MENU

Sensu szukam – poezja Beaty Zwierowicz

Prawda – esej

3 marca 2019 Comments (0) Views: 320 Czytam, Poezja

Ludzie żyją w żółtych drewnianych domach – Lejb Witoszyn – poezja

wiersz z dedykacją w książce

te panie w półbutach na obcasie i panowie w szalikach

idą na niedzielny spacer w parku królewskim w ogrodach

watykanu dookoła murów awinionu dookoła stawów księżnej

potockiej – panie i panowie gdzieś sobie idą

 

kobieta i mężczyzna

wspólne lustro współrzędne łóżko

ziemia i filozof siedzący na grobie

 

marco polo mówiący dzień dobry w kilkudziesięciu językach

moja żona nic nie mówiąca w moim języku bo panie i panowie

gdzieś sobie poszli – w stronę cienia w stronę wrzosów

dookoła przyszłej małżonki hrabiego – pooglądać

 

kokardy i wstążki kryzy mankiety pasy

kwiaty cekiny zieleń landszaftu – ty

która jesteś zgrozą i słońcem na grobie

 

ty zostań ty zostań w tej książce dotykaj kartek

dotykaj dłoni patrz dookoła księżyca – wyjmij

wiadomość ze skrzynki jak bukiet albo kokardę

wstążkę księżnej

 

 

innych brzmień

usiadła tak pewnie jakby nigdy nie opuszczała tego miejsca

jakby całą poprzednią wieczność nie robiła nic innego tylko

milcząco wpatrywała się w różowy punkt palca wskazującego

 

w nocy kiedy przykryci deskami pomostu zrywaliśmy z siebie

ostatnie listy już bez słowa kocham bez zbędnych spojrzeń

byle mieć za sobą akt przywracania nadziei i nieodwracalności

dotykałem wszystkich jej przyczyn byłem tam skąd biorą się

ciepłe i zimne deszcze od początku do ruin słów w których – nic

 

odejdą na zawsze (mówiła) popatrz na tego upiornego mężczyznę

za twoimi plecami zapewne jest wytworem fabryki manekinów

albo mojej wyobraźni jego oczy nie wyrażają gniewu ani bólu

obserwuje nas – ciekawe co poczuje kiedy sobie pójdziemy

a jeśli nic nie poczuje to przegryziemy mu język – do krwi

 

kiedyś na początku pierwszej projekcji w małym niemym kinie

(ze starym pianistą tedim) krzyknęła – p o r c e l a n a !

jestem głodna bardzo głodna nakarm mnie i chude palce tediego

może potem zagra nam szkwał morza albo szyderczy śpiew syren

jestem cierpliwa odejdę powoli a ty – patrz w inne głębokie sny

 

mężczyzna niespodziewanie wstał i podszedł do naszego stolika

chwycił ją za rękę i przyłożył sobie wskazujący palec do ust

za plecami miałem wzrok manekina – oprowadzał mnie po twarzach

dziecinnych i dorosłych – starych a jednak delikatnych – jak wosk

a ja patrzyłem na jej biodra na zerwany z uwięzi pukiel włosów

 

 

tajemnica

zaczyna się na progu wynika oknem

żeby równać się z wiatrem – obiegać

ziemię szybkim krokiem głodu

 

furie – głaszczą w polu śnieg

z nadzieją że to twarz mężczyzny

 

tradycją formy jest wieszanie próśb

pod sufitem (głowami w dół) tak aby punkt

zwrotny żadnej nie ominął

 

jan – za kilkaset lat znajdzie klucze

które nie dzwonią w ręku ani w kościele

 

kobiety niosą kosze pełne jabłek

w wigilię urodzin tymoteusza (piotra

roberta) idą po czerwonej glinie granicą

 

boskiego gniewu

 

gdzie formą samą w sobie może być

kobieta i korzeń brzozy

w której rozmyśliło się drzewo

 

 

portret noemi

ze słów układam ślad ręki na twojej skórze

popatrz na mnie taka jestem wstrząśnięta

zliż ze mnie krople potu – słoną rozpacz

 

rabbi löwa niesie karty i mówi śmierć to życie

myśl paruje goryczą której początków nie znam

i tak jak twojego gniewu – nie rozumiem

 

dotknij we mnie przyczynę wszystkich czułości

a zostanę dla ciebie najpiękniejszą formą

podróży do pierwszego ze światów wspólnych

 

ale jeśli to jest miłość to nie buduj dla nas domu

bo przeminie tylko zdmuchnij pył z moich ramion

z przeniebieskiej sukienki wokół moich piersi

 

 

berlin – wszędzie są rzeki

wydaje się że most nas wyprzedza o parę chwil

wisimy na nim zabetonowani w ziemi i jednocześnie

wypięci na niebo jak w ogromnym stalowym hamaku

 

wszędzie są rzeki – szkice ramion obejmujących

swoje poczucie piękna – rysunki liści i cieliste

akwarele piaszczystych dróg po których szliśmy

 

tak mamy właśnie wyglądać – jakbyśmy dopiero

co przyszli i wyciągając worki z ziemią poprzedniej

ojczyzny musimy myśleć – a jednak są tutaj mosty

 

i nie miń się ze mną na jednym z nich

nie przepadnij jak kamień nie zniszcz się jak

obraz w nagłym deszczu bo kobieta jak ślimak niesie mój dom

 

praży się kukurydza pod słońcem rosa oparta o źdźbło

dymi swoją słabością wypięta do chmury wygwizdany szpak

zawiesił się nad wodą i odwróciwszy lustro – odleciał

 

 

na zimę

wąską brukowaną ulicą koń ciągnie wóz

koła nie turkocą bo to już lata siedemdziesiąte

zeszłego wieku

 

w przeciwną stronę idzie ksiądz z panem

(fryzjer wygląda przez okno

chłopaki grają w nogę) bogiem

potrząsa batem woźnica i skręca na podwórko czteropiętrowej

kamienicy (do domu gdzie zabrakło węgla)

i krzyczy wołając ludzi do wyładunku

 

za ile

za tyle

 

bo pierwsze prawo przyrody to głód

drugie to pieniądz trzeciego nie pamiętam

wiem tylko że od setek milionów lat

drzewa przewracają się i gniją

 

 

piętaszek

przebywszy miliony lat ewolucji – idę dalej

w pozycji wyprostowanej – posiadam dziesięć

palców u rąk i szczęśliwie jestem pozbawiony

nadmiaru owłosienia tudzież błon oraz płetw

 

(zamieszkałem na żoliborzu – mam czas a w dobie

renesansu człowieka nikt mnie tu nie odwiedza)

 

piętaszek to mój szczur – bardziej domowy niż

możesz sobie wyobrazić – przebył po swojemu te

milion lat i zadowala się towarzystwem kaszanki

jego milczenie – to dążenie do konfrontacji

 

(sprzedać i wyprowadzić się na wieś – bliżej

ludzi średniowiecza – odwiedzić kogokolwiek)

 

tamtego dnia piętaszek odwrócił się ogonem do tortu

urodzinowego i szeptem wyraził niezadowolenie:

przyszedłem na świat w drugą sobotę po święcie

jom kippur – dlaczego mnie wtedy nie zabiłeś?

 

(zrobiłem to następnej nocy – bez szczególnego

powodu odmieniłem jego los – to była dobra noc)

 

pochowałem szczura na cmentarzu pod olszyną

odmówiłem mu zwyczajową modlitwę w intencji

zwierząt domowych – tam gdzie przebywam nikt

mnie nie odwiedza

 

 

ludzie żyją w żółtych drewnianych domach

wysłali się z takim domem na północ

on i ona – najpierw składali dom

potem on kopał studnie a ona wieszała

grzyby po deszczu

 

teraz kiedy patrzę na panią – pani właśnie przestaje mówić

przestajesz mnie moja pani – dotykać

mądrzymy się do siebie w wielkiej płycie – udajemy potok

którym internet nie chce płynąć

 

zrywamy połączenia zarywamy noce w ściennym gniazdku

mieścimy nasz sen zamówienia i przelewy

dzieci rodzą się w telefonach

 

telekamery nie przyznają się do dzieci – wieszamy lampki

 

jutro tylko bywa

z domu na pociąg i szyba

 

do szkoły dzieci a potem się przewietrzyć

na rower do domu i w przeciąg

 

ludzie żyją w żółtych drewnianych domach

a kolor drzewa nie odmienia im szyb

ani wody z której wysychają żurawie

 

 

zdjęcie z archiwum autora

Lejb Witoszyn: O sobie… Hmm… Pochodzę z Czernikowa. Cenzurki mam ze szkoły podstawowej w Czernikowie, potem liceum w Lipnie. Nieudany start na studia. Żeby nie iść do wojska, robiłem studium dwuletnie. Z wykształcenia jestem technikiem obsługi ruchu turystycznego. W moim życiu pracowałem jako kierowca, przedstawiciel handlowy, rolnik, jeździłem na saksy, znam się na uprawie winnic, prowadziłem księgarnię, która potem zamieniła się w mydło i powidło. Pracowałem w sklepie spożywczym na kasie. Murowałem domy. Szpachluję ściany i kładę płytki… Obecnie mieszkam w Bydgoszczy i jestem komiwojażerem…. Piszę, bo lubię.

 

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *