MENU
fot. z archiwum autora

Wielosłowie – poezja Artura Orłowskiego

high-heeled-shoes-285661_1920

Dysonanse – opowiadanie Piotra Kuśmierka

31 października 2016 Comments (6) Views: 2517 Czytam, Opowiadania

Lustro – opowiadanie Hanki V. Mody

grafika - M. Słoniewicz

grafika – M. Słoniewicz

*

 

Pani Irena spojrzała na zegarek. Słyszała gdzieś, że od zaginięcia osoby musi minąć czterdzieści osiem godzin, zanim można je zgłosić na policję. Nie była to prawda, ale tego pani Irena nie wiedziała, więc czekała.

 

 

*

 

 – No i pięknie – utyskiwała Monika. – Teraz czeka nas siedem lat nieszczęścia.

 – Przestań bredzić, chyba w to nie wierzysz. – Gabriel patrzył skonsternowany na pajęczynę malutkich pęknięć na lustrze. Zaczynała się od dolnej krawędzi i rozchodziła na boki, na mniej więcej pięć centymetrów. – Jak to się stało?

 – Nie wiem jak, samo pękło. Gdy wróciłam z pracy, to już tak było. – Monika, drobna blondynka, opuściła bezradnie ręce. – I co teraz zrobimy?

 – Nic, wezwiemy szklarza – odparł Gabriel i wyszedł z łazienki.

 

 

*

 

Zapiął kurtkę, założył czapkę i wymknął się na klatkę schodową. Z kieszeni wyjął latarkę i włączył ją. Słabe światło zadrżało, rzucając niewyraźną, jasną smugę, wystarczającą, by trafić kluczem w zamek. Domofon i światło na klatce nie działały już od trzech dni. Nikt nie pofatygował się, by je naprawić. Gabriel też nie miał na to czasu, wciąż pracował. Tego dnia zaczynał o piątej rano. Nie zgasił latarki. Oświetlał drogę, żeby przypadkiem nie skręcić karku na schodach. Miał do pokonania dwa piętra. Odgłos kroków budził echa na pustej klatce schodowej. Gabriel nie zwracał uwagi na cienie przemykające po ścianach.

Na dworze przywitał go zimny wiatr. Zadrżał, wyłączył latarkę, skulił ramiona i schował ręce do kieszeni. Ruszył w stronę samochodu. Zdawało mu się przez chwilę, że coś zauważył, jakiś niewyraźny ruch w oddali. Mimowolnie przyspieszył. Po kilku krokach odwrócił się jeszcze, by sprawdzić, czy nikt za nim nie idzie. Nikogo nie było. Odetchnął.

 – Przecież wiadomo, że umysł płata mi figle. Jest ciemno i taki efekt – mruknął sam do siebie, jakby na pokrzepienie.

Rozejrzał się jeszcze raz. Wszędzie cisza i spokój. Światła paliły się tylko w kilku oknach. W końcu dotarł do samochodu, który zaparkował dzień wcześniej za blokiem, na wprost żywopłotu. Na plecach poczuł mrowienie. Uczucie, gdy ktoś cię obserwuje. Otworzył drzwi. Na moment rozbłysła lampka oświetlająca wnętrze auta. Wsiadł i odruchowo wcisnął przycisk centralnego zamka. Pstryknęło i nastała cisza. Wiatr został na zewnątrz. Chwilę obserwował otoczenie, szybko oddychając. Nie zauważył niczego niepokojącego.

  – Stary, a głupi – zaśmiał się i uruchomił silnik. Snop światła, padający na żywopłot, ukazał niespodziewany obraz. Gabriela przeszedł dreszcz.

 

 

*

 

Wygrzebał papierosa i zapalił. Nie wiedział, czemu dwa rozszarpane gołębie zrobiły na nim takie wrażenie. Wciąż miał przed oczami urwany łebek jednego z nich. Pewnie jakiś kot pomógł im zejść z tego świata.

Wyjechał z miasta. Wokół rozciągały się lasy. Słońce jeszcze nie wzeszło. Wyrzucił papierosa przez okno i zdało mu się, że ten wpadł z powrotem, na tylną kanapę. Mimowolnie odwrócił głowę. W tym momencie poczuł uderzenie i huk. Samochód podskoczył, jakby na coś najechał. Gabriel nacisnął hamulec. Zatrzymał się. Spojrzał w lusterko, ale niczego nie zauważył.

 – Jasna cholera – zaklął i wysiadł.

Przebiegł na drugą stronę samochodu. Nic. Wyciągnął latarkę. Rozejrzał się jeszcze raz, świecąc na drogę. Za samochodem ani przed nim niczego nie było. Sprawdził pod. Również nic. Serce kołatało mu w klatce piersiowej. Odszedł kilka metrów w bok, poświecił po poboczu, tam także niczego nie dostrzegł. Dopiero gdy wracał do samochodu, zobaczył rozbity reflektor i wgnieciony zderzak. Zauważył też ślady krwi. Co jest?, pomyślał. Oślepiły go światła zbliżającego się samochodu. Obok zatrzymała się stara skoda i wysiadł z niej mężczyzna około sześćdziesiątki.

 – Stało się coś? – zapytał.

 – Nie wiem, chyba coś przejechałem, ale niczego nie widzę – odparł skonsternowany Gabriel.

 – A co z samochodem?

 – Zbity reflektor i krew, ale boję się, że to mógł być człowiek. – Gabriel przestraszył się tej myśli.

 – I co? Myśli pan, że uciekł? Jak nic nie ma, to musiało być jakieś zwierzę, mało tu tego? – Mężczyzna powiódł wokoło ręką. – Pewnie jeszcze żyło i pobiegło w las. Szkoda tylko samochodu.

 – Tak, szkoda, dziękuję. – Pewnie mężczyzna miał rację. Gabriel poczuł ulgę. Zrobiło mu się za to przykro, że przez swoje gapiostwo mógł spowodować cierpienie jakiegoś zwierzaka, który dogorywał teraz w ciemnym lesie.

 – To ja będę już jechał dalej. – Mężczyzna skinął głową i wsiadł do swojego auta.

Po chwili światła zniknęły za zakrętem. Gabrielowi nie pozostało nic innego jak zrobić to samo. Do końca dnia miał poczucie wewnętrznego niepokoju.

 

 

*

 

Policja przyjęła zgłoszenie i odesłała panią Irenę do domu. Kobieta, prócz siedemnastoletniej córki, która od dwóch dni nie wracała, nie miała nikogo. Czasem wpadła tylko jakaś sąsiadka na plotki, ale poza tym żadnej rodziny, do której mogłaby zadzwonić i wypłakać swój niepokój. Wyraźnie czuła, że stało się coś niedobrego. Nie powiedziała policji, że córka często nie wracała na noc. Zostawała u koleżanek albo kolegów i nie informowała o tym Ireny, która wychowywała ją sama i czasem nie miała już sił. Ojciec nigdy nie przyznał się do małej, a Irena nie umiała walczyć. W domu dziecka zawsze dostosowywała się do panujących reguł. Natalię wychowywała, jak umiała i takie były efekty. Ale teraz, teraz instynkt podpowiadał najgorsze. A wiadomo, matka wie najlepiej. Pani Irena rozpłakała się.

 

 

*

 

 – No i sam widzisz. – Monika wyciągała oskarżycielko palec w kierunku lustra. Pęknięcia zdecydowanie się powiększyły, ale poza tym nic, lustro wisiało jak wcześniej.

 – Miśka, no widzę, ale mam nadzieję, że ty zauważyłaś, że dopiero wróciłem z pracy. – Gabriel nie był w nastroju.

 – Coś z tym jednak trzeba zrobić, to deprymujące – odparła Monika.

 – Co jest deprymującego w pękniętym lustrze? – Gabriel wrócił do przedpokoju, by zdjąć buty.

 – Nie wiem. Denerwuje mnie, że tak samo pęka. Coś z nim jest nie tak. – Monika stanęła obok męża.

 – A możesz jaśniej? – Gabriela zaczęło to irytować. Martwił się samochodem i wciąż miał w głowie obraz gołębi oraz myśli o rannym, niezidentyfikowanym stworzeniu.

 – Nie mogę, bo… – zająknęła się – nie rozumiem.

– Jak zrozumiesz, to mi powiesz, okej? – Mężczyzna objął żonę i poprowadził w kierunku kuchni, gdzie zamierzał znaleźć coś do jedzenia. – A poza tym, nie martw się. Zamów jutro szklarza, a jak nie, to ja to zrobię w sobotę. I nie wymyślaj głupot, tak się zdarza. Jakieś naprężenia czy coś. Blok pracuje, lustro przyklejone do ściany i bach.

 – Bach – powtórzyła za nim Monika.

 

 

*

 

Gabriel stał na leśnej polanie. Słońce świeciło mocno. Nie rozumiał, czemu nagle zrobiło się gorąco. Była jesień, ale musiało być ze trzydzieści stopni. Pot spływał mu po plecach. Ściągnął ciepłą kurtkę, szalik, czapkę. To niezbyt odpowiedni strój na taką pogodę. Nie mógł sobie przypomnieć, po co tu przyszedł. Kątem oka dostrzegł ruch. Odwrócił się w tamtą stronę. Z lasu wyszła sarna i zmierzała wprost na niego. Nie bała się, i to go przestraszyło. Pewnie jest wściekła, pomyślał. A może chora? Sarna powoli, lecz nieprzerwanie szła w jego kierunku. Zamachał rękami, ale zwierzę nie reagowało, więc instynktownie zaczął się cofać. I wtedy dostrzegł, że coś jest nie tak. Sarna kulała, miała odartą z boku skórę. Nie widział dokładnie, skąd sączyła się krew, która kapała na trawę. Z pyska ciekła jej ślina. Pewnie potrzebuje pomocy, pomyślał. I wtedy zdało mu się, że to nie sarna, ale młoda, ciemnooka dziewczyna, a z oczu – , jak łzy, leci jej krew. Spojrzał w górę: dwa gołębie pikowały w stronę jego twarzy. Zakrył głowę rękoma.

 – Gabriel, Gabriel, co się z tobą dzieje? – Monika szarpała go za ramię. – Obudź się, dlaczego krzyczysz?

 – Nie wiem, nie wiem, miałem zły sen. – Gabriel wracał do rzeczywistości.

Leżał we własnym łóżku. Obok siedziała przerażona Monika. Dotknęła chłodną ręką jego czoła, przynosząc tym samym ulgę.

 – Jesteś cały rozpalony, powinieneś jutro iść do lekarza.

 – Dobrze, pójdę, a teraz już się kładź. Nic mi nie jest – skłamał, bo czuł, że coś się z nim dzieje. Nigdy wcześniej nie zachowywał się jak paranoik, ale ten sen naprawdę go przeraził. Leżał do rana, nie mogąc, a może bojąc się zasnąć. Rano pęknięcia na lustrze powiększyły się.

 

 

*

 

 – Jeśli lustro pęka od wewnętrznych naprężeń, to z reguły jest jedna rysa, no może jeszcze od biedy powstać kilka drobnych, ale nie aż tak, nie cała siatka, i nie przez kilka dni. – Mario, architekt i zarazem przyjaciel Gabriela patrzył zafrasowany na lustro i perorował. – To jest zdarzenie statyczne. Mechanizm jest ten sam, co przy uderzeniu, ale wyginanie trwa powoli, dni, tygodnie. Takie pękanie od naprężenia to proces. Dopiero gdy osiągnie wartość krytyczną, następuje trzask i pojawia się rysa. Wtedy naprężenie ustępuje i już dalej nie pęka, chyba że w innym miejscu.

 – Ale sam widzisz, że tu pęka, tak jak pęka – odparł. – I uwierz mi, że nikt w to lustro niczym nie uderzał. Zatem, o co chodzi? – Gabriel spojrzał na swoje odbicie. Twarz wydała mu się lekko wykrzywiona, obraz się rozmazywał. Odwrócił wzrok. – Chodźmy się napić, Mario. Jutro przyjedzie szklarz i po kłopocie.

 – Możliwe, ale to jest dziwne, ja ci mówię – powiedział Mario i wyszedł za kumplem na drinka.

 

 

*

 

Gabriel zastał Monikę w kuchni. Miała dziwną minę i była bledsza niż zwykle. Założyła czerwoną sukienkę, a do tego żółte pantofelki. Przy jej drobnej figurze i czarnych oczach w tym stroju wyglądała przecudnie. Przełknął ślinkę. Jakby gdzieś jeszcze widział te oczy, ale nie mógł sobie przypomnieć gdzie.

 – Wychodzisz? – zapytał żonę.

 – Nie, chciałam zjeść z tobą uroczystą kolację. Zrobiłam tajską zupę z krewetkami i curry z dyni. – Uśmiech rozjaśnił jej twarz.

 – Jesteś jakaś blada. – Zauważył, siadając naprzeciw i wyciągnął rękę, by dotknąć jej czoła. Było chłodne.

 – Nic mi nie jest, ale córka pani Irenki zaginęła. – Monika westchnęła.

 – Natalia? – Gabriel zmarszczył brwi. – Przecież ona lubi sobie znikać.

 – Tak, ale teraz pani Irenka zgłosiła sprawę na policję. To już kilka dni i – zawiesiła głos – na poboczu, zaraz za miastem znaleziono jej torebkę.

 – Gdzie za miastem? – Gabriel wstał, przeczesał włosy palcami.

 – No w lesie, obok drogi na Suwałki – odparła.

Mężczyznę zmroziło. To tam coś lub kogoś potrącił. Zakręciło mu się w głowie, usiadł z powrotem. Poczuł, że i on zrobił się blady jak Monika.

 – Widzę, że ciebie też to ruszyło. Szkoda mi Ireny, jest taka przestraszona.

 – Muszę umyć ręce. – Zmienił temat, wstał szybko i poszedł w kierunku łazienki.

Monika podążyła za nim. Gabriel stanął w drzwiach i spojrzał z niedowierzaniem na nowe lustro, które wisiało dokładnie na wprost wejścia.

 – Nie zdążyłam ci powiedzieć – pisnęła Monika za jego plecami.

 – Wczoraj był szklarz. Co to jest, do cholery? – podniósł głos, wyraźnie się trząsł.

Pęknięcia niewiele różniły się od poprzednich, były nawet większe.

 – Nie krzycz – Monika skuliła się – to nie moja wina. Tak już było, jak wróciłam. Przestraszyłam się.

 – Cholerny blok – mruknął. – Trudno, trzeba będzie powiesić lustro w ramie, bo widać to przyklejanie do ściany się nie sprawdza. Wymyśliliście sobie z Mario takie lustro, to teraz płaćcie za wymianę.

 – Przecież to nie moja wina – kobieta chlipała.

Spojrzał na nią i złagodniał.

 – Racja, przepraszam, jestem zdenerwowany, w pracy kłopoty. – Przyciągnął ją do siebie i pocałował w czubek głowy. Miała piękne blond włosy. Dlatego tak mu się spodobała na imprezie u Maria kilka lat temu. Blondynka z czarnymi oczami. Wyjątkowe połączenie. Rok po imprezie byli już małżeństwem, a kilka lat po ślubie jego żona wciąż go pociągała. Ostatnio zrozumieli, że chcą mieć dziecko. Coś, co powstanie z ich miłości i namiętności. Zakręciło mu się w głowie. Puścił żonę i oparł się o futrynę drzwi. Jakaś natrętna myśl nie dawała mu spokoju. Coś było nie tak. Nie wiedział co i chyba nie chciał wiedzieć. Niepokój, niczym czarny ptak, rozsiadł się na jego klatce piersiowej i tkwił niewzruszony.

 – Wszystko w porządku? – Monika spojrzała załzawionymi oczami na swojego mężczyznę.

 – Tak, kochanie, nie martw się. Daj mi chwilę. Zaraz będę na kolacji.

Usiadł na brzegu wanny, dysząc jak po biegu. Coś próbowało przebić się do jego świadomości. W głowie kołatały nieznośne myśli. Pobocze, torebka, dziewczyna, las, oczy żony i jeszcze to lustro. Nie mógł zrozumieć, co się dzieje. Bał się tych myśli. Odpędził je od siebie, przemył twarz zimną wodą i wrócił do Moniki. Zamierzał cieszyć się kolejnym wieczorem z ukochaną.

 

 

*

 

Zapach pomarańczowego ciasta roznosił się po malutkiej kuchni. Ściany pomalowane były na żółto, a na jednej z nich wisiały zielone szafki. Na małym stoliku leżał kolorowy obrus w kwiaty. Pani Irena dopiero wyjęła blachę z piekarnika i czekała, aż ciasto wystygnie. Kiedyś zaprosiłaby najbliższą sąsiadkę, ale dziewczyna od ponad roku nie żyła. Zginęła tragicznie potrącona przez samochód. Doszły ją słuchy, że była w pierwszych miesiącach ciąży. Taka tragedia. Irenka zamyśliła się. Czy jej córkę spotkał podobny los? Gdzie jest? Czy żyje? Minął już miesiąc od zniknięcia. Irena nie mogła znaleźć sobie miejsca. Jedyne, co w jakiś sposób jej pomagało, to gotowanie i pieczenie. Ale później niestety było jeszcze gorzej, gdy docierało do niej, że nikt poza nią nie będzie tego wszystkiego jadł. Kilka dni wcześniej spotkała pana Gabriela. Zbiegał właśnie po schodach, gdy ona szła z siatkami do domu. Prawie ją potrącił.

 – Przepraszam najmocniej. Może ja pomogę? – Już wyciągał rękę po siatki.

 – Nie trzeba, przecież widzę, że pan się spieszy. Coś się stało? – Przyjrzała się mu uważnie. Był blady i schudł. Zmarniał wyraźnie od ich ostatniego spotkania. Ręce mu się trzęsły, a oczy miał podkrążone.

 – Stało? – Drgnął niespokojnie. – Nie… Nie… Nie stało, chyba nie, muszę do pracy – mówił dziwnie. – A jak córka? Wiadomo coś? Znalazła się?

 – Nie, poza tą torebką to nic. – Irena spuściła oczy.

 – Ale co z tą torebką? Była zakrwawiona? – dopytywał się i jakby przestał się już spieszyć.

 – Zakrwawiona? O Boże, co też pan wygaduje? – Pani Irena zatrzęsła się. – Nic z tych rzeczy. Tylko ubłocona. Wszystkie dokumenty w środku.

 – Och, to dobrze – Gabriel odetchnął z ulgą. – Pewnie zgubiła, ale żyje, żyje, pani Irenko!  – Nie wiedział, czy bardziej chciał przekonać Irenę, czy siebie. Kobieta patrzyła zdziwiona.

 – Muszę w to wierzyć, nic innego mi nie pozostało – odparła smutno. Na łzy już nie miała sił.

 – Ja już muszę iść, ale gdyby pani czegoś potrzebowała… – Nie dokończył.

 – Oczywiście, panie Gabrysiu, dziękuję. – Uśmiechnęła się niemrawo i ruszyła w górę. Zatrzymał ją jego głos.

 – Nie pękło ostatnio u pani w domu lustro? – Pytanie było dziwne.

 – Lustro? Nie, dlaczego pan pyta?

 – Hmm, okej, nic takiego. Do widzenia. – I już go nie było.

 – Do widzenia. – Powiedziała Irenka i poszła do domu. Zaczęła się martwić o sąsiada. Coś jej się nie podobało, zarówno w jego wyglądzie, jak i w zachowaniu.

 

 

*

 

Gabriel natomiast martwił się o Monikę. Od kiedy w ich mieszkaniu pękło już drugie lustro, a pęknięcia z dnia na dzień powiększały się, stała się bardziej milcząca, płaczliwa i jakby bledsza. Sam starał się omijać lustro wzrokiem. Nie patrzył w nie, bo jego powykrzywiane odbicie przerażało go. Za każdym razem, gdy musiał wejść do łazienki, zamykał oczy. Uporczywie odpychał od siebie wszystkie myśli, które próbowały wejść mu do świadomości. Monikę namawiał na wizytę u lekarza.

 – Słuchaj, ja już z tobą nie dyskutuję – podniósł głos, a kobieta skuliła się w fotelu. Nic nie powiedziała.  – Przepraszam, że krzyczę, ale spójrz na siebie. Chciałbym, żeby zbadał cię lekarz. Jutro cię zawiozę.

 – Nie, nie, najlepiej mi w domu, tu, z tobą – odparła cichutko.

Przyjrzał się jej. Skóra żony zrobiła się szara.

 – Monisiu, kochanie, przecież widzisz, że coś się dzieje. Źle wyglądasz.

Spojrzała na niego, przekrzywiła głowę.

 – Ty też nie najlepiej, masz podkrążone oczy. – Wyciągnęła rękę w jego kierunku. Złapał ją, zamknął w swojej dłoni. Chciał ogrzać, bo była taka chłodna. W końcu schylił się i pocałował ją delikatnie. Uśmiechnęła się blado.

 – Ja jestem przemęczony, ale ty powinnaś o siebie dbać. Staramy się o dziecko, pamiętasz?

 – Dziecko – powtórzyła głucho. – Tak, pamiętam. – Nie było w niej wcześniejszego entuzjazmu. Pomyślał, że może to przez problemy z zajściem w ciążę. Już tyle czasu próbowali i nic. To pewnie przez stres i szybkie tempo życia. Muszą gdzieś wyjechać, odpocząć. Ale najpierw trzeba zrobić porządek z tym lustrem.

 

 

*

 

Dziewczyna szła powoli, wyciągając ręce w jego kierunku. Poruszała ustami, ale nie mógł usłyszeć, co mówiła. Była za daleko. Do tego oślepiało go słońce. Chciał podejść, próbował się ruszyć, ale coś trzymało go w miejscu. Wreszcie ją rozpoznał i przerażenie prawie ścięło go z nóg. To Natalia, córka pani Ireny. Cała zakrwawiona. Tylko czemu miała oczy jego żony? To nie były niebieskie oczy Natalii, lecz czarne Moniki. Pełne krwi i bólu. Gdzieś z boku usłyszał płacz dziecka. Odwrócił się. Obok leżał zakrwawiony kawałek mięsa. Zamknął oczy i upadł na ziemię.

Obudził go własny szloch. Płakał, cała kołdra zrobiła się mokra od jego potu. Moniki nie było obok. Szybko wybiegł z sypialni. Znalazł ją w dużym pokoju. Siedziała w fotelu. Jeszcze bledsza, jeszcze chudsza.

 – To lustro, coś z nim nie tak, lustro – powtarzała w kółko.

 – Co ci jest? Monika! – prawie krzyczał. Trząsł się cały. Spojrzała na niego, ale jakby go nie widziała. – Monika, proszę cię, ocknij się. – Nic, żadnej reakcji. Bujała się w przód i w tył.

Nie wytrzymał. Wstał szybko, podszedł do szafki, wyjął młotek i pobiegł do łazienki. Włożył całą złość, strach i ból w precyzyjne uderzenia. Nie zwracał uwagi na odłamki, które kaleczyły mu ręce i twarz. Wszędzie było szkło i krew. W końcu zemdlał.

 

 

*

 

Pani Irena, pierwszy raz od kilku tygodni, obudziła się spokojna. Wstała, zajrzała do pokoju Natalii i uśmiechnęła się, gdy zobaczyła ją śpiącą. Poszła do kuchni zrobić śniadanie. Szybko uwinęła się z pastą jajeczną oraz twarożkiem i zabrała za robienie karpatki. To ulubione ciasto jej córki. Wczoraj przyprowadziła ją policja. Mieszkała w jakimś opuszczonym domu, razem z innymi uciekinierami. Wprawdzie była wychudzona i brudna, ale nic poza tym jej nie dolegało. Torebkę podobno zgubiła, nie pamięta jak, bo była pijana. Irena westchnęła. Wiedziała, że to nie koniec zmartwień, że będzie musiała poważnie z córką porozmawiać i podjąć jakieś decyzje. Teraz jednak najważniejsze było, że ta żyje i śpi bezpiecznie w pokoju obok. Kobieta wyjęła masło z lodówki.

 

 

*

 

Gabriel ocknął się, gdy usłyszał natarczywe pukanie do drzwi. Leżał między odłamkami szkła. Podniósł się z bólem. Nie mógł sobie przypomnieć, co dokładnie zaszło. Pukanie nie ustawało. Przeszedł przez przedpokój, zastanawiając się, czemu Monika nie otwiera drzwi i gdzie ona właściwie jest. Wyjrzał przez wizjer. Na korytarzu stała pani Irena. Trzymała coś w ręku. Niechętnie otworzył, nie potrzebował wizyty sąsiadki.

 – Dzień dobry. O Boże, co się panu stało? – Kobieta wyraźnie się przestraszyła.

 – Ja nie wiem, chyba zemdlałem – odpowiedział i odsunął się, by pani Irena mogła wejść do środka.

 – Przyniosłam panu karpatkę. Wie pan, Natalia wróciła – kobieta mówiła niepewnie.

 – Natalia – powtórzył. – To dobrze. – Wyraźnie był skołowany.

 – Ale teraz to nieważne, trzeba panu pomóc. – Ruszyła do kuchni, nieraz była w tym mieszkaniu. Szczególnie po śmierci Moniki, żony Gabriela. Wtedy, przed rokiem był w bardzo złym stanie, bała się o niego. To straszne stracić w wypadku ciężarną żonę. Na początku mężczyzna nie radził sobie wcale, ale później jakby się nagle otrząsnął i zaczął żyć. Ostatnio jednak znów coś się z nim działo.

 – Nie ma Moniki – wyszeptał.  – Była tu, jeszcze wczoraj tu była… – urwał i zapłakał.

 – O Jezu – jęknęła pani Irena. – Panie Gabrielu, pan sobie spocznie. – Pomogła mu usiąść na krześle. – Ja zaraz wrócę. Muszę tylko na chwilę do domu.

Spojrzała jeszcze raz na zagubionego mężczyznę i poszła szukać swojego telefonu. Zrozumiała, że musi zadzwonić na pogotowie.

 

Autor: Hanka V. Mody

 

 

Tags: ,

Komentarze do Lustro – opowiadanie Hanki V. Mody

  1. Piotr pisze:

    No, to jest coś. Dziękuję za to opowiadanie. Czytanie go wciągnęło mnie.
    Poproszę więcej. :)

  2. Małgorzata pisze:

    I mnie wciągnęło to zaskakujące opowiadanie. Bardzo dobrze się czyta :-)

  3. Zbyszek pisze:

    Brawo, brawo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *