MENU
fot. z archiwum autorki

W przestrzeni lęku – poezja Aleksandry J. Starosteckiej

fot. z archiwum autora

Nie nazywaj – poezja Adama Gwary

30 stycznia 2017 Comments (0) Views: 480 Czytam, Opowiadania

Kanarek – opowiadanie Patrycji Żurek

black-and-white-bird-birdcage-cage2„Wolność, kocham i rozumiem. Wolności, oddać nie umiem…”, przekręcił gałkę radia i muzyka stała się tylko cichym pomrukiem, ledwo co zakłócającym statyczność wieczoru. Wyjrzał za okno, gdzie obłoki zmieniały barwę z szarej na pomarańczową. Słońce zachodziło niespiesznie. Kolejna bezsenna noc zaglądała w czeluści pustego mieszkania, w którym nawet powietrze było nieruchome i jakby martwe.

Odwrócił wzrok od szyby, próbując pozbyć się upiornych myśli, które nawiedzały go coraz częściej, coraz nachalniej przypominając, że w kuchni ma kuchenkę starego typu, która, jeśli płomień zgaśnie (bądź nigdy się nie pojawi), nie zamknie dopływu gazu.

Rozglądnął się, mimo że znał na pamięć odrapane ściany, wiszący krzywo (choć poprawiał go czasami kilka razy dziennie) obrazek Matki Boskiej, który był pamiątką po matce, i kryształy w nielicznych meblach, które kiedyś miały swoją wartość i świadczyły o  dobrym guście gospodarzy. Rodzice często przyjmowali gości, podając na stół potrawy w rżniętych misach, na zdobionych półmiskach i nalewki w karafkach. Wszystko to przeminęło i już nie było przed kim się chwalić wysokimi kieliszkami na złoconych nóżkach. Domowej roboty wina rozpękły się niczym butelki wyrzucone na chodnik.

 

Wspomnienia.

 

Zatrzymał wzrok na klatce, w której mały żółty ptaszek przekrzywiał głowę, patrząc na niego lśniącymi niczym koraliki oczami. Jedyna żywa jeszcze istota w tym domu. Śpiewał mu kanarek zawsze rankiem, kiedy dopiero co zapadał w  lekki, nieprzyjemny sen, który oblepiał go niczym tłusta pajęczyna i zapierał dech. Nocna mara wdzierała się do gardła i nie pozwalała odpocząć. Zaciskał wtedy pięści, próbując opanować złość, że ptak znów go obudził, czując jednocześnie niewysłowioną ulgę. Podczas gdy starał się zapomnieć o koszmarze – zawsze tym samym, o dłoniach owłosionych, o zmarszczkach w okolicach ust, o ciemnych oczach pełnych wyrzutu – słuchał łagodnego trelu, a dłonie rozluźniały się.

 

Czasami płakał.

 

Gdy robiło się chłodniej, zamykał okiennice i otwierał małe drzwiczki klatki. Kanarek znów przekręcał głowę, jakby z politowaniem, spoglądając to jednym to drugim czarnym oczkiem. Bywały dni, kiedy mężczyzna miał ochotę chwycić w dłoń drobne ciałko i skręcić żółciutki kark, nigdy jednak tego nie zrobił. Być może brakowało mu odwagi, być może nie chciał uwolnić się od ostatniej odpowiedzialności, która łączyła go ze światem. Gdyby ta nić pękła, nie mógłby już…

 

Koledzy mu zazdrościli. Spotykał ich czasami na ulicy, kiedy, podobnie jak on, wracali z zakupów, z siatkami pełnymi sprawunków i piwa.

– Ty to mosz życie. – Przystawali, ustawiając torby u stóp, uważnie, by nic się nie wysypało. Ocierali pot z czoła szerokimi przedramionami. Wszyscy mówili te same słowa, powtarzali slogany, które go nudziły. – Żadno baba ci krwi nie psuje i nie godej, że nie jest ci dobrze. To zalyta, z kierą nie do się rajcować[1].

Nawet nie próbował.

– A geltag[2] to ci pewnie styknie[3], co? – Spoglądali kaprawymi, przekrwionymi oczami, taksując jego nieco zbyt duże spodnie i flanelowe koszule w kratę, które kupowała mu jeszcze matka, a które nosił, bo nie potrafił pozbyć się uczucia, że tak należy. Miał ich całe stosy, ułożone równo w czeluściach szafy. Każda czekała na swoją kolej. Matka zadbała, by nie zabrakło mu ich aż do śmierci. – Bir[4] se niejeden za to kupić możesz i nikt ci nad łbem sapoł nie bydzie. – Przeliczali dobrą, górniczą emeryturę na ilość możliwych do wypicia win i nalewek.

– Żodnyj żeś nie zapłodnił, to i spokój w chałupie mosz – gderali, wspominając własne, niewdzięczne pociechy. – Bajtle to ino twój bajtlik[5] by chcioły. A im więcej dudków, tym się mordy bardziej cieszą. Ja, ja, dobrześ zrobił.

Gówno wiedzieli, ale przytakiwał.

– Wolność, stary. – Klepali go po plecach, śmiejąc się rubasznie, a ich brzuchy i nalane policzki trzęsły się przy każdym cha, cha. – Myśmy takiego pomyślunku nie mieli. Mondrześ zrobił, kiedyś se takie życie wybroł.

Kiwał głową i uśmiechał się, kiedy dźwigali reklamówki i ruszali w dalszą drogę. Do ciepłych, żyjących, oddychających domów.

Tak. Nigdy nie sprostował, że to życie wybrało jego, że nie był w stanie się przeciwstawić, zaciśnięty w szponach despotycznej matki; że nawet jako dorosły był zbyt głęboko pod jej wpływem i że uczucie zarówno przywiązania, miłości jak i zależności nigdy nie stopniało. Aż do jej śmierci.

 

Wiele razy jako młody chłopak marzył o wolności. Przez okna widział kolegów siedzących na trzepaku, palących papierosy i pijących ukradkiem tanie wina. Śmiali się, a odgłosy ich zabawy docierały nawet na piąte piętro, na którym mieszkał. Rozpłaszczał nos na szybie, ale wtedy matka odciągała go, dawała zajęcie, przyciskała do chudej, prawie zapadniętej piersi, szepcząc do ucha słowa pełne miłosnego jadu. „Jesteś tylko mój synku, jesteś tu dla mnie, kochanie”. Do dziesiątego roku życia wyciągała chudą pierś, by mu podać, by uspokoił się i wyciszył, by zasnął w jej ramionach.

Rok później odrzucił ją, nie chciał już tego ohydnie tłustego mleka, nie chciał jej biustu nad swoją twarzą. Ten wieczór był pierwszym wieczorem jego wolności. Słyszał, jak matka płacze, wzywając z niebios postać świętej pamięci ojca. Klękała wtedy przed nim, prosiła, ale nie ustąpił. Wtedy to rozlało się w nim to uczucie, które później doświadczył tylko raz… płacąc za to koszmarami.

 

Wolność…

 

Obserwował ptaszka, który kręcił kółka pod sufitem. Jego małe skrzydełka furkotały cicho. Był niczym żółta plamka na tle szarych ścian. Jedyny kolorowy akcent jego życia. Pamiętał, że matka nienawidziła tego stworzenia, twierdząc, że śmierdzi i przeszkadza jej spać. Patrzyła z nienawiścią, jak jej syn bierze go do ręki i gładzi mały łebek, jak przemawia czule do kanarka i zaciskała wtedy usta w wąską, prawie siną kreskę. Była już wtedy stara, ale nie chciała umrzeć, ostatnimi resztkami sił czepiając się życia. Chciała przeżyć tego kanarka, tak mu kiedyś powiedziała. Nie chciała zostawiać go samego z tym ptakiem.

 

A potem nastąpił drugi dzień jego wolności.

 

Przyglądał się, jak powoli odsuwa kołdrę, najpierw odsłaniając górną część ciała, siadając i odkrywając chude, obciągnięte skórą delikatną jak pergamin nogi. Matka nigdy nie gasiła lampki nocnej, tłumacząc to koszmarami, które ją nawiedzają. Czasami słyszał, jak jęczy przez sen, ale tej nocy długo się wierciła, nie mogąc zasnąć. Dlatego też czuwał. Słaby poblask światła rzucał na jej twarz na wpół rozmyte cienie. Obserwował ją spod zarzuconego na twarz ramienia. Wyrównał oddech, by nie poznała, że nie śpi, chociaż słuch miała tak przytępiony, że pewnie i tak by się nie zorientowała.

Wstała wreszcie, z trudem, krzywiąc się, kiedy sprężyny wysłużonej wersalki jęknęły. Przez chwilę trwała nieruchomo, obserwując kąt, w którym leżał. Nie poruszył się, więc zrobiła kilka niepewnych kroków. Gdy podeszła do klatki kanarka, znów na niego zerknęła.

Ptak milczał, wpatrując się w swojego wroga beznamiętnymi, chłodnymi oczami. Mężczyzna miał absurdalne wrażenie, że kanarek wie, po co przyszła, dlatego cofnął się, gdy otworzyła drzwiczki.

Matka wzięła do ręki szamoczące się zwierzę, palcem drugiej dłoni głaszcząc  łebek, jakby nagle zafascynowana jego gładkością. Zanim zdążyła zrobić cokolwiek, chwycił jej dłoń. Nawet nie zauważyła, że wstał i podszedł.

Spojrzała zdziwiona i zawiedziona, a na jej twarzy dostrzegł nienawiść, która wykrzywiała jej usta w upiornym grymasie. Zapadnięte wargi pozostawały półotwarte, a oczy zmrużone, gdy delikatnie wyłuskiwał z jej szponów kanarka. Czuł jego drżenie, gdy sadzał go na patyku w środku klatki.

Wziął ją pod rękę i podprowadził do wersalki, na której spała. Wyczuwał pod tkaniną koszuli nocnej chude, kościste ciało. Położył ją delikatnie. A później zacisnął dłonie na chudej, pomarszczonej szyi. Matka popatrzyła zdziwiona, ale nie próbowała się szarpać. Jej dłonie dygotały, gdy konwulsyjnie szarpała kołdrę. Zapamiętał z tego momentu ciemne niczym studnia oczy, pełne miłości, zrozumienia i nienawiści, mieszanki, której nie rozumiał. W pamięć wryły mu się własne dłonie, pełne czarnych, kręcących się włosów. I jej usta, spazmatycznie łapiące powietrze, z rzeką zmarszczek wokół. I cisza. Dzwoniąca w uszach, kiedy w końcu przestała oddychać, kiedy zamknęła oczy i odpłynęła w świat wiecznego snu. Na zawsze. Miała wtedy dziewięćdziesiąt pięć lat.

 

Kanarek przysiadł na obrazie Marki Boskiej i spoglądał czarnymi ślepiami. Wydawało mu się, że jest w nich drwina. Codziennie to samo, zdawały się mówić. Te same wspomnienia, przewijanie niczym filmu wspomnień, byleby tylko poczuć to, co wtedy. Niestety uczucie wolności nigdy więcej nie przyszło. Euforia po zamordowaniu matki minęła równie szybko, jak się pojawiła, i nie był w stanie odtworzyć tego stanu.

Otworzył szeroko balkonowe drzwi. Kanarek pokiwał głową, jakby w zniechęceniu i wyfrunął, bo wiedział, że tego się od niego oczekuje. Mężczyzna wyszedł na balkon, obserwując lot ptaka. Niewiele widział w gasnącym świetle dnia. Kanarek zaśpiewał cicho, po raz ostatni dla niego, lądując na drzewie. Kręcił łebkiem, rozglądając się. W piersi mężczyzny urosło uczucie nieco podobne do tego, którego szukał. Namiastka zaledwie. Obserwował, jak ptaszek cieszy się wolnością, dopóki nie zaatakował go szpak, rozdrapując małe ciałko pazurami.

– Wolność jest wyborem… – wyszeptał.

 

Wszedł do domu, zamykając okiennice. I poszedł do kuchni.

 

Autor: Patrycja Żurek

Więcej o autorce: http://nowemysli.pl/dzieciak-opowiadanie-patrycji-zurek/

 

——————————————————————-

[1]              Rajcować (gwara śląska) – dyskutować.

[2]             Geltag (gwara śląska) – wypłata.

[3]             Styknie (gwara śląska) – starczy.

[4]             Bir (gwara śląska) – piwo.

[5]             Bajtlik (gwara śląska) – portfel.

 

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *