MENU

Zamknijmy te słowa w cudzysłów – poezja Bożeny Kaczorowskiej

Myślą, słowem, uczynkiem – nie zdążyłem – poezja...

21 października 2018 Comments (0) Views: 532 Czytam, Opowiadania

Kolejny niewysłany list – proza Elizy Segiet

Mame, Tate,

nie jestem w stanie wszystkiego Wam opowiedzieć, ale chociaż tyle, żebyście wiedzieli, że jeszcze, jakimś cudem, udało nam się przeżyć.

Mame, pewnie dziwisz się, że tak nauczyłem się pisać. Po pierwsze te długie godziny z nauczycielem wychodzą mi na dobre, a po drugie zanim na niebie zaczęły krążyć złowrogie samoloty pracowałem też jako zecer. Na początku wojny nikt nie wiedział, że te maszyny będą skierowane przede wszystkim przeciw nam – Żydom, i nikt nie wiedział, że zostaną nad nami na tak bardzo długo.

Dostojne, niemieckie owczarki polują na ludzi. Poznały zapach wroga swojego pana. Odszukać, obwąchać, pogryźć i pokazać swojemu dumnemu panu zdobycz. Człowiek w szczękach psa jest taki mały i bezradny. A zwierzę przecież nie ma nic przeciwko ludziom, ale zostało – jak jego właściciel – wytresowane do likwidacji „złych” i do obrony swojego pana. Ten świat jest teraz bardzo dziwny! Czołgi na ulicach jeżdżą tak jak kiedyś dorożki. Wieczorami jest okropnie ciemno, a może ja już w ogóle nie wychodzę na zewnątrz? W nowej rzeczywistości czasem się gubię. Krążę po ziemiankach, piwnicach, z których niekiedy słychać życie ulicy! Strzały, krzyki i tętent koni.

Rytmiczne kla, klu, kla, klu, kla,… wciąż przypomina mi stukot kopyt konia znajomego dorożkarza – męża pani Lusi. Ona, biedna, została bez nikogo. Zamordowali jego i dzieci, w niej zabili wszystko – chęć życia!

Mówiła, że też nie chce już żyć, ale musi, nie ma wyjścia, bo przecież ktoś powinien zostać, by nie pozwolić zapomnieć, że oni żyli. Oj, jak my teraz jesteśmy od siebie daleko. Mame, przecież Ty nie znałaś dorożkarza. Tyle historii mam Wam do opowiedzenia! Jak tylko skończy się ten koszmar odnajdę Was. Obiecuję! Jestem pewien, że mój brat, razem z Tate, robią wszystko, abyście mogli przeżyć.

 

Wyobraź sobie, że kiedyś złapali moją małą córeczkę i wciągnęli do wagonu, którym miała pojechać na roboty do Niemiec. Janka z Marysią stały obok i nie mogły nic zrobić. Nic! A czy Ty w ogóle słyszałaś, żeby sześcioletnie dziecko zabierać do pracy? Jestem taki dumny z mojej młodszej córki. Kiedy zobaczyła jak gestapowiec wrzuca jej siostrę do wagonu, czmychnęła – na czworaka – pomiędzy jego nogami. Przybiegła do domu i opowiedziała, że on stał z szeroko rozstawionymi nogami i dlatego udało jej się uciec. Skoro takie dziecko prześlizgnęło się w stronę życia, to on musiał mieć chyba ze dwa metry wzrostu!

A gdzie jest Krysia i mamusia? – spytałem zaniepokojony.

Krysia jest schowana do pociągu – zasapanym głosem powiedziała Marysia. Byłem przerażony! Nie pozwolę jej zabrać! – krzyczałem. – Nigdy! Ona musi żyć. Ludzie mówią, że tam gdzie oni wszystkich wywożą jest tylko śmierć. Okłamują, mamią ich kąpielą, a tak naprawdę prowadzą na śmierć. Podobno mają jakieś miejsce, w którym zabijają ludzi gazem i nikt już o nich niczego się nie dowie. Na ludziach prowadzą jakieś okropne doświadczenia, podobno potrafią z ludzi robić mydło! Ja w to nie wierzę. Jak można zrobić mydło z człowieka! A nawet gdyby… Czy mydło zrobione z człowieka może oczyścić krew z ich morderczych rąk?

Słyszałem, że ludzie brodzą w błocie, mokną, albo stoją w piekącym słońcu i z pokorą czekają na rozkazy. Jaka to wiara pozwala niszczyć człowieka? Kim oni są?

Wolałbym zginąć niż zabić człowieka. Ale gdybym mógł zabić tych, co zabiją innych – już nie mógłbym tak powiedzieć! Zabiłbym, bez mrugnięcia okiem. Teraz zrozumiałem, że zło pociąga za sobą zło. Jak oni później spojrzą w oczy swoim matkom, ojcom, dzieciom…?

 

Znowu odbiegłem od tego, co chciałem Wam powiedzieć. Wyciągnąłem Krysię z wagonu! Mieszkaliśmy (ukrywaliśmy się!) bardzo blisko dworca – tylko dlatego Marysia biegnąc do domu nie zabłądziła. Pognałem tam ze wszystkim, co miałem w domu cennego. Dla Niemców cenne znaczyło złote, a najlepiej złote dolary! Wprawdzie miałem jeszcze zakamuflowane pieniądze, ale nie było już czasu na ich zabranie. Czas był teraz najważniejszy, gdyby pociąg odjechał byłoby już na wszystko za późno.

Kiedy Marysia uciekała, strzelił do niej esesman. Małe draśnięcie w jej dziecięcą łydkę na pewno bardzo bolało. Nie poddała się i dalej biegła po pomoc. Na pewno czuła, że ten pociąg niesie zło! Jakież było jej szczęście, kiedy wróciłem do domu z Krysią na rękach. Dziewczynki bawiły się ze sobą jakby obok zatrzymał się świat. Znowu razem i tak musi być zawsze – pomyślałem. Zrobię wszystko, żeby moje córki przeżyły.

 

Bardzo martwiłem się o Jankę, nie wiedziałem, co się z nią stało. Dziewczynki zostawiłem z teściową i poszedłem jej szukać. Napotkani ludzie mówili, że nie wzięli jej do wagonu. Po paru godzinach wróciliśmy razem.

 

Na początku, kiedy zaczęła się ta cała wojenna zawierucha, postanowiliśmy uciec do Warszawy. Wtedy myślałem, że to była słuszna decyzja. Już po paru dniach wiedziałem, że tak nie było. Tam strzelali jeszcze głośniej! Z naszego domu do Warszawy uciekaliśmy nocami tak, aby jak najmniej złego mogło się wydarzyć. Noce bywały ciche, podobno w stolicy też. Późnym wieczorem wyruszyliśmy z dziewczynkami, Janką i jej siostrą. Marysia bardzo kochała zwierzęta, nie pozwoliła w domu zostawić kota, Zośki, bo jak powiedziała: on bez nas umarnie. Pomyślałem, że z nami też tak może się stać. Ale rodzina jest najważniejsza – a kot według dziewczynek był jej częścią. Droga była bardzo długa i męcząca. Dziewczynki były okropnie zmęczone. Mieliśmy wybór – bez przerwy je nieść albo szukać w lesie kryjówki. Szliśmy bardzo długo, wszyscy słabliśmy. Kilka nocy spędziliśmy w lesie, kilka w stodołach u chłopów na wsiach.

Zawsze szedłem pierwszy, tak na wszelki wypadek – gdyby ktoś strzelał niech mnie zabiją, one może jakoś się ukryją – myślałem.

 

Napotkani ludzie mówili, że po drodze omijali leżące ciała, bo nie było nawet czasu ani siły, by pochować tych, którzy też szli po życie, a już nie zdążyli po nie dojść. Nie trzeba było długo czekać, każdego dnia widzieliśmy takie widoki.

Śmierć była wszędzie. W Warszawie, w pustych domach, mieszkali półżywi ludzie. Dzieci bawiły się w wojnę. Przecież teraz nie umiały sobie wyobrazić innego świata. Matki szyły ubranka dla lalek, bo dla własnych dzieci już nie starczało materiału. Dziewczynki w poszarpanych sukienkach troszczyły się o swoje uszyte ze szmatek lalki. Karmiły je pustymi łyżeczkami, chłopcy strzelali z kijków znalezionych na ulicach. Czasem lalce wychodziły z brzucha trociny, matki leczyły obolałe zabawki, na okrętkę zaszywały rany.

 

Moje dziewczynki uśmiechają się do życia, chociaż mają świadomość, że często muszą mówić: mój tata nie żyje, a dobrze wiedzą, że żyję i je kocham. Wojna uczy kłamać! Niemcy oszukują, że to tylko obozy pracy, a tam, za każdym rogiem, w każdym baraku, tylko śmierć czeka na półżywych ludzi. Podobno śpi się tam na jakichś pryczach, jeden na drugim, jeden obok drugiego. Kobiety oddzielają od mężczyzn, tylko matkom czasem pozwalają zostać z dziećmi. Nawet tych, którzy już ledwo stoją na własnych nogach, wywołują do apelu, a oni podtrzymywani przez towarzyszy niedoli stoją w oczekiwaniu na strzał, na pejcz, który jeszcze bardziej porani ich wycieńczone ciało. Kłamię! Oszukuję sam siebie. Ludzie mówią, że oni już nie mają ciała, że to są same kości pokryte siną – z wytatuowanym numerem na ręce – skórą.

Przecież wiesz, Mame, teraz tacy jak my często pozbawiają się własnej tożsamości. Nie warto się przyzwyczajać do prawdziwych imion, nazwisk, daty urodzenia. Żeby przeżyć, warto zabrać dokumenty kogoś, kto leży już pod płotem. Jemu już nie są potrzebne, a komuś mogą uratować życie.

Żydowskie dzieci modlą się po polsku, tak na wszelki wypadek: Aniele boży, Stróżu mój, Ty zawsze przy mnie stój… – pobrzmiewa z ich ust. Może wierzą, że on uchroni je od zła. Małe dzieci uśmiechają się do zawieszonej na sznureczku na ich szyjach blaszanej Matki Boskiej. Przecież łańcuszki zostały zamienione za życie.

Mame, śmierć wychodzi z każdego kąta, z każdego zaułka. Siedzę schowany jak szczur, do którego mogę mówić, co tylko chcę, a on milczy. On nie doniesie, że ja, paradoksalnie, pod ziemią szukam życia. A tam powyżej chodzą ci lepsi ludzie. Muszę gdzieś uciec, schować się jeszcze głębiej, albo pójść gdzieś wyżej. Nie chcę już tak żyć! Źle mi się kojarzą słowa: wojna, esesman. Niemiecki bal trwa dzień i noc! Do cholery, oni chyba cierpią na bezsenność. Ciągle słyszę ten stukot… a może to już tylko w mojej głowie coś się dzieje? Może tam, na poziomie zero, kwitną słoneczniki, a może rynsztokiem płynie tylko czerwone wino, a nie ludzka krew?

 

Autor: Eliza Segiet

Więcej o autorce tutaj:http://nowemysli.pl/przydarzylo-sie-zycie-poezja-elizy-segiet/

 

 

Tags: , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *