od nowej kobity.

Ona rozumie, że czasem musi mi pomagać. Zdrowie już nie to. Zresztą, o co miałaby być zazdrosna. Że ja z Michelem? Cha, cha, cha, takie stare truchło jak ja?! Co miałabym z nim robić?! No i potrzebuję ochroniarza, mówiłam, że grozi mi niebezpieczeństwo.

Jak to dlaczego?! Nie słuchałeś mnie, prawda? Mówiłam, że od kiedy zaczęłam stosować dietę, nikt w domu nie chorował. Największe koncerny farmaceutyczne chcą mi płacić, żebym wycofała tę książkę z rynku. Ale nie oddam! Wezmą ją sobie dopiero po moim trupie.

Znów mamroczesz! O co ci chodzi?

A czy ja nie jadłam zdrowo? Jadłam, Bóg mi świadkiem! Ale lubiłam sobie pofolgować. Ciasta piekłam, wino piłam. A ta dieta wymaga dyscypliny. Mówiłam już o tym co najmniej raz.

A nie, to nie jest mój wnuk, to właśnie Michel… Mój mąż! Twój wujek!

Michel, meet my nephew Robert.

Robert, nie rób takiej miny, mówiłam ci, że dieta działa cuda.

Uważajcie, tamten facet ma pistolet!

Nieeeeee!

 

 

Autor: Katarzyna Sikora Borowiecka

Redakcja/korekta: Magda Polanowska

 

fot. z archiwum autorki

fot. z archiwum autorki

Katarzyna Sikora Borowiecka

Napisała trzy powieści. Dopiero druga spodobała się wydawcy na tyle, że „zaistniało prawdopodobieństwo, że ją wyda”. W chwili, kiedy dostała tę wiadomość, miała w szufladzie już trzecią książkę. Zdmuchnęła warstewkę kurzu i posłała ją temu samemu wydawnictwu, aby podbić stawkę i hurtem ukazać się na księgarskich półkach.

Musi się udać, już przygotowała się na sukces wydawniczy. Przycięła żywopłot, uporządkowała trawnik i wysadziła pomidory, aby paparazzi nie umarli z głodu, kiedy ona będzie składać autografy.

Lubi mieć wszystko zaplanowane, jedyne czego okiełznać nie potrafi to wyobraźnia. Jeżeli nie wypisze z siebie pomysłów, nie dają jej w nocy zmrużyć oka. Pisze, żeby się wysypiać.

 

 

Tags: , , , , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *