MENU
fot. z archiwum autorki

Zabić kurę – poezja Haliny Rokoszewskiej

poeci 03

Jak Puls Literatury trafił do Londynu – Zuzanna Muszyńska zapytała...

18 stycznia 2017 Comments (0) Views: 877 Czytam, Poezja

Jeszcze kolanem domykam walizkę – poezja Izabeli Trojanowskiej

Akt miłosierdzia

Mistrzu łatwopalnych pacynek,

połam mój los jak opłatek.

W palcach rozkrusz. Rzuć w ogień.

Sprawdź, kto przyjmie popiół.

 

 

Akt tworzenia

W moich jest rękach, dlatego marnieje.

Odbierz mnie samej sobie. Stwarzaj.

Z żebra, z którego urosłam.

 

 

Akt oddania

jeszcze dźwięk

wciśnięty gdzieś pod żebro

który zanim stanie się słowem

znaczy więcej niż wyznanie miłości

 

tyle mnie

do napisania

 

 

jesienią

martwię się o drzewa

o tej porze roku mają bezbronne ramiona

jeszcze niedawno dźwigały mięsiste brzoskwinie

krwiste czereśnie ciążyły ku ziemi

a pełne soku jabłka same rwały się do rąk

teraz cierpią na niechcianą nagość

 

gałęzie wykrzywiają się w grymaśne pałąki i trzeszczą

pod naporem każdego zbyt napastliwego podmuchu

a ja boję się że są tak słabe jak ciało anorektyczki

 

mogłabym pomóc

objąć osłonić nabrać wiatru w usta

ale po drugiej stronie szyby

umiem tylko mocniej wbijać ramiona w fotel

znakomicie naśladować pejzaż

 

 

nie czas

mówili

nie pisz o śmierci

cóż ty dziewczyno o niej wiesz

umarłaś raz czy dwa

ze śmiechu

wstydu

pewnie z miłości

 

nie wiesz

czy boli ostatni haust

świata

czy boli bardziej

niż mocny mróz w płucach

 

mijasz ją albo ona ciebie

trącasz ramieniem

w tłumie

może sama zabijasz

nie patrząc pod nogi

 

nie pisz o śmierci

wiosną

serca młodych liści

masz pod powiekami

 

nie czas

dopóki myślisz

że w pięści ją zaciskasz

kiedy rodzisz

 

 

***

Jej świat nie walczy o wolność, gdy nazywam go

moim imieniem. Nie opiera się, gdy zamykam

w swojej źrenicy. Ale zostało może okamgnienie

i rozkwitnie we wnętrzach jej dłoni,

chłonnych jak żyzna ziemia wiosną.

 

W moich snach bywa smukłą topolą. Widzę giętkie ramiona

i sukienki szeleszczące niczym mięte wiatrem liście,

a czasem jest zwinną gazelą i gna bez wysiłku,

ledwo dotykając ziemi. Wtedy ja kurczę się, tak dziwnie,

do bijącego serca albo wrastam w ostatni wspólny brzeg

i jestem światłem latarni.

 

 

Z podróży

Myślałeś, że będę wcześniej. Wiem, nie było mnie

bardzo długo. W książkach na chwilę odłożonych

zbladły historie, nie potrafiły beze mnie rozwiązać

supełków miłości połowicznie rozkwitłych.

 

Ogród zuchwale wrastał w ściany i w twoje serce

dzikim winem, wiatr ze wszystkich stron niósł

tę samą wilgoć południa. Bluszcze spinały barki,

a w skroniach krew pulsowała histerycznie.

 

Ale uwierz, niczego nie mogłam zaplanować.

W podróży dzieją się rzeczy nieprzewidziane.

Jeszcze kolanem domykam walizkę, jeszcze

zatrzymują tamte piosenki i wiersze pachnące miętą.

 

Księżyc był w pełni może milion razy, jak twoje oczy

nocami. Ja też nie mogłam zasnąć, w palcach obracałam

srebrny pieniądz, kuszący bardziej niż świat

pełnych talerzy i parujących kawą kubków.

 

Pewnie wychodziłeś na werandę, spojrzeniem łączyłeś

w linie proste wczoraj z dziś, dziś z jutrem.

Wyszeptywałeś mnie z daleka: Valentine, Valentine,

odnajdziesz wyspy–łzy na mojej twarzy.

 

Coraz mocniej odbijam światło. Przypływy powoli

Zostawiają słabe falochrony, odsłaniają uda, uwalniają kostki.

Wyjdź naprzeciw, mój cień położy się za chwilę

u twoich stóp.

 

 

deja vu

następuję po sobie niezmiennie. co dzień

jabłka na stole czerwienią się, bez wstydu

reklamując właściwy apetyt na życie.

na parapecie szamocą się wróble. przez chwilę

obserwuję ich dzióbki. zawzięcie wystukują odę

do chleba. powszedniego dnia parzę usta kawą,

zostawiam w pośpiechu nieumyty kubek.

 

później w garście zbieram uściski, w głowie słowa,

gdzieś pomiędzy gubię oddech. kilogramy, siebie.

wracam do przypadkowego nieznajomego uśmiechu.

tracę impet, płynność ruchów, melaninę.

wypełniam się powtórzeniem krwistego zachodu

–  czas tłoczy mnie niezmiennie.

 

następnego ranka jestem wróblem. parzę usta.

 

 

fot. z archiwum autorki

fot. z archiwum autorki

Izabela Trojanowska: urodziła się w 1980 r. Mieszka w okolicach Mielca, w woj. podkarpackim. Prywatnie żona i mama. Z wykształcenia prawnik. Od 2014 r. związana z Grupą Literacką „Słowo” w Mielcu. Jej wiersze ukazały się w Mieleckim Roczniku Literacko-Kulturalnym „Artefakty” (2014, 2015), miesięczniku literackim „Poezja dzisiaj” (nr 117) oraz w pismach i antologiach internetowych portali poetyckich. Jej dotychczasowa przygoda z poezją zaowocowała pierwszą książką poetycką zatytułowaną „Akt”, która pojawiła się w 2016 r.

 

 

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *