MENU
636148473056146710

Wyrzut Sumienia – poezja Kai Kowalewskiej

fot. z archiwum autora

Jeszcze w zielone gramy – poezja Ewy Pilipczuk

21 listopada 2016 Comments (0) Views: 631 Czytam, Opowiadania

Każdy chce zobaczyć swoją tęczę – opowiadanie Kariny Pudłowskiej

pxNa początku był tylko strach. Nie było bólu. Nadal go nie ma. Zawsze tylko strach, przed bólem, którego i tak nigdy nie czułem. A tak cholernie chciałem go czuć. Choć przez jedną krótką chwilę. Może on zagłuszyłby strach, który towarzyszy mi teraz na każdym kroku.

Chryste, gadam jak potłuczony.

Ochlapuję twarz wodą. Nie wycieram jej, spoglądam w lustro. Widzę obraz, od którego chce się uciec. Z głośnym krzykiem i panicznym wymachiwaniem rękami. Wykrzywiam usta. Zawsze tak wyglądam. Włosy obcięte tuż przy skórze. Czarne oczy, w które ludzie boją się zaglądać. Blizna na skroni, przechodząca przez lewą brew. Zaciśnięte wargi. Pięści też. Tak bezpieczniej.

W głowie mi pulsuje, a w uszach dzwoni. Serce wali jak oszalałe. Nie potrafię się uspokoić. Nigdy nie potrafiłem. Tłamszę wszystko. Zduszam krzyk. Chcę coś kopnąć, zniszczyć, potraktować ogniem, a później siedzieć pośrodku chaosu, dysząc ciężko.

Walę pięścią w umywalkę. Liczę, że szum wody to zagłuszył.

Patrzę w swoje odbicie. Wyglądam jak dorosły, a mam przecież szesnaście lat. Może przez te cienie pod oczami? Nie wiem.

Biorę głęboki wdech. Dziś powinno być wszystko dobrze, nie powinienem się tak denerwować. Nic się przecież jeszcze nie wydarzyło.

No, właśnie. Jeszcze.

– Adam! Chodź na obiad, tata wrócił! – słyszę ciepły, choć drżący głos matki. Zaciskam zęby. Wrócił. Wytężam słuch. Jaki ma dziś humor?

Z zawodu jest policjantem, ale jakieś trzy lata temu, kiedy wszystko się zaczęło, wywalili go. Musiał się przebranżowić. Wykwalifikowany policjant kochający swoją pracę, a zwłaszcza niebezpieczne akcje, został księgowym. To przecież tak, jakby pod groźbą śmierci kazać Mickiewiczowi pisać recenzje sklepów z ciuchami dla tych kolorowych kobiecych pisemek. Wzdycham. Wtedy się zaczęło.

Przecieram twarz. Zakręcam wodę. W łazience nastaje cisza. Z korytarza słyszę śmiechy, wesołą rozmowę rodziny i delikatne kwilenie małej Ani w wózeczku. Pewnie upadł jej misio czy coś. Uśmiecham się lekko, delikatnie już rozluźniony. Może jednak miałem złe przeczucia, może to nie dziś. Oby. Wycieram ręce w niebieski ręcznik. Oddycham głęboko, chyba dochodzę już do siebie.

– Adam, ruszysz wreszcie ten swój zgrabny tyłek do stołu czy nie? – słyszę wesoły głos siostry. Unoszę kąciki ust. Nie potrafię tak dobrze chować emocji jak ona. Zmieniłem się. Jestem oschły, cichy. Wszystko analizuję. A jej strach jest widoczny jak pojedyncza łza pośród kropli deszczu. Jestem z niej dumny. Ale wiem, że też się boi.

Nie dziś, nie dziś, nie dziś, powtarzam jak mantrę, choć wiem, że za długo było spokojnie. Nie jestem dziś gotowy. Co ja w ogóle mówię? Ja nigdy nie jestem na to gotowy, nikt nie jest i nigdy nie był.

Nagle głośny huk tłuczonego talerza wytrąca mi ręcznik z rąk. Przewracane krzesło. Krzyk.

Nieruchomieję. A więc to jednak dziś.

 

 

***

 

– Nosz kur…czaki, no! – wykrzyknęłam, szybko się opamiętując. Choć uważałam, że język bez wulgaryzmów smakuje jak odstana herbata, to nie chciałam demonstrować ich przy małej Ani, w wózeczku obok mnie. Odwróciłam się do niej. Przyglądała mi się z rozdziawioną buźką, grzechocząc zabawką. Uśmiechnęłam się.

– Spokojnie, siostrzyczko, na ciebie jeszcze przyjdzie czas. Najpierw powiedz porządnie „kosztorys”, to może wtedy pogadamy. – Puściłam małej oczko i powróciłam do stosu papierów przede mną. Po chwili pozbawionego sensu czytania ich jęknęłam przeciągle. Głupie papierzyska! Głupi kalkulator, głupi kosztorys, nie umiem liczyć, bla, bla, bla, wszystko jest głupie! Westchnęłam i ostentacyjnie walnęłam głową w stół. Z takimi wydatkami nasza rodzina nie znajdzie ani złotówki, żeby jeszcze odłożyć na tę terapię ojca w Norwegii.

Podniosłam głowę, kiedy usłyszałam śmiech małej Ani, przypominający bulgot.

–Ha, ha, ha. Bardzo śmieszne. Ja tu walczę o twoją przyszłość, mała. No, chyba że odpowiada ci taka  atmosfera, jaka teraz panuje w naszym domu. – Wzdrygnęłam się. Po co ja jej to mówię?!

Odniosłam Anię do mamy, na dwór. Siedziała w ogrodzie, a Adam kosił trawę. Kiedy wróciłam do stosu papierów, zrozumiałam, że to na nic. Opadłam bezwładnie na czerwony, podniszczony fotel i zatopiłam się w myślach, wpatrując się w dziurę na podłokietniku, jakby skrywała rozwiązania wszystkich moich problemów.

Potarłam dla rozluźnienia skronie.

Mój tata cierpiał na jakieś skomplikowane zaburzenia psychiczne. Czyli mniej więcej dwa razy w miesiącu potrafiło się rozpętać piekło. Przychodził uśmiechnięty z pracy, a chwilę potem się wściekał. Na nikogo konkretnego, tak po prostu. Puszczały mu nerwy. Jakby chciał się wyładować. Nie wiem. I wtedy działy się różne rzeczy. Często coś latało. Talerz, wazon, krzesło. Ewentualnie telewizor lub suszarka. Różnie się to kończyło. Czasami się uspokajał sam, czasami uspokajał go zastrzyk. Czasami on ląduje w szpitalu, czasami któreś z nas.

Kiedy pojawiła się na świecie Ania, a w Internecie oferta specjalistycznego leczenia w Norwegii, zrozumieliśmy, że trzeba coś z tym zrobić. Mieliśmy dość  i chcieliśmy zapewnić Ani na tyle spokojne dzieciństwo, na ile to było możliwe. Odczekaliśmy rok, aż doszły do nas słuchy o pozytywnych skutkach norweskiego leczenia. Wtedy się zdecydowaliśmy. Trzeba wysłać tam ojca, który chciał się leczyć, a tu w Polsce żadne cuda nie działały. Nawet terapeuci w krytycznych sytuacjach lądowali za oknem. Był tylko mały problem. Pieniądze. Dla pacjentów z zagranicy miało być taniej, ale dla nas i tak za drogo.

Coś tam mieliśmy, wiadomo, ale zbyt mało. Westchnęłam, kolejny raz tego dnia. Zbyt mało, zbyt mało. Jak zrobić, by wystarczyło? Sam wyjazd do tego kraju jest drogi, podróż, zakwaterowanie, oczywiście leczenie. A jedzenie? Prawie spadłam z krzesła, gdy sprawdziłam ceny.

Zastukałam nerwowo palcami o podłokietnik fotela. Może jak się ładnie do kogoś uśmiechnę, to nam dadzą? Wygramy w totka? A może kasa spadnie z nieba? O, wiem, po prostu wyhoduję ją sobie w ogródku!

Westchnęłam. Po raz setny tego dnia.

– Wróć na ziemię, wariatko, wróć na ziemię….

 

 

***

 

Jakiś czas później mieliśmy już obmyślony plan. Nieco surrealistyczny, jednak jakiś był i uczepiliśmy się go jeszcze mocniej niż tonący przysłowiowej brzytwy, czy czego tam on się chwytał.

Właściwie nie był to plan skomplikowany. Staraliśmy się z Adamem po prostu wykorzystać wszystkie możliwości na zarobienie pieniędzy, jakie mogły przyjść do głowy dwójce gimnazjalistów. Dogadaliśmy się więc z dyrektorem naszej szkoły, zostawaliśmy po lekcjach i sprzątaliśmy klasy. Na mieście rozdawaliśmy ulotki, wyprowadzaliśmy śmierdzącego psa starej sąsiadce, niańczyliśmy od czasu do czasu jakiegoś małego brzdąca, sprzątaliśmy w miejskiej dyskotece w weekendy, i choć było nam troszkę głupio, powyciągaliśmy od naszej rodziny tyle kasy, ile się dało.

Wciąż było za mało.

Ale nie poddawaliśmy się. Parliśmy niestrudzenie do przodu, zdeterminowani, nie zważając na przeszkody.

Sprzedawaliśmy ciasta, które sami nocami piekliśmy, mówiąc (właściwie zgodnie z prawdą), że to na cele charytatywne. Odmalowywaliśmy płoty na osiedlu, myliśmy okna w blokach u jakichś Hindusów i czyściliśmy dywany w pobliskim przedszkolu.

Robiliśmy wszystko, co tylko się dało. Całe wolne chwile przesiadywaliśmy w Internecie, szukając ofert pracy dla nieletnich. Przeglądaliśmy strony naszego miasta, strony różnych instytucji i oczywiście te z ofertami.

Mama nie mówiła nic. Tylko raz, jednego wieczoru, widziałam, jak płacze nad stołem w kuchni. Nie był to płacz taki jak w filmach, urokliwy i sentymentalny. To był żałosny szloch, z toną brudnych chusteczek higienicznych wokół i rozmazanym na całej twarzy tuszem do rzęs. Mruczała pod nosem, że do czego to doszło, żeby dzieci tak harowały, bo matka z ojcem sobie nie radzą. Sami ze sobą.

Sytuacja chyba nie wyglądała do końca tak, jak widziała to mama. Ale nie zrobiłam nic. Nie podeszłam do niej, nie przytuliłam. Nie poklepałam po plecach, nie pocieszyłam. Nie włączyłam się do płaczu i biadolenia. Po prostu zacisnęłam usta i cicho przeszłam do swojego pokoju.

Gdy rano ją obserwowałam, nie było śladu po wcześniejszym załamaniu. Tylko podejrzana ilość zużytych chusteczek w śmietniku i pomarańczowe grudki pod jej oczami, świadczące o nadmiarze korektora.

 

 

***

 

Pewnego żałosnego, wilgotnego poranka dotarło do mnie, że jesteśmy więźniami pieniądza. Bez forsy ani rusz. To ona jest tym magicznym kluczem, otwierającym wszystkie drzwi. Potrzebowaliśmy go. Bez niego nasze drzwi były zamknięte na trzy spusty, owinięte kilkoma ciężkimi łańcuchami, antywłamaniowe, z alarmem, kamerą i trzygłowym Cerberem, który ociekając śliną i warcząc głośno, bronił zbliżenia się do nich.

Wzdychając smutno, stałam przy oknie. Nie powinno tak być. Pieniądze nie powinny znaczyć aż tyle.

Deszcz kapał szybko, przez zamazane szyby moje podwórko wyglądało jak wyjęte spod pędzla impresjonisty. Pamiętam, jak mocno zaciskałam wargi.

Jak pocierałam stłuczone ramię.

 

 

***

 

Chłodne powietrze balkonu owiewało mnie. Nie zwracałam uwagi na to, że marznę. Szczerzyłam się zwycięsko do złowrogiego, granatowego nieba. Miałam w nosie, że zbierało się na burzę, a powietrze śmierdziało kryminałem. Moje życie to była jedna wielka burza. Taka z piorunami i zniszczonymi doszczętnie domami. A ja nie chciałam porzucić choć cienia szansy na swoją tęczę.

W końcu mieliśmy te pieniądze. Tę jedną, jedyną, szansę. Mieliśmy nasz klucz.

Jak dwójka gimnazjalistów zdołała uzbierać taką sumę? Tak, pracowaliśmy ciężko. Ale wciąż brakowało. To nie był jakiś amerykański film familijny, gdzie grupka dzieci zdobywa pieniądze, sprzedając ciasteczka, a później ratuje świat.

To było jak thriller. Jak film psychologiczny albo dokumentalny, bo ukradliśmy coś.

Włamać się do czyjegoś domu nie było nawet trudno. Akcja poszła szybko i bezgłośnie, a sprzedaż dwóch komputerów i mikrofalówki korzystnie i z uśmiechem.

Rodzina, którą okradliśmy, zgłosiła sprawę na policję. Nas nikt na razie nie podejrzewał.

Zero poczucia winy. Zero skrupułów, żadnych wyrzutów sumienia. Wyparliśmy to z siebie. Musieliśmy tak zrobić, bo w domu było coraz gorzej. Po trupach do celu.

Celem było bezpieczeństwo, a może nawet i życie.

Czy w takiej sytuacji patrzy się na cenę?

Teraz marzę tylko o spokoju. Jutrem będę się martwić… kiedyś, później. Przymrużam powieki. Wdycham zapach deszczu, wiatru. Może wolności.

 

 

***

 

Smród lotniska jest nie do wytrzymania. Kręcę nosem i wbijam mocno ręce do kieszeni. Słońce świeci niemiłosiernie. Dziwię się, że jeszcze trwa, że nie zmęczyło się tym blaskiem, który roztacza wokół. Ja na jego miejscu co najmniej założyłbym okulary.

Prycham. Co ja do diabła plotę?

Odwracam głowę. Widzę w oddali matkę wylewnie żegnającą się z ojcem. Nie wie o kradzieży. Nie wzięłaby tych pieniędzy. Widzę siostry stojące obok i uśmiechające się. Jedna błyska białymi zębami, druga wesoło podryguje w jej ramionach, ukazując różowe dziąsła. Uśmiecham się. Nie podchodzę, nie żegnam się. Nie chcę, nie muszę. Nikt mnie nie woła.

Chyba rozumieją.

Wciągam ze świstem powietrze. Za dużo stresu, za mało snu. Za dużo adrenaliny, za mało spokoju. Za dużo obowiązków, za mało życia. Takiego normalnego, jakie powinien mieć nastolatek.

Oby tylko te wszystkie wyrzeczenia były tego warte.

Głos w megafonie coś bełkocze, chyba, że czas odlotu. Przyglądam się ludziom. Tylko ja stoję nieruchomo i milczę. Oni wszyscy gdzieś biegną, mają teczki, białe koszule, krawaty i szpilki. Ja mam sprane dżinsy i dziurawe trampki.

Ostatnio sprzedałem trochę ciuchów przez Internet.

Przymykam oczy. Wokół mnie robi się coraz głośniej i ruchliwiej. Ktoś mnie potrąca. Odchodzę w bok, wciąż milcząc. Patrzę. Ludzie wyglądają jak na przyśpieszonym filmie. Jakby coś ich goniło.

Biorę głęboki wdech. Ciekawe, czy oni noszą w sobie jakiś strach? Inny niż strach przed brakiem awansu?

Kręcę głową. Karcę się w myślach za swój cynizm. Chyba jeszcze gorszy niż ten w Lidlu, na promocji.

Prycham. Ale jestem śmieszny!

Pocieram kark. Kocioł myśli w mojej głowie wrze i bulgocze.

Chociaż już przestało mnie obchodzić, czy dowiedzą się, że to my okradliśmy tych ludzi, mam przeczucie, że kiedyś za to wszystko beknę.

Wypuszczam nieświadomie wstrzymywane powietrze. Trudno.

Teraz najważniejsze jest leczenie ojca. I pozbycie się tego bezustannego strachu. Chociaż chwila rozluźnienia, spokoju rodziny.

A może mi też odbija?

Wyglądam przez wielką szybę, oklejoną tandetnymi reklamami. Samolot wreszcie startuje. Uśmiecham się lekko.

Powodzenia, tato.

 

Autor: Karina Pudłowska

Korekta: Hanna Bilińska – Stecyszyn

 

fot. zza archiwum autora

fot. z archiwum autora

Karina Pudłowska (1999): Starająca się jak najwięcej podróżować licealistka. Laureatka ogólnopolskiego konkursu literackiego „Lipa 2013”, Lipa „2014”. Fanka twórczości Andrzeja Bursy, Stephena Kinga, George’a R.R. Martina oraz żartów Barney’a Stinsona. Do napisania pierwszego opowiadania skłoniła ją chęć wygrania przedpremierowo kolejnego tomu z ulubionej serii książek, który był nagrodą w jednym z konkursów literackich organizowanych przez „Magazyn 13”. Od tamtej pory co i raz coś popisuje.

 

Tags:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *