MENU

Atak ud – opowiadanie Hanny Bilńskiej – Stecyszyn

Jest mnie więcej w miejscach – poezja Anny Musiał

17 stycznia 2018 Comments (1) Views: 1271 Czytam, Lubię, Myślę

Julio Cortazar, czyli gra ze stereotypami – felieton Marka Jastrzębia

(…) jeden z tych pseudodialogów, w którym mówiącemu jest zupełnie obojętne, czy partner odpowiada, czy nie, byleby tylko był naprzeciw niego, byle coś było naprzeciw niego, cokolwiek, jakaś twarz, jakieś nogi wystające z lodu

Julio Cortazar, GRA W KLASY, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1974 str 325

 

Próżnością jest myśleć, że rozumiemy działanie czasu; grzebie on swoich zmarłych i chowa klucze. Jedynie w snach, w poezji, w zabawie – zapalić świecę i przenieść przez korytarz – z rzadka pochylamy się nad tym, czym byliśmy ongi, zanim staliśmy się tym, czym ewentualnie teraz jesteśmy.

GRA W KLASY – str 463

 

unnamedMawia się o jego bohaterach: niepoprawni idealiści, zdecydowani naiwniacy, zawzięci marzyciele. Idealiści, ponieważ chcą zmieniać świat, nie znając jego celu i sensu. Marzyciele, gdyż wstępują w życie grubo po trzecim dzwonku, a odchodzą z niego w połowie przedstawienia. Nie wiedząc, czy byli na komedii, czy brali udział w dramacie. Nie wiedząc, a jednak zachowując się, jakby znali całość spektaklu.

Julio Cortazar, więzień przykuty do snów, skazaniec na właściwe słowa, prozatorski wirtuoz, poeta, eseista, teoretyk i praktyk nowej formy pisania, awangardzista, eksperymentator w notacji dzieła i gladiator myśli, odrealniony sztukmistrz trudniący się odśnieżaniem piasku na wodzie, to literat hermetyczny dla jednych, a dla innych – kulturalny dywersant. Pomawiany o uprawianie językowych czarów, o stosowanie fabularnych egzorcyzmów i pokątne konszachty z diabłem, miał samoswoje, a jak się potwierdza – prorocze spojrzenie na rolę czytelnika.

W swoich utworach prezentował pogląd, że czytelnik powinien być aktywnym partnerem autora. Uczestnikiem wędrówek szlakami wyobraźni. Razem z pisarzem współtworzyć ma utwór. Dlatego w Grze w klasy zaproponował odbiorcy swobodny wybór kolejności czytania jego poszczególnych fragmentów.

Książkę można więc czytać w sposób tradycyjny, od początku do końca, albo według własnego uznania. Lub – zgodnie z kolejnością rozdziałów zaleconą przez autora. Lub – losowo. Tak skonstruowana powieść odkrywa przed adresatem kolejne poziomy jej interpretacji i za każdym razem budzi nowe refleksje.

Barwny, muzyczny, oryginalny i mało książkowy styl, jest nie do naśladowania; łamie poprawnościowe konwencje. Wcześniej niespotykany, odróżnialny na tle jakichkolwiek twórców, w zgrzebnych czasach lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, był z tych powodów tak u nas popularny.

Sztuka nie jest dla niego kopią rzeczywistości. Ma pobudzać myśl odbiorcy, a nie zasklepiać się w ograniczeniach do ilustrowania otaczającego świata. Ma go przetwarzać, a nie odtwarzać. Do odtwarzania wystarczy magnetofon, zdjęcie powierzchni zdarzenia. Fabularne confetti. Do przetwarzania konieczna jest pamięć równoległa, rentgenowskie zdjęcie wirujących uczuć.

W jego utworach nie ma ludzi bez nawyku tłumaczenia się ze swojej egzystencji; każdy przed każdym udaje innego, niż jest. Każdy chce być niepowtarzalny, sam jak palec zanurzony w rzekach wzajemnego niezrozumienia.

W cortazarowskim świecie wszyscy walczą ze sobą o zachowanie własnej tożsamości. O tożsamość niejednokrotnie utraconą. Streszcza się w niej nierozwiązywalny dylemat. Zaczyna się żmudny proces zdzierania oficjalnych grymasów. Rozdrapywania ran. Dążenia tropem przeżyć nie do odzyskania.

Ale choć przeżycia są dla jednych bohaterów oczywistościami, drugim – obserwatorom z zewnątrz – wydają się podejrzane, wątpliwe, nieautentyczne. Stąd u Cortazara toczą się nieustanne boje na słowa. Pojedynki antagonistów. Starcia przypominające akademickie dyskusje o niczym. Jałowe i nieudolne spory pseudointelektualistów próbujących określić się w rzeczywistości, zinterpretować otaczający świat i znaleźć w nim swoje miejsce.

A ponieważ wszyscy są reprezentantami własnych światów, nie ma między nimi całkowitego porozumienia. Jest zaledwie fragmentaryczne, poszatkowane na wycinki i wyrywkowe segmenty – zdarzenie opowiedziane aluzyjnie; nie w pełni i nie wprost.

Tak jest w Jego najlepszej powieści, zdumiewającej śmiałością rozwiązań w warstwie językowej Gry w klasy: np. Horacio Oliveira, np. Traveler, np. Maga, np. Talita – krążąc wokół siebie, spotykają się w rzeczywistości innej niż ta, która jest ich udziałem. Są razem, ale są w ciągłym konflikcie. Żyją wspólnie, ale żyją na dwóch biegunach: tylko w zaciszu głów opisywanych postaci.

W tej eremii tolerują swoją obecność, lecz choć są do siebie podobni, nie potrafią się zaakceptować. A że podobieństwo nie wyklucza różnic, Maga i Horacio, para z Francji lub duet przyjaciół z Argentyny, Horacio i Traveler, postaci te trwają wobec siebie w nieustannym klinczu: na pograniczu rozstania.

 

 

*

 

Powieść składa się z trzech części: Z tamtej strony przedstawia epizody paryskich losów bohatera, czterdziestoletniego Horacia Oliveiry prowadzącego swobodne, pozbawione dyscypliny życie w środowisku paryskiej bohemy; Z tej strony mówi, o jego przygodach po powrocie do Argentyny. Z różnych stron jest zbiorem tekstów, które wedle autora można w lekturze pominąć, ale czytając je w kolejności określonej w specjalnym kluczu, podanym na początku powieści, uzyskuje się dodatkowe informacje o wydarzeniach.

Niezwykła struktura powieści, szaleństwo konstrukcji, wzmagają się w miarę lektury jak psychiczne rozchwianie głównego bohatera. Horatio, nie ufając żadnym teoriom czy prawdom, grzęźnie w irracjonalnych spazmach, pozbawiony woli działania i władzy samodzielnego sądzenia. Nie zgadza się na rzeczywistość widzialną: Niemożliwe — powiada Horatio — żeby to było naprawdę, żebym ja był kimś, kto się nazywa Horatio.

Podważając oczywistość rzeczywistości, szuka jej głębszego sensu. Dochodzi do granicy obłędu. Ale wierzy, że jest coś więcej niż widzi, że istnieje jakiś inny świat; odbity: może lustro, może sobowtór.

Mieszkający w Paryżu Horacio, samotnik na własne życzenie, obcy gdzie bądź, na stałe przebywa w sali pełnej krzywych luster. Zabłąkany wśród metafizycznych rzek i pustych miejsc, kibic prawdziwego życia, dezerter z własnej Ojczyzny (Sfrancuziały Argentyńczyk, jak mówi o nim jeden z bohaterów powieści), przewrażliwiony poszukiwacz uzasadnień dla swoich filozoficznych rewolt, jeden z wielu cudzoziemców we własnym kraju, porusza się po Paryżu, jak po marzeniach o Buenos Aires. Horacio Oliveira, o którym drugi z bohaterów powieści mówi: […] specjalizował się w zaprzepaszczonych sprawach. Najpierw zaprzepaścić coś, a potem uganiać się za tym jak wariat, przybysz z kraju yerby i mate, znajduje w Paryżu drugą połowę poszukującego siebie, Luisę – Magę, wróżkę, niedostępną i niepoznawalną, uosobienie miłości: kobietę idącą w zamyśleniu przez bezmyślny świat. Spotyka Magę, wizjonerkę światów ukazujących się jej pomiędzy tym, co dostrzegalne, a tym, co skąpane w rojeniach i niebieskich obłokach, kobietę, która nie tyle idzie przez świat, co w nim tańczy; jak welon utkany z powietrza.

Pisarz odsłania przed czytelnikiem kolejne warstwy tej samej fizjonomii bohatera. Prowadzi z nim nieustanną grę, demaskatorską zabawę w zdzieranie kolejnych masek. Przed okiem odbiorcy przetacza się więc korowód mięśniowych kompozycji twarzy. Przyrośnięte na stałe, przymocowane do świadomości potęgą jego pióra, zapadają w pamięć adresatów.

Nie pisze utworów nieważnych; zadaje trudne pytania. Na przykład: czy brak rytuału nie jest też rytuałem? Od kiedy falsyfikaty są wiarygodniejsze od prototypów? Bohaterzy tej niecodziennej prozy, są w naszym poharatanym świecie wiecznymi gimnazjalistami dojrzewania.

Zawsze i od nowa są zaskakiwani własną niewiedzą. Stale i ciągle tak samo błądzą jak ćmy w stronę ognia, non stop i uparcie zadając pytania o to, dokąd i dlaczego toczy się ich życie, a także, jakie będzie jego ostateczne przesłanie. Zawsze i od nowa znajdują się w trakcie realizacji nieznanego scenariusza tworzonego przez nieznanego reżysera i nieprzewidywalnych aktorów.

Choć wydaje się im, że pełnią w życiu ważną rolę, w rzeczywistości są tylko statystami, znakami czasu i jego symbolami, odgrywają w nim epizody i są do zastąpienia: jak zużyty detal.

 

 

*

 

Teatralne robinsonady masek, ich przeobrażenia w nowe, są treścią jego twórczości. Przypominają nieprzerwane wkraczanie do gabinetu wypełnionego zjawami o tysiącu sprzecznych intencji; mówią o niemożliwości międzyludzkiego porozumienia.

Do czego prowadzi nadmierna opieka, widzimy w opowiadaniu „Zdrowie chorych”. Autor zastanawia się nad skutkami naszej reżyserii cudzego życia, nad granicami ingerencji w nie, nad strefą jego intymności, nad tym, do jakiego nieprzekraczalnego miejsca możemy je modyfikować, czy ślepa, zaborcza, a więc infantylna miłość, jest wytłumaczeniem retuszowania rzeczywistości.

Bohaterzy, rodzina, omotani siecią niepowodzeń, tworzą zwarty i szczelny mur chroniący najsłabszego z nich, Matkę, przed wiadomością o śmierci jej syna. Matka rodu wywiera na nich ciągłą i perfidnie zamierzoną presję. To prawie dobrotliwa kura domowa, uczuciowa terrorystka, figura dająca się lubić, zajęta sobą, swoją samolubną, demonstracyjną rozpaczą, parzeniem ziółek na ciśnienie i aplikowaniem sobie maści na dodatkowe utrapienia, pochłonięta ceremoniałem urozmaicającym jej dyrygowanie poczynaniami rodziny, skrupulatnym baczeniem na nią i zwracaniem jej trwożliwej uwagi na swoje zadry w nosie.

Troska o utrzymanie prowizorycznego spokoju w domowym rumowisku, o zachowanie konwenansowego ładu we własnych sumieniach, zmusza ich do intryganckiego wysiłku, do wyzywania losu na udeptaną ziemię, do demonstrowania, udawania czułości, roztaczania opieki, drapieżnej wobec bliźnich, a zgodnej z ich intencjami, skłania ich do postępowania namaszczonego tradycyjnym obyczajem, obyczajem mówiącym o celach uświęconych przez środki.

Przyzwyczajeni są do lawirowania obok istotnych spraw, do unikania kłopotliwej prawdy; tańczą na linie z “litościwej komedii” , a ich spolegliwa gimnastyka wśród pozorów, przychodzi im bez trudu. Aczkolwiek przychodzi na krótko, bo gdy zaprzęgają do swoich karawaniarskich spisków osoby postronne i ledwie symbolicznie związane z tragedią, a to dalekich ziomków skrobiących uspokajające, ocenzurowane troską, podtykane Mamie listy od ukochanego syna, a to lakoniczne faramuszki nadchodzące z rzekomej Brazylii, a to narzeczoną nieboszczyka odprawiającą rytualne dyżury przy niedoszłej teściowej – nieubłagany czas sprawia im psikusa: okazuje się mianowicie, że tak misternie, cienkim nićmi szyte kombinacje, już dawno temu zostały odkryte przez Mamę i już dawno mogli jej wyjawić to, o czym wiedziała.

 

 

*

 

W ostatnim zdaniu opowiadania „Wszyscy kochamy Glendę”, Cortazar stwierdza: “nie można zostać zdjętym z krzyża i zachować życie”. Dlatego tytułowa postać, filmowa, niepotrzebnie żywa aktorka, musi umrzeć, bo jej sztuczny, wyidealizowany portret, nie pasuje do przyjętych reguł fikcji; jest niezgodny z ideałem. Tak też jest w opowiadaniu  „Instrukcje dla Johna Howella”.  Pisarz sprowadza całą rzecz do absurdu: mówi, że uwolnienie się spod presji podjętej gry w udawanie, są to mrzonki, że decydując się na wybraną, trzeba być jej świadomym; od szaroburej egzystencji nie ma ułaskawienia: jest ona obowiązkiem przypisanym do komfortu naszej obecności.

 

Autor: Marek Jastrząb

 

 

Tags: ,

Komentarze do Julio Cortazar, czyli gra ze stereotypami – felieton Marka Jastrzębia

  1. Halina Kronschnabel napisał(a):

    Pieknie zanalizowana powieść…chce sie czytać by sprawdzić adekwatność ocen – to dla nieznających, bo warto.
    „Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma”….zawsze wszystko analizuje pod katem teraźniejszości, pod katem politycznej teraźniejszości – nic mnie od tego nie odciągnie, bo jako Obywatel mam prawo rozumieć co sie dzieje i gdzie zmierzamy. Rozumiec nie znaczy wiedzieć, niestety. Słyszeć wypowiedzi rządzących to nie znaczy rozumieć je, a już Bron Boże akceptować. Taka ich karma.
    Ile masek jeszcze zedrzemy z twarzy pisowskich oficjeli – by w końcu dotrzeć do prawdziwej maski? Gdzie w końcu ze zdumieniem stwierdzimy……podłość ich charakteru – gdyż oni maski nakładają zgodnie z zasada – dla ciebie czerwona masunia, a dla innych jeszcze inna….bo ta prawdziwa jest tylko nasza nasza. I tu dochodzimy do „złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma” – trzymamy sie w klinczu. Wniosek moze byc jeden……Ojczyzne zabijemy, bo niby kogo innego?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *