MENU
px

Ze sztambucha futurysty – humoreski Marka Jastrzębia.

Warsaw_Uprising_by_Haneman_-_Holy_Cross_Church_-_44-2

Powstanie Warszawskie – pisze Marek Jastrząb

24 lipca 2017 Comments (0) Views: 528 Myślę

„Ludzkość tak krąży po opacznym torze” *

Do napisania tego tekstu dojrzewałem od dawna, pora przyodziać w słowa parę przemyśleń. Otóż w ciągu ostatnich miesięcy młodzież kilka razy pytała mnie o opinię na temat dostępnych w internecie filmów prezentujących ponoć otrzymanie tzw. homunkulusa. Zaskoczyło mnie nie tyle samo pytanie, co fakt, że je zadawano. Człowiek, nawet młody, żyjący w czasach niebywałego rozwoju nauki, obowiązkowo wszak kształcony, powinien dysponować wiedzą umożliwiającą automatyczną negację empiryczną takich newsów. Odrobina krytycyzmu też by się przydała. Niestety, nie ukrywam mojego niskiego mniemania o realnym poziomie wiedzy zauważalnej części społeczeństwa. Część ta z pewnością jest mierzalna, lecz nie pokuszę się o ocenę skali tej ignorancji. Martwi także to, że głupota przestaje być powodem do wstydu. Swego czasu dyletant raczej się nie odzywał, obecnie to jego zazwyczaj można usłyszeć najwyraźniej.

 

Rozmnażanie się – czyli powielanie się lub produkcja osobników potomnych nieidentycznych genetycznie z osobnikiem (bądź osobnikami) macierzystym – stanowi jedną z podstawowych cech istoty żywej (dla wygody ujmuję tu tylko klasyczne organizmy komórkowe, do których należy wszak i człowiek). Rozmnażać się można natomiast płciowo lub bezpłciowo. Najprościej można to przedstawić tak: rozmnażanie płciowe zachodzi z wykorzystaniem gamet (komórek płciowych, komórek rozrodczych), bezpłciowe to każde inne. Istnieją trzy zasadnicze metody rozmnażania bezpłciowego – podział mitotyczny u jednokomórkowców, rozmnażanie przez zarodniki oraz wegetatywnie (tu m.in. także regeneracja). U organizmów jądrzastych Eukaryota kwintesencją rozmnażania płciowego jest to, że początkiem każdego nowego osobnika jest zygota utworzona przez fuzję dwóch gamet w procesie zwanym syngamią (zapłodnieniem). Każdy z nas rozpoczął egzystencję w bezpiecznym, kontrolowanym środowisku matczynego ciała jako mało mobilny jednokomórkowiec[1].

 

Nie da się, co widać na umieszczanych w sieci filmikach, doprowadzić do powstania żywego „czegoś”, wprowadzając ludzką spermę do wnętrza kurzego jajka. Pomijając siermiężność samych technik, odmienność genetyczną człowieka (ssaka) i np. ptaka (liczba chromosomów, mechanizm determinacji płci itp.), specyfikę zapłodnienia, w przytoczonym przykładzie nie mielibyśmy do czynienia z homunkulusem, lecz z fantastyczną hybrydą międzygatunkową[2].

 

Acrosome_reaction_diagram-pl

Kolejne etapy reakcji akrosomalnej (elementu zapłodnienia). By Acrosome reaction diagram.svg: LadyofHats derivative work: Michał Komorniczak (Acrosome reaction diagram.svg) [Public domain], via Wikimedia Commons

Chociaż mitologia obfituje w analogiczne bastardy (mieszańce) – Minotaur, gryf, Pegaz, centaur i in. – to wiara w otrzymanie w domu kuroczłeka jest absolutną dziecinadą. Chociaż zachęcam do próbowania. Powodzenia.

 

Homunculus_Simm_Faust

Homunkulus (Johann Wolfgang von Goethe, Faust); miedzioryt z roku 1899. By Franz Xaver Simm (1853-1918) [Public domain], via Wikimedia Commons

Średniowieczna alchemia jest nam znana przede wszystkim z poszukiwań „kamienia filozoficznego”, hipotetycznej substancji umożliwiającej transmutację metali nieszlachetnych w złoto, tak jak to sugerował legendarny prekursor alchemii, Al Dżabir. Ale nieliczni tylko wiedzą, że w marzeniach alchemików występowały rośliny odtwarzane z popiołów, a za pomocą specjalnej aparatury sztucznie stworzony człowiek (homunculus). Od problemu samorództwa droga prosta prowadziła do skrajnego pytania: czy może istnieć homunculus?[3]

 

Istotnie, wspólnym celem większości alchemików było odkrycie metody transmutacji, czyli znalezienie kamienia filozoficznego. Poszukiwano też panaceum, czyli środka leczącego wszelkie choroby (stąd blisko już było do eliksiru nieśmiertelności) oraz uniwersalnego rozpuszczalnika – alkahestu. Szczególnym zainteresowaniem cieszyły się próby stworzenia – ujmując współcześnie – „syntetycznego” człowieka, zrodzonego bez matki. Generalnie zdolność stworzenia życia metodami magicznymi, z ominięciem drogi przyrodniczej, stanowiła istotny sprawdzian mocy alchemika. Zachowały się liczne relacje na temat palingenezy, tj. sztuki odtwarzania żywych istot z ich prochów. Polegało to na spopieleniu roślin lub drobnych zwierząt (np. raków), a następnie przywołaniu ich do życia za pomocą magii i alchemii. Skojarzenie z feniksem jest jak najbardziej słuszne.

 

Phoenix-Fabelwesen

Feniks. By Bertuch-fabelwesen.JPG: Friedrich Johann Justin Bertuch (1747-1822) derivative work: Tsaag Valren (Bertuch-fabelwesen.JPG) [Public domain], via Wikimedia Commons

Homunkulus – łac. Homunculus, człowieczek – to dosłownie karzełek, mały człowieczek; według powszechnych wyobrażeń miał wyglądać jak małe, pomarszczone dziecko.

 

Przepisów umożliwiających ponoć stworzenie takiego sztucznego karła było wiele. Według jednego z poglądów podstawową ingrediencją był zgrubiały, rozgałęziony korzeń (tzw. alrauna) mandragory (mandragora lekarska, Mandragora officinarum L.). Wierzono, że ta roślina wyrasta pod szubienicami, w miejscach kaźni, gdy użyźniła je sperma wisielca; następnie miała rozwijać się w człekokształtną istotę.

 

NaplesDioscuridesMandrake

Mandragora. [Public domain], via Wikimedia Commons

Pierwsze skomplikowane wzmianki na temat homunkulusa pojawiają się w mistycznych traktatach alchemika Zosimosa z Panopolis (przełom III i IV w. n.e.). U schyłku średniowiecza podobne próby podejmować miał wielki mag, templariusz Arnold de Villanova, jednak prawdziwym „ekspertem” od sztucznych ludzi stał się Phillippus Aureolus Theophrastus Bombastus von Hohenheim, w skrócie Paracelsus (1493–1541) – szwajcarski mag, alchemik i lekarz, który zasłynął wprowadzeniem środków chemicznych do medycyny. Zawdzięczamy mu pozornie prosty „przepis”:

 

Nasienie jakiegoś mężczyzny w cucurbicie (przezroczystym naczyniu) użyźnia się samo przez się z najwyższą putrefikacją przez 40 dni lub tak długo, aż stanie się żywym i poruszy się, co łatwo spostrzec. Po tym czasie będzie on ogólnie podobny do człowieka, lecz przezroczysty i bez ciała. Dalej ma on być tajemnicą krwi ludzkiej mądrze żywiony, aż do 40 tygodni, i trzymany w cieple równym ciepłu brzucha kobyły. Z tego staje się kompletny, prawdziwy człowieczek – dziecko ze wszystkimi członkami.

 

Problem w tym, że według Paracelsusa wyhodowana w ten sposób istota, choć przypominała człowieka, była tak delikatna, mała, że prawdziwą sztuką było jej utrzymanie przy życiu i wychowanie. Mag twierdził też, że homunkulusy nie wyrastały na ludzi, lecz na karły, olbrzymy i inne monstra. Jako stworzenia magiczne posiadały też pewne wrodzone moce i właściwości, w tym rozwinięty intelekt oraz zdolności nadprzyrodzone.

 

Wiara w możliwość stworzenia życia stanowi poniekąd intelektualny odprysk ówczesnej wizji świata, stanu nauki. Człowiek od zarania swych dziejów usiłował znaleźć odpowiedź na nurtującą go fundamentalną kwestię pochodzenia życia. Spośród rozlicznych teorii najżywotniejsza okazała się teoria samorództwa, zakładająca powstawanie materii ożywionej z nieożywionej (np. myszy z ziarna, jętki ze skwaśniałego wina, moli z rozkładającej się odzieży, wszy z ludzkiego potu i brudu).

 

Te poglądy przetrwały jeszcze do roku 1837, kiedy to Karl Ernst von Baer odkrył komórkę jajową ssaków. Stopniowo obalano przekonanie o samorodnym powstawaniu kręgowców, stawonogów i reszty organizmów, jednakże w XIX w. powszechnie uznawano samopowstawanie mikroorganizmów. Dopiero doświadczenia Louisa Pasteura z lat 1860–1861, dotyczące drobnoustrojów występujących w powietrzu, ostatecznie obaliły ten ostatni bastion samorództwa.

 

Homunkulus zawiera też w sobie echo preformacjonizmu (preformizmu), teorii w embriologii, zakładającej, że rozwój zarodka polega na wzroście miniaturowego, lecz całkowicie ukształtowanego osobnika zawartego w jednej z gamet. Zależnie od opcji w pełni ukształtowany zarodek ma się znajdować w plemniku lub komórce jajowej, przy czym w modelu tym nigdy nie dochodzi do mieszania cech rodziców. W XII w. arabski lekarz Aromatari stwierdził, że zarodek w nasieniu rośliny ma wszystkie cechy dojrzałego organizmu (w końcu to miniaturowy sporofit), i przyjął, że podobnie jest w przypadku kręgowców, w tym człowieka. Zwolennicy preformacji uważali, iż na Ziemi biegnie nieprzerwany strumień życia, dowodzić tego miał np. proces rozmnażania się mszyc (dzieworództwo). Istotne, że zminiaturyzowanego osobnika ludzkiego lub zwierzęcego, który według wyobrażeń zwolenników preformacji znajdować miał się w jaju (owiści) lub plemniku (animalkuliści, spermiści), również nazywano homunkulusem. Na koncepcje te wpłynął Nicolas Hartsoeker, który na przełomie XVII i XVIII w., obserwując przez mikroskop plemniki, doszedł do wniosku, że dostrzega w nich małe postacie, które nazywał – znajomy termin – homunkulusami. Dało to początek teorii spermistów, uważających, że sperma zawiera w sobie miniaturowego, gotowego człowieczka, jednocześnie uznając, że embrion nigdy nie ma cech matki (jeszcze w XIX stuleciu niektórzy uważali, że komórka jajowa pełni co najwyżej funkcję odżywczą). Istniał też przeciwny pogląd (owulizm), jakoby homunkulus zawarty był w jaju, a plemnik jedynie inicjuje jego rozwój. Dopóki nie okazało się, że obie frakcje tkwią w błędzie, dopóty do wyobraźni bardziej przemawiały racje zwolenników owulizmu (owistów).

 

Niekiedy za odmianę preformacji uważa się wywiedzioną z koncepcji Hipokratesa (zm. ok. 370 r. p.n.e.) pangenezę (gr. pan – „wszech” i génesis – „narodzenie, pochodzenie”). Słynny grecki lekarz mówił o „nasionach” (pangenach) w każdym narządzie; w ujęciu lapidarnym – pangeny przekazywane są do krwi, z krwią do genitaliów, stamtąd do dzieci. Stąd właśnie określenia „pełnej krwi”, „arystokratyczna krew” czy „krewny”.

 

Nowożytna pangeneza dotyczyła biologii rozwoju, sięgał do niej także Karol Darwin, tłumacząc uznawaną przez siebie zasadę dziedziczenia cech nabytych. Zakładała ona, że komórki wszystkich narządów i tkanek wytwarzają drobniutkie kopie lub zaczątki (gemmule), następnie wydzielane do krwiobiegu i transportowane do gruczołów płciowych, gdzie następowało na ich bazie formowanie gamet.

 

Wyjątkowo żywotna okazała się też koncepcja zwana witalizmem, zakładająca, że siły witalne (niematerialne) są obecne w zjawiskach życiowych. Witalizm występował u Arystotelesa (zm. 322 r. p.n.e.) w jego koncepcji duszy (entelechia). Arystoteles i kontynuatorzy jego metody badania procesów biologicznych twierdzili, że każda forma żywa posiada niepodzielną „duszę”, która „rządzi” rozwojem, procesami adaptacji, reperacji i regeneracji. W 1828 r. Friedrich Wöhler zsyntetyzował mocznik, obalając tym samym ostatecznie teorię witalizmu i przyczyniając się do rewolucji w chemii[4].

 

W średniowieczu i renesansie powstało wiele sprzecznych interpretacji odnośnie do pochodzenia skamieniałości. Dominowało przekonanie, że są to nieorganiczne struktury, wybryki natury, powstające pod wpływem nieznanej siły określonej obrazowym mianem vis plastica. Twórcą tego poglądu był Teofrast z Eresos (zm. 287 r. p.n.e.), zmodyfikował go Awicenna (zm. 1037 r.), a następnie Albert Wielki (zm. 1280 r.). Albert Wielki dopuszczał myśl, że skamieniałości mogą pochodzić od żywych istot, lecz przybierają formę ostateczną pod wpływem bliżej nieokreślonej siły kamieniotwórczej.

Wia

 

ra w tego rodzaju poglądy przyczyniła się do jednego z najbardziej spektakularnych blamaży w historii nauki. Oto w roku 1725 Johann Beringer (zm. w 1740 r.), niemiecki lekarz i paleontolog, dokonał niezwykłych odkryć. W skamieniałościach triasowych w pobliżu bawarskiego miasta Würzburg trafił między innymi na tak spektakularne fosylia, jak ptak wysiadujący jajka, pszczoła przy plastrze miodu czy pająk z pajęczyną. Mało tego – odnalazł płytki z imieniem Boga napisanym po hebrajsku, łacinie i arabsku![5] Była to mistyfikacja przygotowana przez niechętnych mu rywali, jednak Beringer nie spostrzegł jej i ogłosił swoją wersję teorii vis plastica. Był zwolennikiem poglądu, iż skamieniałości znajdowane we wnętrzu Ziemi zostały tam umieszczone przez Boga już po stworzeniu świata. Wszystkie organizmy zostały początkowo stworzone jako wzory w kamieniu, tak więc w skałach można odnaleźć zapis kompletnych dziejów życia. Mówiąc językiem współczesnym: kamienie były szablonami do powielania istot żywych. Ponoć gdy jego bogato ilustrowane dzieło Lithographiæ Wirceburgensis (1726) znajdowało się już w sprzedaży, Beringer wykopał skamielinę, na której widniało dokładnie wykaligrafowane jego własne nazwisko! Upokorzony wytoczył proces fałszerzom, usiłował też wykupić cały nakład książki.

Jak widać, utkane z wątków naukowych, filozoficznych, religijnych oraz kulturowych tło powstania homunkulusa kształtowało się przez wieki.

 

Jeśli zaś idzie o hodowanie sztucznych ludzi, to – zdaniem Paracelsusa – należało pamiętać o całym szeregu zasad, z których pierwszą była „putrefikacja”, tj. zbutwienie składników będące głównym elementem procesu „samorództwa”. Alchemik był bowiem przekonany, że archeus – niewidzialna siła życiowa w postaci zarodników – krąży w powietrzu i w odpowiednio kontrolowanych warunkach jest w stanie sama ożywić materię.

 

Współczesny Paracelsusowi mag i lekarz Cornelius Agrippa (1486–1535) także znał przepis na homunkulusa, w którym kładł nacisk na użycie właściwych naturalnych składników i połączenie ich o odpowiedniej, wyznaczonej dzięki astrologii porze. Wspominał przy tym o mandragorze, której korzeń mógł mieć w tym procesie szczególne znaczenie.

 

Kolejny, mało urokliwy opis produkcji homunkulusa znajdziemy u Karla von Eckarthausena (1752–1803): „Wziąć jajko czarnej kury i przedziurawiwszy je, wylać część białka wielkości ziarnka grochu. Na to miejsce wlać nasienie męża, po czym otwór zalepić dziewiczym pergaminem, z lekka zwilżonym. Po 30 dniach wylęgnie się mały potworek mający podobieństwo do człowieka” – pisał. Swoją drogą mam wrażenie, że tekst ten stanowił inspirację dla części internetowych rewelacji.

 

Grono innych autorów wspominało o obserwacjach wyników owych eksperymentów na własne oczy. Bohaterem najciekawszej relacji był hr. Johan Ferdynand Kueffstein – alchemik, a także podkomorzy Marii Teresy i Józefa II. Według Księgi rozliczeń i notatek, sporządzonej przez jego towarzysza i sługę Josefa Kamerera w 1773 r., hrabia podczas podróży po Włoszech spotkał opata Geloniego, dysponującego ogromnym doświadczeniem w eksperymentach alchemicznych. Wspólnie pracując przez kilka tygodni w przyklasztornym laboratorium, powołali do istnienia dziesięć homunkulusów (zwanych przez nich „duchami”). Wkrótce osiem z nich zostało metalowymi szczypczykami wyjęte z kolb i przeniesione do… dużych słojów po marmoladzie; naczynia zabezpieczono pęcherzami wołowymi i opatrzono magicznymi pieczęciami. Następnie nieruchliwe homunkulusy przeniesiono do „inkubatora”, którym była kupa końskiego nawozu. W cieple fermentujących odchodów istoty dojrzewały. Odpowiadając na uwagi zniesmaczonego alchemika, Geloni powtarzał: Naturalia non sunt turpia („Ciała naturalne nie są szkaradne”), sugerując, że nie ma w tym nic zdrożnego ani grzesznego.

 

Po miesiącu homunkulusy podrosły i wydłużyły się im włosy i paznokcie. Kueffstein jakiś czas później zabrał je do Wiednia, gdzie miał pokazywać je na tajnych spotkaniach masońskiej loży. Ponieważ jednak stworki uciekały i sprawiały mu dużo problemów, szlachcic „rozpuścił je” w sobie tylko znany alchemiczny sposób, a ich szczątki wyrzucił.

 

Właściwie do XVI w. w kwestii pochodzenia dzieci panowało tylko niejasne przekonanie, że relacje między stosunkiem i ciążą są typu przyczyna – skutek. Dobrym przykładem jest detal widoczny na fresku Zwiastowanie (ok. 1420–1440) flamandzkiego malarza Roberta Campin; w lewym górnym rogu malutki Jezusek leci na krzyżu w stronę ucha Maryi, to tzw. zapłodnienie przez ucho.

 

Robert_Campin_-_Triptych_with_the_Annunciation,_known_as_the__Merode_Altarpiece__-_Google_Art_Project

„Zwiastowanie” Robert Campin [Public domain], via Wikimedia Commons

W starożytnej Grecji uważano, że matka nie jest przodkiem dziecka, lecz wyłącznie pielęgnuje zasiane w łonie życie (kobieta postrzegana jako swoisty inkubator?). Podobne poglądy panowały w Egipcie, gdzie przypisywano cechy potomstwa jedynie ojcu. Dopiero Leonardo da Vinci stwierdził, po obejrzeniu dzieci Włoszki i etiopskiego Murzyna, że: „Nasienie kobiety ma dla potomstwa taką samą siłę jak męskie”. Jeszcze w XX w. wiele australijskich wspólnot Aborygenów negowało zależność ciąży od aktu płciowego.

 

Niekiedy aż trudno uwierzyć, jak mało odległa w perspektywie historycznej jest wiedza o rzeczach postrzeganych dziś jako oczywiste. Plemniki (animaculae) odkrył dla nauki Antonie van Leeuwenhoek (1632–1723), holenderski przyrodnik, członek Royal Society, a zarazem bogaty kupiec z Delft. Oglądając pod mikroskopem męskie nasienie, dostrzegł „nerwowe paproszki”. Urocze. Natomiast Regnier de Graaf[6] (1641–1673) odkrył, że erekcję powoduje krew. Dowiódł tego, owiązując nitką nasadę penisa kopulującego psa, a potem ucinając go. Penis był wypełniony krwią. Jeszcze bardziej przekonująco zademonstrował tezę, amputując penisy zwłokom i wypełniając je wodą; były „we wzwodzie”. Chemiczne podłoże, mechanizm erekcji, poznano dopiero w latach 90. minionego stulecia. Gdyby było inaczej, sildenafil (Viagra to nazwa handlowa, od sanskryckiego słowa wjaghra, czyli „tygrys”) trafiłby na rynek dawno, dawno temu, nie zaś w 1998 r. Początkowo specyfik miał być lekiem na dusznicę bolesną i nadciśnienie tętnicze, a zwłaszcza na pierwotne nadciśnienie płucne (ostatecznie znalazł tu zastosowanie pod nazwą Revatio). Generalnie wyniki kliniczne przy pozostałych schorzeniach nie spełniały oczekiwań, zdecydowanie ciekawsze okazały się „skutki uboczne” sildenafilu: długotrwały wzwód.

 

Chemia wzwodu przedstawia się następująco:

  1. sygnały nerwowe (z mózgu lub rdzenia kręgowego) prowadzą do uwolnienia do krwi tlenku azotu (NO);
  2. NO powoduje syntezę związku cyklicznego guanozynomonofosforanu (in. cGMP);
  3. cGMP przyczynia się do rozluźnienia mięśni gładkich wokół tętnic, powodując ich rozszerzenie i wzrost rozmiarów członka;
  4. rozszerzające się tętnice naciskają na żyły, powodując ich zwężenie i zwolnienie odpływu krwi.

 

Erekcja jest więc stanem dynamicznej równowagi, trwa tak długo jak produkcja cGMP, który jest stale rozkładany przez enzym fosfodiesterazę 5. Aktywny składnik Viagry, cytrynian sildenafilu, jest inhibitorem hamującym działanie powyższego enzymu, przesuwa więc chemiczną równowagę na korzyść NO i cGMP[7].

Wreszcie w 1896 r. ustalono, że podczas stosunku serce uderza szybciej. Potwierdzam.

 

W ramach homunkulusowych dygresji poruszę jeszcze kwestię płci.

Arystoteles uważał kobiety za zdeformowanych mężczyzn, wierzył, że szanse na poczęcie syna znacznie rosną, gdy łóżko ustawione jest w osi północ – południe. Empedokles z Akragas (zm. 423 r. p.n.e.) twierdził, że o płci dziecka decyduje poczęcie przed owulacją lub po niej. Zdaniem Anaksagorasa z Kladzomen (zm. ok. 428 r. p.n.e.) mężczyzna pragnący syna powinien odbywać stosunek, leżąc na prawym boku.

 

Płeć pozostaje jedną z największych zagadek natury. Mimo bezspornych zalet wynikających z jej istnienia, jak złożone mechanizmy umożliwiające zmienność genetyczną potomstwa, jej powstanie i złożoność wciąż budzą wiele kontrowersji. Czy powstała w wyniku mutacji? Może stanowi zaskakujący rezultat wprowadzenia wirusowego DNA do pradawnej komórki? Jesteśmy przyzwyczajeni do jednoznacznego modelu z tzw. dymorfizmem płciowym, czyli gdy w danym gatunku istnieją dwie formy, których odmienność wynika z płci. Samiec i samica, mężczyzna i kobieta. Proste, czytelne, jednoznaczne. Zazwyczaj. Tymczasem w przyrodzie istnieją różne typy determinacji płci, często zaskakujące.

 

Types_of_sex_determination

Funkcjonujące w przyrodzie systemy determinacji płci. By CFCF (Own work) [CC BY-SA 3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)], via Wikimedia Commons

Funkcjonujące w przyrodzie systemy determinacji płci[8].

 

U człowieka płeć określa obecność lub nieobecność chromosomu Y (tu niebywale ważny jest też wpływ hormonów, zwłaszcza testosteronu), chromosom X obecny jest zawsze. Pod względem genetycznym płód męski ma układ chromosomów XY, żeński XX. Ciekawe, że niezależnie od scenariusza „(…) forma żeńska jest pierwotną czy też podstawową formą płodu. W rajskim ogrodzie macicy to Adam powstaje z Ewy, a nie odwrotnie”[9]. Jeżeli embrion posiada chromosom Y, wówczas między szóstym tygodniem a trzecim miesiącem ciąży jego rozwój kierowany jest stopniowo w stronę płci męskiej. Wyjaśnia to, czemu mężczyźni posiadają sutki, chociaż mleka nie dają. Pamiątka taka. Tak więc męskość to chromosom Y. Przyjmijmy, że tak, dla wygody nie zagłębię się w zawiłości tzw. heterogametyczności żeńskiej. Chociaż nie, coś jednak doprecyzuję. Otóż cała męskość zakodowana jest w jednym niedużym genie obecnym w chromosomie Y, zawierającym zaledwie 240 par zasad. Gen ów (oznaczany jako SRY – z ang. sex-determining region Y) jest niemal identyczny u wszystkich gatunków rozdzielnopłciowych. U ludzi pełni funkcję sygnału do rozpoczęcia szlaków biochemicznych w kierunku uzyskania płci męskiej osobnika, zwanych wirylizacją. Z płcią związany jest szereg frapujących zjawisk, przykładowo tzw. imprinting genomowy (rodzicielskie piętno genomowe, piętnowanie genomowe, naznaczenie genetyczne), czyli możliwość blokowania niektórych genów w zależności od tego, czy pochodzą one od ojca, czy od matki. To właśnie imprinting sprawia, że bliźnięta jednojajowe (monozygotyczne) wbrew popularnym mitom nie muszą być identyczne, nie są naturalnymi klonami. Dokładny mechanizm powodujący imprinting nie jest znany. Przykład zależności: delecja (wypadnięcie) niewielkiej części chromosomu 15. prowadzi do dwóch różnych chorób o odmiennych objawach, w zależności od tego, czy była odziedziczona po matce (wtedy dziecko cierpi na zespół Angelmana), czy po ojcu (wówczas dziecko ma zespół Prader-Williego).

 

Zawsze intrygowały mnie również mechanizmy związane z mitochondriami, błoniastymi strukturami obecnymi w większości komórek jądrzastych, odpowiadającymi za produkcję energii w przemianach oddychania tlenowego.

 

Animal_mitochondrion_diagram_pl

Mitochondrium. By Mariana Ruiz Villarreal LadyofHats [Public domain], via Wikimedia Commons

Istnieje teoria tzw. serialnej endosymbiozy, według której mitochondria rozwinęły się z proteobakterii (niesiarkowych bakterii purpurowych), natomiast chloroplasty komórek roślinnych pochodzą przypuszczalnie od pierwotnych sinic (chlorobakterii), które ok. miliarda lat temu wniknęły do komórki cudzożywnej i stopniowo utraciły samodzielność. Faktem jest, że zarówno mitochondria, jak i chloroplasty posiadają własną informację genetyczną, dlatego w genetyce funkcjonuje tzw. dziedziczenie pozajądrowe (in. matczyne, cytoplazmatyczne, niemendlowskie, pozachromosomowe). Geny zawarte w jądrze komórkowym podlegają segregacji, dziedziczeniu zgodnie z lubianymi przez uczniów prawami Mendla, natomiast geny pozajądrowe dzielone są przypadkowo. Zwykle, głównie u roślin, zygota otrzymuje mitochondria tylko od gamety matczynej.

 

U człowieka mitochondria plemnika wnikają do komórki jajowej przy zapłodnieniu, są jednak rychło degradowane (proces ten ulega zakłóceniu przy krzyżówkach międzygatunkowych). Każdy mężczyzna dziedziczy więc mitochondria po matce. To wyjaśnia, dlaczego „idealny” klon można uzyskać wyłącznie z samicy, czemu była owieczka Dolly (1996–2003), a nie baranek Henry[10].

 

„Każdy człowiek ma dwa genomy. Pierwszy, ten najbardziej znany, zawarty jest w DNA w chromosomach; to jego zbadanie ogłoszono triumfalnie w 2000 r. Drugi, znacznie mniejszy genom znajduje się w DNA w mitochondriach; jego mapa została sporządzona, przy znacznie mniejszym rozgłosie, już w 1981 r.”.[11]

 

Każdy, kto oglądał film Seksmisja (1983), kojarzy istotę partenogenezy (dzieworództwa). Bywa ciekawiej.

 

Populacja gatunku Cnemidophorus uniparens (tzw. waran amerykański lub teju), jaszczurki występującej w pd.-zach. rejonach Ameryki Północnej, składa się wyłącznie z samic. Uważa się, że jest to młody gatunek, którego wiek należy podawać raczej w tysiącach niż w milionach lat. Przypuszczalnie jest to potomstwo samicy powstałej w wyniku krzyżówki między osobnikami dwóch „normalnych” płciowych gatunków. Hybryda zdołała zachować zdolność rozrodu, tyle że bez udziału samców. W okresie godowym samice często łączą się w pary, dokonując pseudokopulacji, samice składają wtedy trzy razy więcej jaj niż ich samotne siostry.

 

DesertGrasslandWhiptailLizard_AspidoscelisUniparens

Waran amerykański. By Ltshears (Own work) [CC BY-SA 3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)], via Wikimedia Commons

U ssaków dzieworództwo nie występuje, wyklucza je wspomniany imprinting.

 

Znane są przypadki wywoływania męskiej bezpłodności u roślin (poprzez zahamowanie rozwoju pylników), spowodowanej działaniem genów mitochondrialnych, tu: macierzanka (tymianek Thymus vulgaris). Cel: kwiat nie zużywa zasobów na produkcję pyłku —- może wytworzyć więcej zalążków —- tym samym powstaje więcej kopii genów mitochondrialnych —- geny obecne są w kolejnych pokoleniach —- wygrywają w selekcji. Natomiast brak pyłku nie leży w interesie genu jądrowego (chromosomalnego), który może być przekazywany za pośrednictwem jaja albo pyłku, stąd też u macierzanki istnieją geny chromosomalne, których zadaniem jest hamowanie skutków działalności genów mitochondrialnych i przywrócenie płodności męskiej.

 

Reasumując, czy potrafimy tworzyć życie? Czy nauka urealniła fantastyce wizję homunkulusa? Nie. Potrafimy przekształcać istniejące życie, natomiast kreacja pozostaje wciąż poza naszym zasięgiem. Wesprę się cytatem:

 

Biolodzy potrafią dziś powołać do życia organizmy w dużym stopniu po prostu sztuczne. Zajmuje się tym gałąź biologii zwana biologią syntetyczną – Syncio (od ang. Syntehtic Biology). (…) mamy już miliony nigdy dotąd nieistniejących w naturze organizmów transgenicznych, którym przeszczepiono geny innych gatunków lub odpowiednio zmieniono w laboratorium. Choćby bakterie, rośliny i zwierzęta transgeniczne. Ich twórcy uważają się zresztą raczej za biologów molekularnych lub inżynierów genetycznych. Bakterie produkujące białka ludzkie czy mysie są w codziennym użytku każdego nowoczesnego laboratorium badawczego zajmującego się problemami biologii molekularnej komórkowej. Rośliny transgeniczne z przeszczepionymi genami, tym razem bakterii (głównie kukurydza, soja, bawełna, ziemniak, rzepak, pomidory czy tytoń), odporne na susze, pasożyty czy nadmierne zasolenie, siane są na milionach hektarów, głównie w USA, Argentynie, Brazylii, Australii, ale nie brak ich również w Europie. Transgeniczna bawełna produkuje włókna zawierające domieszkę poliestru, a więc plastiku. Czyż nie jest to organizm nie z tej Ziemi? Ale mamy też i transgeniczne zwierzęta. Kozy wydzielające w mleku białko szczególnie odpornej mechanicznie pajęczyny to jeszcze swego rodzaju novum. Ale niedługo i ono nam spowszednieje[12].

 

Pozostaje pytanie: czym mogły być homunkulusy, skoro tak wiele osób zaświadczało o ich istnieniu.

 

Roman Bugaj (zm. 2009 r.), przeczesując źródła historyczne, natknął się na wskazówki sugerujące, że szkaradne istotki w słojach z wodą mogły być… zabawkami. Chodzi o tzw. wodne diabełki lub nurki Kartezjusza – szklane laleczki wypełnione wodą i powietrzem. Umieszczone w pojemniku z wodą zamkniętym od góry membraną (skórą, pęcherzem zwierzęcym) wykonywały w wodzie ewolucje, gdy naciskało się błonę od góry. To wyjaśnienie się nie przyjmie, trudno przełknąć z godnością sprowadzenie budzącego dreszcze grozy, fascynującego mitu do elementu świata dziecka. Nawet sprzed wieków.

 

Niezależnie od wszystkiego internet pokazuje, że moda na homunkulusy trwa, mimo że oświecenie teoretycznie mamy już dawno za sobą.

 

Obawiam się coraz bardziej wpływu szeroko pojmowanych multimediów na intelekt człowieka, dla którego owa papka, ten chaotyczny, pełen ekspresji patchwork, stanowi główne źródło wiedzy. Parafrazując słowa Williama Butlera Yeatsa – niczym długonogi owad na strumieniu umysł ślizga się po tafli multimediów[13].

 

„(…) W 1912 r. angielski meteorolog C.T.R. Wilson rozpoczął badania nad frapującym go zjawiskiem tęczy, a jego prace skierowały uwagę uczonych na zjawiska cząsteczkowe, molekularne i doprowadziły koniec końców do powstania bomby atomowej”[14].

 

Strach pomyśleć, do czego może doprowadzić dzisiejszy początek mody na nobilitację głupoty, dyletanctwo i bezkrytyczne podejście do każdej informacji (ewentualnie przepuszczanie danych przez sito własnych poglądów).

 

Swego czasu w wielu kulturach obecny był wątek vagina dentata, uzbrojonego w zęby lub noże sromu. Kiedy pojawią się pierwsze dokumentujące to wynaturzenie filmiki?

 

Autor: Krzysztof Pochwicki

Więcej o autorze można przeczytać tutaj: http://nowemysli.pl/zmalowalem-tekst-potencjalnie-drazniacy/

Korekta: Dorota Bury

 

 

————————————

[1] O rozmaitych technikach rozmnażania pisałem m.in. tu: http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,6770/k,3; zachęcam do lektury.

[2] Otaczająca komórkę jajową osłonka przejrzysta (zona pellucida) spełnia istotne funkcje w procesie zapłodnienia, m.in. zapobiega zapłodnieniu międzygatunkowemu. Przed penetracją do komórki jajowej zmiany obejmują też plemniki. Gameta męska musi przejść dwa niezbędne procesy aktywacyjne: kapacytację (czyli nabycie zdolności do zapłodnienia) i reakcję akrosomową (szereg zmian prowadzących do wniknięcia plemnika do komórki jajowej). Kapacytacja zachodzi podczas wędrówki plemników przez żeńskie drogi rodne. Czas konieczny do przeprowadzenia tego procesu jest różny u różnych gatunków, np. u człowieka – wynosi ok. 6 godz., u myszy – mniej niż 1 godz. W warunkach in vitro do kapacytacji dochodzi pod wpływem kontaktu plemnika ze wzgórkiem jajonośnym lub płynem pęcherzykowym.

[3] J.A. Dobrowolski, Droga przez labirynty magii. Giambattista Della Porta (1535-1615), Warszawa 1990, s. 92.

[4] Fakt, że ze związków nieorganicznych można otrzymać organiczne, uznano całkowicie dopiero w 1845 r., kiedy to uzyskano kwas octowy z węgla, wodoru i tlenu, jego pierwiastków składowych. Wtedy ostatecznie określono chemię organiczną jako „chemię związków węgla”.

[5] Chodzi o tetragram JHWH – cztery hebrajskie litery będące zapisem imienia własnego Boga w Biblii. Etymologia i pierwotna wymowa tetragramu jest nieznana. W literaturze można spotkać liczne próby ustalenia prawidłowej wymowy tetragramu; obecnie większość uczonych opowiada się za formą „Jahwe”, chociaż ta znana wymowa została porzucona. Ze względu na rosnące poczucie świętości tego imienia i chcąc uchronić je przed niewłaściwym użyciem, zaczęto w czytaniu zastępować tetragram tytułem wymawianym jako Adonaj (hebr. „mój wielki Pan”). W tekstach pisanych samogłoski słowa Adonaj łączono ze spółgłoskami JHWH dla przypomnienia czytelnikom, żeby zamiast Jahwe wymawiać (czytać) Adonaj. W ten sposób w późnym średniowieczu pojawiła się błędna hybryda „Jehowa”.

[6] Ten holenderski lekarz i anatom odkrył w jajnikach różnych ssaków, w tym człowieka, kuliste twory zwane pęcherzykami Graafa lub jajnikowymi.

[7] Na podstawie: K. Szymborski, Poprawka z natury. Biologia, kultura, seks, Warszawa 1999, s. 286–287.

[8] Warto przeczytać w miarę przystępny tekst: https://pl.wikipedia.org/wiki/System_determinacji_p%C5%82ci_XY.

[9] D.D. Gilmore, Mizoginia, czyli męska choroba, Kraków 2003.

[10] Bardzo ciekawe wątki związane z mitochondrialnym DNA znajdują się w książce: P. Cornwell, Kuba Rozpruwacz. Portret zabójcy, w której autorka stara się różnymi metodami udowodnić, iż legendarnym mordercą był znany malarz okresu wiktoriańskiego – Walter Richard Sickert.

[11] Ch.C. Mann, 1491. Ameryka przed Kolumbem, Poznań 2008, s.183.

[12] J. Kubiak, Niezbędnik inteligenta. Cywilizacja 2.0. Świat po rewolucji informatycznej, „Polityka” 2011, wydanie specjalne 8/2011, s. 35–36.

Badania nad tzw. sztucznym życiem prowadzone są jednak coraz intensywniej. Polecam bardzo dobry artykuł na ten temat: artificial life, „Młody Technik” 2017 (maj), nr 5, s. 24–27.

[13] Oryginał:

„Niczym długonogi owad na strumieniu

Umysł ślizga się po tafli milczenia”.

[14] J. Burke, R. Ornstein, Ostrze geniuszu. Obosieczne skutki rozwoju cywilizacji, Warszawa 1999, s. 242.

Tags:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *