MENU
px

Rozpowieść – miniatura Marka Sztabrowskiego

px

Czerwony tramwaj – opowiadanie Katarzyny Sikory – Borowieckiej

8 marca 2017 Comments (1) Views: 384 Czytam, Poezja

Kto miał orgazm? – poezja Mirosława Sądeja

pejzaż niekontrolowany

noc

znowu deszcz

słów prawdopodobnie ale są mokre policzki

i gdzie indziej wilgoć przecieka

podobno

 

/kłamałaś/

pod parasolami otwartej knajpy na rynku

bo właściciel zakochany

zgubił klucze

zegarek

 

siebie też

 

koty obdzierane ze skóry

protestują na myśl o siódmym życiu

jeszcze gorszym

 

bruk lśni spracowanym potem

 

będzie lepiej

 

 

Epikryza

Chodzę z nożem –

kurwa, w plecach!

Tak gdzieś od wczoraj, między żebrami załaskotało

rozkosznie.

 

Nadstawiałem się,

oj nadstawiałem

twarz do wybuchającego wulkanu.

Serducho na trujące opary tęczy.

 

O bydlę!

Snuje ostrzem pomiędzy pęcherzykami,

a mnie tlenu trzeba.

Przestają trzepotać skrzydła płatów.

Opłucna się dziurawi (jak to z błonami bywa)

I tylko worek osierdziowy

broni czegokolwiek.

 

 

w maluszkowym świecie

wczoraj byłaś inna

zamotana jak kłębek

marzeń na rynku w małym mieście

gdzie fruwały gołębie

 

zobaczył się świat

drobnych wzruszeń pokornie

schowanych pod kołdrą z gwiazd

więc inne to historie

 

na rynku w małym mieście

ciche jak lasy bez wiatru

gdzie czas to profanum nieznośne

lecz miłość

jest sacrum

 

ukryte w torebce za fajką

przekleństwem znaczone

lub bajką

 

 

Homo viator

Kurtyna w dół i oklaski senne.

Stukot krzeseł. Gwar. Blade światło.

Stoję. Drży korona, a nerwy zwinięte

w kłębek. Władzy i bitwy pod Bosworth.

 

Tanio chciałeś kupić „królestwo – za konia”.

Życie jest droższe, a ty mordowałeś

łatwo

od niechcenia.

Knułeś, więc za karę na angielskich błoniach…

proszę pana, koniec przedstawienia.

 

…głowy leciały – i lady i sirów.

Świat pełen ostrzy, trucizn lub szaleństwa

rozpaczy i męstwa,

łez na wstęgi kiru.

 

panie inspicjencie proszę wziąć koronę

oraz worek żądz pełen – wielkich i szalonych.

Idę już do domu. Wieczór tak zamglony,

że latarnie jak piwonie rozkwitają – płonę

ogniem piekielnym

mej roli królewskiej.

A wkoło życie – tak samo kurewskie

jak wtedy

 

Kiedy w martwych oczach,

tylko obłęd się czaił do władzy i kobiet.

Kiedy żniwo zbierał czarnosiny kosiarz.

Zatrzymywał serce

myśli

i krwiobieg.

 

zbiorę latarnie jak bukiet krwawników

i w drzwiach domu postarzały stanę

 

gdzie będę tylko

rabem lub tyranem

czego?

 

nudy i nawyku.

 

(Ryszard III – W. Szekspir)

 

 

pieśń nad łąkami

jakaż roślinochłonna i zielona przestrzeń

zamknięta okręgiem nasyconej pszczoły

czar pustynnej wizji drgające powietrze

 

i ciepłe wieczory

lecz na razie zbierasz na kwiecącej łące

zioła odurzenia i myśli brzęczące

zamyślona cieniem prześwietlona słońcem

kradniesz kropki

drzemiącej biedronce

 

a trawy nie wstają tobą zachwycone

odcisnęłaś w nich zapach szałwii i rumianku

jak mgła płynie stęskniony powrotem

bo mało było szalonych poranków

cichych zmierzchów

 

czasy srebrno–złote

 

więc zostań i całuj przechodzące chwile

przysiądź na maku stubarwnym motylem

chabrem zabłękitnij osiądź pyłkiem mlecza

i zostań chociaż trochę

poczekaj obiecaj

że poleżysz jeszcze na kwiecącej łące

wchłaniając zmysłami

cykadowy koncert

 

 

Woalka Trójcy Przenajświętszej

– Niech będzie pochwalony.

– Kto?

No ja, bom na obraz oraz podobieństwo.

Jestem kurzem i kosmosem – wszystkim i niczym,

twórcą i tworem.

 

Szaleństwo.

– Kiedy ostatni raz…?

– Źdźbeł trawy pytać trzeba, które pamiętają

kształt na wieki wyciśnięty jak ślad dinozaurów –

młodych listków, które z pożądania drgają

patrząc na ciało – zaklęte

w carraryjski marmur.

 

Lecz wierzę.

 

… byłeś u spowiedzi!?

– Kto bredzi? Spowiadam się szczerze,

do bólu, żył otwartych, sennego znudzenia.

Wobec ciebie – Padre – i dziwek, które były piękne

kąpiąc się w morzu boskiego jęczmienia –

już po fermentacji – w jej oczach zaklęte –

błękitnych.

 

A te krzywdy? Ee, jakby od niechcenia

rzucane jak kwiaty wczorajszej procesji

w tłum dziki, w otchłań, więc myślałem – jeśli

krwi nie ma,

to nie mam

nic do zarzucenia.

 

– Grzesznyś synu…

– Sukinsynu? Klecho, masz rację, a jakże

jadłem chleb spleśniały i w cytrynie małże

piłem w kryształach i chłepcąc jak świnia

z rynsztoka

mea culpa – wina.

 

– Coś dobrego było, zbłąkana owieczko?

– Dziecko? A tak, coś tam po drodze się stało.

Kochałem, kiedy dreszczem rysowałem usta,

opuszkami dotykając marmurowe ciało.

To zamknięte w posągu

kamienistych pustkach –

całowałem

i żyło.

Kwitło jabłonią dojrzałą.

 

– Idź już! Odejdź!

– Spowiedź? A gdzie rozgrzeszenie?

Pokuta i żal, który ma wszystko naprawić?

Gdzie krzyż złocony, który dobro sprawi?

Wypełni treścią kosmiczne przestrzenie.

 

– Twoje życie pokutą…

– Cykutą? Jeśli dodać mogę…

i rozdrapać dawno zabliźnioną ranę…

 

Puk, puk, puk.

– Nie możesz.

Amen.

Amen.

Amen.

 

 

trans–formers

pieprzyć rzeczywistość

powiedział facet wpychając fiuta

w światy równoległe

 

z bukietem konwalii

słowami supernowych

byłem przetrąconą próżnią

w zerze absolutnym

 

popchnął

zagrzechotały meteoryty jak kulki gejszy

zajęcz suko warknął

gryząc sutek najbliższej planety ziemi

/wulkaniczny krater/

nie będę śpiewał poezji

 

już czas

 

kto miał orgazm?

 

 

srebrna jemioła

szaroniebieskie wytrzeszczają oczy

przymykając skrzydła zaszronionych rzęs

trzaskając w przeciągu świetlnym o framugi powiek

zamgłłławicccowe

przedczczczasssowe

pppowybuchowwe

/drżą ci usta/

 

strasznie zimno

 

kosmiczny wiatr

wypełnił żagle gwiezdnych karawel

 

płynę do Andromedy

przykutej do skały

wyroczni

zamkniętej przeznaczeniem ofiarnego dymu

 

grawitacja wyobraźni zamieniona w gwiazdozbiór

 

zimno

zera absolutnego

 

najlepszy moment na ogrzanie rąk

marznących serc

transplantacji uczuć bez ryzyka odrzucenia przeszczepu

 

fot. z archiwum autora

fot. z archiwum autora

Mirosław Sądej: Rocznik 64, to będzie dobry rocznik – mówili starzy winiarze, dopóki nie zobaczyli grona z dnia trzynastego, z godziny trzynastej,  objawionego  w  piątek.  I  skwaśniało  to  dobrze  rokujące  wino.

Lubi pisać i mówić  prostym, współczesnym  językiem, z  nutą humoru, zabarwionego goryczą, zrozumiałym dla zwykłego odbiorcy. Z wykształcenia jest historykiem (histerykiem) typu sienkiewiczowskiego, toteż szabelkę Wołodyjowskiego  przedkłada  nad sztylet Gombrowicza.

Bardziej prozaik, niż poeta, a wiersze są tylko odpryskiem chwilowego nastroju.

Ukończył również AWF, aby naukowo i sprawnie uciekać przed wielbicielami jego talentu. Jak na razie to potencjalni wielbiciele (i wielbicielki) uciekają przed nim.

Pesymistyczny optymista lub odwrotnie – już nie pamięta. Ma nadzieję, że jaszcze kiedyś wszystkim pokaże…

 

 

Tags: ,

Komentarze do Kto miał orgazm? – poezja Mirosława Sądeja

  1. JS z IV Tr. 1982 pisze:

    Podoba mi się WTP. Podobnie, jak twoja reakcja na pytanie naszej polonistki, pani P. – „co poeta miał na myśli…?”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *