MENU

Pan Misio – dzień trzeci

Pan Misio – dzień czwarty

16 stycznia 2019 Comments (0) Views: 230 Czytam, Poezja

Marcin Lenartowicz – poezja Jagody Mornackiej

Nieobecność.

Skąd to się rozchodzi?

 

Kręgi w zbożach, rtęć na koniuszkach palców –

konieczność przejścia na ty z każdą tkanką,

w której brak powietrza – skąd to się rozchodzi?

 

Jak relikwie zdobiące ołtarze – zapach traw,

w których schowałaś kosmyk włosów.

Przypominam sobie od czasu do czasu jakiś

najmniej istotny szczegół – drewniany kolor,

ceglany smak kogoś, lub czegoś co pozwalało

odetchnąć pełną gębą. Bo przecież teraz,

to tylko synonim – symbioza uzależnień

wynikających z braku lepszych porównań

czy pytań zadawanych półszeptem, pośrodku stołu:

 

Czy to już?

Czy teraz wszystko będzie miało zielony podtekst i drapało w stopy?

 

Skąd. To się rozchodzi.

 

 

ŻYWIOŁAK:

Światłotoczyć.

odkąd twoje imię

stało się mantrą dla wiatru

częściej wychodzę

 

zbieram kamienie do kieszeni

by ułożyć z nich mozaikę

na obraz i podobieństwo martwych jabłek

 

potem schnę

 

 

Ziemionoc.

odkąd twój głos przypomina

powódź dekady częściej milknę

– dogasam, schowany

za płaszczem z liści akacji

 

tym częściej im bardziej zdaję sobie sprawę

że to jedynie ułamek

 

 

Wiatrostrun.

odtąd do ciebie będzie należał podpłomyk

chyba że powiem inaczej

nazwę go wrzosem

i porośnie każdy zakamarek

tak że gdybyś zapragnął nagle mnie spytać

 

…nieważne…

 

w twoje wargi złożę każde z imion

które nadano mi zanim dorosłam

niech ktoś pamięta o tym że grunt

to czuć pod powiekami piach

udeptywać go stukotem drobnych stóp

rozpamiętywać na wszelkie możliwości

 

 

i unikać deszczu

 

 

Hydroświst.

drzewa przestały się zrastać

odkąd chodzimy boso

palcami stóp drapiesz kontynenty

więc  zerkam tylko przez ramię

żeby upewnić się

czy to nadal aktualne

 

 

*.

Tyle, że do każdego mi teraz

jeszcze bardziej.

 

Wracam do domu,

zamykam się na siedem spustów

i udaję ścianę.

Dziewczynki pobazgrają mnie czasem,

czy kiedy nauczą się w końcu literek

– podpiszą, jakbym nie istniał gdzieś poza

horyzontem ich rzęs – kochane.

Uśmiechnę się, choć to nie wystarczy.

Roztopię, jak świeca której byłem świadkiem,

a która przestała dawać dym.

 

 

DESZCZ:

B.

Zastygłem.

Za winklem wiekowy kredens,

w środku mgła.

Mógłbym tu mieszkać,

skoro kurz, z powietrza tworzy kwiat

paproci. Ktoś, kiedyś tu czekał już,

ktoś, kogo nie znam przecież

dopóki pamięć nie podpowie drzew,

wiatru. Zastygłem w przeddzień wiosny,

wsłuchany w szum

 

jak listek.

 

 

Bajkradł.

Maryjeńka w tańcu skrzy się,

jakby luster stu trzaskanie.

Niech odpryskiem zwie się noc ta,

co na imię jej ornament.

Niech się wije, jak wąż w raju,

niech stukaniem budzi zamęt.

 

Drewno drewnem jeno tylko,

jeśli wierzyć w słów znaczenie:

Odszedł, a więc musi zostać

 został, toteż jest pragnienie.

Żeby pogryźć, pozaczepiać,

zmienić rytm lub skoczyć w ogień.

Niech się palą, tlą w niej gwiazdy,

kiedy – nagle – straci nogę.

Bo podwinie się taboret,

w proch obróci kruche wsparcie.

Został, kiedy nie mógł sprostać.

Odszedł, a więc stał się diabłem.

 

( BASI DERLAK)

 

 

Szczęście.

To jak wrodzona nieśmiałość,

kosmyk gwiezdny zamknięty w błękicie.

Gdzie każdy oddech, to euforia

a uśmiech goni uśmiech do tego stopnia,

że zapominasz, który z nich był pierwszy.

 

W końcu stajesz się kolekcjonerem

– pominięty krok, ten który nastąpił –

wszystkie momenty, kiedy po prostu byłeś obłok,

strącając te pęknięte gdzieś w odmęt.

 

To jak wrodzona niechęć do pokrzyw,

dystans równoważony przez ‚na całe życie’,

aż skapnie i nazbiera się w kącikach ust

 

zaledwie kroplą.

 

 

To też są wiersze.

Albo kiedy listek

zaczepi ci się pod rzęsę,

zabierasz go do domu,

żeby było cieplej.

Kładziesz na komodę i czeka,

aż wróci zmęczona i się uśmiechnie.

Bo przecież też lubi.

 

Albo kamyk.

Wpadnie do buta, bo tam

najbezpieczniej.

Troszkę się pozłości, połamie kości,

chociaż ona cieszy się do ciebie,

wiec nadal będą nietknięte,

jak wspólny czas.

 

 

Nieważkość.

Zamiast snów o studni – i głębiej –

od stu dni zasypiam bezpieczny.

Bo z wody, to teraz tylko para,

zgiełk jak na dworcach.

Autobusowych.

Wystarczy zająć miejsce, wyjrzeć przez okno,

a zaraz już jesteś.

Wystarczy położyć się na plecach

lub oprzeć o rękę,

a czuć ciężar, co nie wgniata w podłogę,

nie każe biec na oślep przez życie,

jakby gonił cię lęk o zawleczkę, co wypadła i toczy się obok.

Zamiast niej, tuż przed oczami,

widzisz marchewkę.

 

 

Rytm.

Wystarczy przestać oddychać,

jakby świat pochłonęły bąbelki.

Takie, kiedy otwierasz oczy pod wodą

i nagle zachłyśniesz się pięknem.

Wszystko jest szare i nieme,

jak oko przyprószone płatkami śniegu

– na zachętę, żeby nie odwracać wzroku –

hipnoza, trans – nazwij mnie dzieckiem.

Niech powrócą spopielone trawy,

niech świat zamknie na mnie dłoń, jak kolebkę.

Chcę przestać pamiętać sny i żyć w biegu.

 

Stać się jedynie tłem, w drodze mlecznej.

 

 

Imiennikt.

I nawet jeśli byłby ktoś szczęśliwszy,

kto lewą nogą zatacza widnokręgi,

w małym palcu mając dostępny światu błękit

i usta wypełnione po brzegi niemal wszystkim.

 

To ja go nie znam.

 

(DZIEWCZYNKOM.)

 

Marcin Lenartowicz krótko o sobie – Wujek Marcin.

Tags: ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *