MENU
Izabela-Trojanowska-foto_1

Jeszcze kolanem domykam walizkę – poezja Izabeli Trojanowskiej

px

Istoty Momentalne – miniatura Marka Sztarbowskiego

20 stycznia 2017 Comments (0) Views: 631 Czytam, Lubię, Poezja

Jak Puls Literatury trafił do Londynu – Zuzanna Muszyńska zapytała Przemysława Owczarka, Piotra Gajdę i Rafała Gawina.

Jesienią 2016 roku gościliśmy w Londynie na IV Międzynarodowym Festiwalu Poezji „Słowiańska Brosza” łódzkich poetów, organizatorów Pulsu Literatury – Przemysława Owczarka, Piotra Gajdę i Rafała Gawina. Moje pierwsze wrażenie – trzech młodzieńców na scenie Ogniska Polskiego, Przemek z fantazyjną kitką, Rafał niczym perkusista Depeche Mode, Piotr z głową w ciemnych lokach, bez jednego siwego włosa.

Rozmawialiśmy o Łodzi, emigracji, nauce pisania, a nawet o poezji.

 

R. Gawin, P. Gajda, P. Owczarek, T. Mielcarek, fot. Renata Cygan

Zuzanna Muszyńska: Jak Puls Literatury trafił do Londynu?

RG: Tomasz Mielcarek wygrał w 2013 roku Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Jacka Bierezina. W ramach nagrody wydaliśmy jego debiutancką książkę poetycką „Obecność/Presence”. W wersji dwujęzycznej, z przekładami na język angielski autorstwa Davida Malcolma, wiedząc, że Tomek prężnie działa w Londynie, zwłaszcza w grupie KaMPe. Nawiązaliśmy bliższą współpracę.

 

ZM: Tegoroczny Festiwal „Słowiańska Brosza” umożliwił spotkanie poetów stąd – emigracyjnych, przede wszystkim londyńskich, i stamtąd – polskich, czyli Was. Mieszkacie w Polsce centralnej, Przemek i Rafał w Łodzi, Piotr w Tomaszowie Mazowieckim. Czy myśleliście kiedykolwiek o emigracji?

PO: Myślałem o emigracji, dlatego że coraz bardziej mnie przeraża tromtadracja w moim kraju, w sytuacji, kiedy główne siły na świecie, np. Rosja, stają się coraz bardziej agresywne; łapię się czasem na tym, że boję się o swoje dzieci; nie chciałbym, żeby oglądały grzyb atomowy nad Warszawą. To są być może nieracjonalne lęki, ale myślałem o tym, kiedy zaczęła się wojna na Ukrainie. Czy odnalazłbym się tutaj, w Londynie? Odnalazłem się w Szkocji, w Inverness, gdzie gościliśmy z projektem literacko-muzycznym przygotowanym z okazji Roku Tuwima. Fantastyczne miasto, piękna rzeka, dużo Polaków. Ja się pracy nie boję, pochodzę z robotniczej rodziny, kiedy po zrobieniu doktoratu nie znalazło się dla mnie miejsce na Uniwersytecie Łódzkim, rozładowywałem tiry, robiłem różne rzeczy. Akurat w tym czasie sporo pisałem (w nocy), rozwijałem się. Myślę o emigracji; jeśli będę musiał uciec z Polski, to wybiorę być może północną Kanadę, krajobrazy z dziecięcych lektur.

RG: Nie zamierzam wyjeżdżać, nigdy o tym nie myślałem. Gdybym musiał wyjechać, z powodów zawodowych lub osobistych, przeniósłbym się w inne miejsce, ale zdecydowanie na terenie Polski. Nie czułbym się dobrze w innym kraju na stałe. Jestem typowym, krótkodystansowym turystą, zaliczającym atrakcje i wracającym do rodzimej ciepłej i przytulnej przystani. Ponadto mam za duże wymagania, jeśli chodzi o szeroko rozumianą kulturę polską, jej dostępność od razu.

PG: Ja nie do końca obroniłem się przed emigracją. Los rzucił mnie w 2006 roku do Wielkiej Brytanii. Nie wspominam tego dobrze. Dodatkowym utrudnieniem była nieznajomość języka. Marzyłem o powrocie do kraju. Tak się złożyło, że pracuję od 10 lat w Wydziale Kultury Urzędu Miasta, moja praca ma więc niekiedy związki z poezją. Zdarzało mi się organizować imprezy poetyckie, między innymi cztery regionalne edycje Pulsu Literatury w Tomaszowie Mazowieckim.

 

ZM: Jak czują się łodzianie w Londynie? Czy widzicie podobieństwa między tymi dwoma miastami?

PO: Do 1939 roku Łódź była miastem bardzo podobnym do Londynu, wielokulturowym, na ulicy słyszało się jidysz, niemiecki, lodzer-deutsch, polski, rosyjski. W Londynie i okolicznych miastach nastąpiła rewolucja przemysłowa, a my byliśmy środkowoeuropejskim Manchesterem, rozwijaliśmy się nawet szybciej niż Chicago czy Manchester.

 

ZM: Dziś Łódź, podobnie jak Londyn, jest miastem postindustrialnym.

PO: Tak, i jesteśmy miastem zapomnianym przez 25 lat polskiej transformacji. W przeciwieństwie do górników czy robotników pegeerowskich, tysiące zwolnionych włókniarek nie otrzymały żadnej pomocy. Łodzianie są niezwykle silni, przepełnia ich jakiś pierwotny atawizm, kobiety musiały sobie dać radę przez ten trudny czas.

 

ZM: Opowiadaliście w czasie spotkania z poezją Zdzisława Jaskuły, jak to jedna z protestujących w 1971 roku pracownic pokazała delegacji rządowej pośladki. Zadarta spódnica stała się symbolem oporu i determinacji łódzkich włókniarek. Ja miałam nawet skojarzenie z niedawnym „czarnym protestem”.

PO: Tak, to łódzki wolny duch. Do tego, gdy przyjeżdża do nas ktoś z Warszawy, widzi, że u nas jest inne tempo życia. Z tego rodzi się wyobraźnia.

 

ZM: Ale dalibyście radę w Londynie.

PG: Londyn widzimy naszymi słowiańskimi oczami i oczami naszych gospodarzy, którzy otoczyli nas wspaniałą opieką. Nie mamy czasu na dłuższe spacery po mieście, większość czasu spędzamy w środkach komunikacji publicznej. Oczywiście dostrzegamy to, że macie tutaj tygiel narodowości, różne spojrzenia na świat, różnorodną architekturę.

PO: Żałujemy, że tak po łódzku nie zdołaliśmy się „ściuchrać” w Londynie! (śmiech) Ale wczoraj rano poszliśmy do lasu i nazbieraliśmy grzybów, wieczorem podaliśmy grzyby w śmietanie.

 

ZM: Mieszkacie u Tomka Mielcarka.

PG: Tak, i chcieliśmy mu bardzo podziękować. Zrujnowaliśmy na cztery dni jego życie rodzinne i zawodowe.

 

ZM: Teraz poezja. Znacie na pewno powiedzenie „jeśli jesteś zmęczony Londynem, jesteś zmęczony życiem”. Co jest Wam bliższe – puls miasta czy poetyka wsi. Jaką rolę odgrywa miejsce w Waszej twórczości?

RG: Miejsce ma olbrzymi wpływ na powstające w nim wiersze. Inaczej pisze się w lesie, inaczej w mieście. Dobrym przykładem są tutaj książki Przemka Owczarka: „Miasto do zjedzenia” – książka łodzianina o Łodzi i promowany w Londynie zbiór „Stojąc na jednej nodze”, na wskroś wiejski. Miejsce determinuje. Mieszkałem na wsi pięć lat, w Justynowie, i choć nigdy nie poczułem mentalnego i duchowego związku z tym miejscem, w wierszach z tamtego okresu (debiutanckie „Wycieczki osobiste / Code of Change”, wydane w Londynie) jednak czuć rustykalną atmosferę, mimo że z tej wsi uciekałem, całe dnie spędzając dalej w Łodzi. Potrzebuję mieć wszędzie blisko i wygodnie, jestem wolnorynkowym mieszczuchem.

PO: Chcesz mieć dostęp do sklepu z płytami, książkami, dobrej knajpy, kina i móc spotykać piękne kobiety.

PG: Dla mnie miejsce jest mniej geograficzne niż endemiczne. Moje jest tam, gdzie są przyjaciele, antykwariaty, sklepy płytowe, znajome ulice.

 

ZM: Czytałam Wasze metryczki już po tym, jak zobaczyłam Was na scenie Ogniska Polskiego. Zaszokowały mnie. Czy poezja jest receptą na młodość? (śmiech)

RG: Poezja nie jest receptą na nic. Nie idealizujmy.

PG: Człowiek jest tak piękny jak jego duchowość. Ja jestem idealistą. Można to stwierdzić po emploi muzyków rockowych, którzy robią rzeczy dziwne, czasem gorsze niż poeci, a wyglądają wciąż młodo. Wrastanie w kulturę za pomocą własnej twórczości powoduje, że stajemy się kulturo-psychiczno-fizyczną konserwą.

PO: Geny są ważne.

PG: Ale przypominam, że ten wywiad jest o poezji, nie o biologii.

 

ZM: „Poezja to nieudana schadzka słowa ze światem” – powiedział Andrzej Sosnowski.

PG: Na ile rzeczywiście nieudana, zależy w dużej mierze także i od czytelnika. Od tego, czy chce się pochylić nad bardziej skomplikowaną literaturą, czy ją odrzuca.

 

ZM: Zapraszacie i Wy do Łodzi gości z zagranicy na festiwale Pulsu Literatury.

PO: Od zawsze gościmy na łódzkim Pulsie Literatury gości zagranicznych. Jesteśmy grupą odważną, przedsiębiorczą. Poza tym, że piszemy dobre książki, piszemy dobre granty. (śmiech)

RG: Sprowadzamy pisarzy ze wszystkich półek, również tych z najwyższych. Był u nas Jurij Andruchowycz, Oksana Zabużko czy Jonathan Caroll. Żadnego noblisty nie udało nam się zaprosić. Z Coetzee prawie się dogadaliśmy, Hertha Miller do tej pory nie miała dla nas czasu. Festiwal wciąż się rozrasta i rozwija, choć tegoroczna edycja obciążona jest niższym budżetem, z powodu nieotrzymania dotacji celowej na wydarzenie z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego RP.

 

ZM: Dylan?

RG: Dylan początkowo zignorował Nobla i nie wiadomo, czy go odbierze.

PO: Jeśli znajdziemy człowieka z dużą firmą, bardzo zakochanego w Dylanie, to może i Dylan przyjedzie.

RG: Dylan ma pieniądze. On musi chcieć przyjechać. Niezależnie od potencjalnego honorarium. A podobno miewa różne kaprysy.

PO: Może przyjedzie, jeśli się dowie, że Alan Ginsberg był na Wschodniej (odwiedził Łódź w 1993 roku, gościł w mieszkaniu Zdzisława Jaskuły – przyp. ZM).

PG: Ale twoje pytanie dotyczyło również Londynu. Jako uczestnicy Festiwalu „Słowiańska Brosza” nie mieliśmy wpływu na to, jakich gości zaprosili organizatorzy.

PO: Przyjechaliśmy siać ferment.

 

ZM: Udaje się? Tutaj, w Polsce?

PO: W Polsce, podobnie jak w Londynie, na spotkania autorskie przychodzą garstki ludzi. Nie miejcie więc kompleksów. Czasem wychodzą fajne rzeczy. Mieliśmy taki pomysł, żeby zaprosić muzyków sesyjnych i urządzić koncert jazzowy „pod wiersze” debiutantów. Bardzo fajnie to wyszło.

PG: I bardzo udanie zaprezentowali się w ten wieczór Przemka i Rafała warsztatowicze.

 

ZM: Prowadzicie również warsztaty literackie.

PO: Są to warsztaty bardzo demokratyczne: cofamy swoją wiedzę na temat pisania do pewnego poziomu, wspólnego dla wszystkich obecnych, i pracujemy nad tekstem.

RG: U nas nie ma monopolu na wiedzę. Każdy może zabrać głos, może się okazać, że ktoś posłucha nie mnie, nie Przemka, a młodego uczestnika, który będzie miał dużo więcej do powiedzenia, wykaże się lepszą intuicją. Przemek jest zwolennikiem prowadzenia za rękę: przedstawiania warsztatowiczom nowych, gotowych wersji tekstu. Ja mówię, gdzie zmienić, ale nie podpowiadam jak, co najwyżej wskazuję możliwe kierunki. Własne pomysły wykorzystuję we własnych tekstach.

 

ZM: Znacie Jakuba Winiarskiego. A jego najnowszy podręcznik pisarski „Po bandzie”? Kompendium wiedzy dla adeptów?

RG: Ja podchodzę do tej książki sceptycznie. Ale zobaczę, zajrzę, nie powiem „nie hop”, zanim nie skoczę.

 

ZM: Czy można nauczyć się pisać? Talent plus warsztat czy tylko talent? Czego potrzeba, by pisać.

PO: Nauczyć można się pisania rzemieślniczego. Na każdy warsztat trafia kilka utalentowanych osób. Zadaniem wykładowcy nie jest zaimplementowanie w głowie kursanta swojej wizji pisania, ale otworzenie horyzontów, udrożnienie kanałów wyobraźni, tak, aby człowiek znalazł sam siebie na tej drodze. W naszej perspektywie zmian cywilizacyjnych nie ma miejsca dla klasycznego Mistrza, który mówi: „Tak rzeźbimy”. Ważna jest inspiracja, pokazanie, jak wielką wolnością jest literatura, ile możemy sami dla siebie zrobić, jak budować swoje pisarskie ja.

RG: Jako redaktorzy kwartalnika „Arterie” mieliśmy do czynienia z tekstami absolwentów najbardziej renomowanych kursów, na przykład Studium Literacko-Artystycznego przy UJ (obecnie Studia Lit.-Art. – przyp. ZM). Były to często teksty szkolne, spełniające wymagania warsztatowe. Przemek skończył tę samą szkołę, ale w jego tekstach był luz, wyraźny styl. Tak odróżnia się talent od jego braku. Inny przykład: mieliśmy u siebie na warsztatach piętnastolatka, który na samym początku przyniósł od razu bardzo dobrą prozę. A potem zaczął się bardzo przejmować kwestiami warsztatowymi. Im bardziej się przejmował, tym gorzej mu wychodziło dalsze pisanie. Badał proporcje między dialogiem i opisem, przez co zaburzał je w kolejnych tekstach.

PG: Ja jako poeta, który nigdy nie brał udziału w warsztatach poetyckich, powiem, że być może można się nauczyć, jak poprawnie skonstruować tekst poetycki, ale dużo trudniej byłoby dojść do własnej dykcji.

RG: Uczysz się, a potem czujesz, że musisz wszystko odrzucić, bo zaczynasz kopiować cudze style. Uczysz się więc i poznajesz właśnie po to, by wiedzieć, od czego się odbić.

PG: Pisanie jest działalnością intuicyjną, kompulsywną, transcendentną. Bywa, że wiersz prowadzi poetę, a nie odwrotnie.

RG: Ja przede wszystkim zniechęcam ludzi do pisania. Tylko najbardziej zdeterminowani powinni pisać. Ludzie, którzy nie mają innego wyjścia. Reszta niech się zajmie czymś pożytecznym.

 

ZM: Kim są poeci z wykształcenia?

PG: Jestem pedagogiem i doradcą zawodowym.

PO: Antropologiem kultury, muzealnikiem.

RG: Nieruchomościowcem po finansach i bankowości.

 

ZM: Z jakim materiałem przyjechaliście do Londynu?

RG: Przyjechaliśmy z naszymi najnowszymi książkami: Przemysław Owczarek z tomem „Stojąc na jednej nodze”, Piotr Gajda ze „Śrubą Archimedesa”, ja z „Zachodem słońca w Kurwidołach”. Oprócz tego prezentowaliśmy film o zmarłym w zeszłym roku Zdzisławie Jaskule oraz tom jego poezji „Maszyna do pisania”, wzbogacony o felietony „Widziane ze Wschodniej”.

 

ZM: „Książę poetów”, „guru z górnej półki”, „bard z ulicy Wschodniej”, „błękitny ptak poetyckiej Łodzi” – kim był dla Was Zdzisław Jaskuła?

PG: Literackim „prajaszczurem”, ojcem-założycielem „mŁodzi Literackiej”, człowiekiem niezwykle otwartym, dzięki któremu po długiej przerwie mogłem zadebiutować w 2007 roku po raz drugi jako poeta i tym samym zostać członkiem Koła Młodych Pisarzy przy SPP Oddział w Łodzi w wieku 42 lat (śmiech).

PO: Łódzki poeta, człowiek teatru, książę robotniczej Łodzi, ale przede wszystkim człowiek opozycji i w dużej mierze animator kontrkultury. W jego mieszkaniu gościli najważniejsi luminarze opozycji, ale bywali tam też Allen Ginsberg i Hans Magnus Enzesberger.

RG: Zdzisława poznałem w 2005 roku – nocował mnie po jednej z imprez literackich w Łodzi. Nasza znajomość przetrwała dwutorowo: zawodowo pomagałem mu w organizacji wydarzeń literackich, prywatnie spożywaliśmy alkohol i rozmawialiśmy, nie tylko o literaturze. Zdzisław był mistrzem anegdoty i miejskich legend, które opowiadał również o sobie, kreując swoją postać. Nie wszystkie mógłbym tutaj zacytować, taki był ich urok – wulgarny i ulotny jednocześnie.

 

ZM: Rafał, w Ognisku Polskim zaprezentowałeś się publiczności tym oto utworem:

 

 

Wiersz o przeciwdziałaniu pedofilii w nowych mediach

Nigdy nie wiesz, kto siedzi po drugiej stronie,

nawet jeśli to jest lustro

dla jakiejś rzeczywistości

i wydaje ci się, że dobrze znasz tę osobę,

bo z premedytacją cię przedrzeźnia.

A jeśli ktoś ją z premedytacją uwięził,

by pokazywała ci na bieżąco, jakie błędy

popełniasz? A ty akurat masz szczęście

widzieć się nie bezbłędnie (choć obłęd

temu wszystkiemu patronuje). Nigdy nie wiesz,

kiedy zachowasz się właściwie,

dlatego dublujesz ludzi spoza lustra, którzy wydają się

pewni, bo robią wszystko tak samo i po kolei. Umierasz

ich śmiercią poza kolejnością. Drugiej strony nie ma.

 

Zrobił na mnie mocne wrażenie. Ale wytłumacz się, proszę, z tytułu.

RG: To bardzo nowy wiersz, czytałem go pierwszy raz i pierwszy raz zmierzyłem się z jego odbiorem. Tytuł nawiązuje do reklamy programu profilaktycznego: w filmiku siedzi ośmioletnia dziewczynka, pisze: „Cześć, nazywam się Ala, mam osiem lat, chcę poznać przyjaciela”, naprzeciw niej zasapany facet w koszulce bieliźnianej mniej więcej w wieku Piotrka (Gajdy – przyp. ZM) odpisuje: „Cześć, też mam osiem lat i nazywam się Krzyś”. To punkt wyjścia do dalszych rozważań na temat mniej lub bardziej świadomego naśladowania innych, zarówno w czynieniu dobra, jak i zła. Tyle na gorąco, resztę niech już sobie państwo w zaciszu domowym wyczytają, jeśli mają ochotę.

 

ZM: Pedofilia to poważny temat.

RG: Tak, poważny, tutaj tylko pretekstowy, metaforyczny w kontekście funkcjonowania tak zwanych nowych mediów.

 

ZM: Piotr Gajda:

 

Gięte krzesła

To miejsce jest już zajęte. Świat się kończy jak wolne

krzesła. Każdy byt, wystrugany pod ekonomiczną opresją

pod wymiar naszych czasów, ustawia siedziska koliście

oparciami do siebie. I na nic przymiarki, ucisk jest jak

gorset, w którym niemal wszyscy usiłują się przecisnąć przez

igielne ucho. Zabawmy się tym ustrojem, wysysającym

z człowieka ustrojowe płyny. Zaprośmy do gry osobę

o jedną więcej niż jest wokół ustawionych stołków.

Ostatni bliźni, który nie zdąży zająć miejsca, odpada

I zabiera ze sobą krzesełko. Żadna strata ani korzyść,

skoro sami od dawna jesteśmy jak ono. Zydel, taboret,

podnóżek, siedzenie, praktykabl, siodełko, siodło. Nie ma

takiego określenia, jakim by nie można było nas przezwać.

Przedmiotu, w którego słojach byłoby równie mało życia,

a przy tak wygiętej konstrukcji – aż tak duży udźwig.

 

PG: To jest wiersz o systemie, który widać na ulicach Londynu, o którym wspomniałaś wcześniej, o braku refleksji w naszym życiu; osamotnioną jednostkę sadza się na krześle i każe na nim tkwić własnym ciężarem; to obszar, w którym mieści się legendarna asertywność, kreatywność, przebojowość. Zydel, taboret, wszystkie przezwiska świata – przylegają do ludzi, którzy nie są asertywni, i co z nimi? Uprzedmiotowienie człowieka, co jest pozorną korzyścią. Tylko człowiek wolny, pozbawiony strachu o własny byt, może odpowiednio służyć społeczeństwu.

 

ZM: Przemysław Owczarek:

 

 

Afryka. fiszka spękana jak ziemia

śpiew to ochrypła dziewczynka.

szczera jest tylko muzyka biednych.

z twoich ust muszą rosnąć skrzydła.

z twoich ust muszą rosnąć gesty.

może cię ulotnią z kajdan.

uchronią przed polowaniem.

chociaż przywołujesz

śmierć, albinosie,

tę mistrzynię Europy z twarzą

Josephine Baker. słońce gaśnie

w pysku szakala. zmarszczki nikną

wokół czółna na Nigrze. to skradzione

złoto Timbuktu. nieopodal, za dwa dolce

sprzedają kałasznikowy

i uczennice z wioski na południu.

allach, allach, całą noc

gwałcili je śmierdziele z Boko Haram,

rzężąc psie sutry, natarci

dymem z dziecka,

któremu wypłynęły

jelita i oczy,

bo śmiało sięgnąć po książkę.

już nikt mu

nie poczyta.

cała wioska

stygnie.

czy czy czy czy

czu czu czu czu

jesz jak bi je

mo je ser ce

 

 

Przemek, nie recytowałeś, a rapowałeś dla nas w niedzielę swój utwór.

PO: Wiesz, zaczęła mnie męczyć tradycja czytania filozofującego, odbębniania wiersza. Coraz bardziej myślę, że wiersz jest działaniem performatywnym, że muszę zaangażować w czytanie wiersza całe swoje ciało. Szukam muzyczności w tekście, pewnego zaskoczenia. Chcę mówić z bebechów, i z głowy, i z serca. Stoi za tym szacunek dla czytelnika.

ZM: Wybór rytmu był dość oczywisty, jest to wiersz o Czarnym Lądzie.

PO: To wiersz inspirowany pięknym teledyskiem artystki Nneki i jej piosenką „Heartbeat”, którą puszczałem sobie w samochodzie. Łzy mi leciały, kiedy jej słuchałem. Wystarczy wpisać artystkę i tytuł w youtube.

 

ZM: Poezja zaangażowana.

PO: Absolutnie. To wiersz z nowej książki, którą niebawem zacznę rozsyłać do wydawców. Wydaje mi się mocna jak whisky. Nie zamierzam się cofać, myślę, że mogę sobie po paru książkach na coś takiego pozwolić.

 

ZM: A co poeci sądzą o współczesnych im prozaikach? W poczekalni u dentysty, nudząc się, mając do dyspozycji Vargę, Pilcha, Myśliwskiego, jak byście się podzielili.

PG: Ja sięgnąłbym po wszystkich trzech. Nie mógłbym dokonać gradacji.

 

ZM: Nie podzieliłbyś się z kolegami?

PG: Nie.

PO: Ja sprawdziłbym, jak zaczynają i kończą. Myśliwski raczej numer jeden, Varga, na końcu Pilch.

RG: Ja odwrotnie. U Vargi musiałbym sprawdzić, czy to jest książka publicystyczna. Pilcha kupuję takim, jakim jest. Z jego brakiem dystansu do świata i jednocześnie dystansem do samego siebie. Myśliwskiego muszę nadrobić, o czym wspominam z zażenowaniem, ale i mocnym postanowieniem poprawy.

 

ZM: Proza poetycka – macie dobrą definicję? Przemek Owczarek popełnił ten gatunek.

PO: Nie jest jak poezja, poszarpana z jednej i równa z drugiej strony, tylko równa z jednej i z drugiej, ale zawiera tę samą kondensację co poezja. Używa środków literackich właściwych dla poezji. Szuka dla języka potocznego, jaki zwykle wiążemy z prozą, poetyckiego ekwiwalentu.

PG: Prozę poetycką można moim zdaniem technicznie rozbić enterem i czytelnik nawet nie zauważy, że to nie wiersz.

PO: Można wskazać przykład Walijczyka, który sporo przesiadywał w Londynie. To Dylan Thomas, którego jestem poniekąd fanem. Czy Francuzi, którzy eksperymentowali – Rimbaud, Baudelaire – ponieważ pewne formuły się wyczerpały. Proza poetycka to gatunek bardzo elastyczny, który daje mnóstwo wolności.

PG: Ale obracamy się jednak wokół formy, innym rodzajem zapisu jest pozbawienie wiersza interpunkcji czy rozpoczynanie każdego wersu od małej litery.

RG: Kiedyś miałem nieprzyjemność próby napisania artykułu o polskiej prozie poetyckiej. Poza oczywistymi przykładami Jacka Bierezina czy Witolda Sułkowskiego, „Cyklista” Przemka Owczarka, uznany za poemat prozą. Tak naprawdę sami badacze nie wiedzą, co jest prozą poetycką. Według definicji proza poetycka częściej niż proza klasyczna korzysta z różnego rodzaju środków artystycznych, Varga czy Pilch, których podajesz za przykład prozaików, w co drugim zdaniu z nich korzystają. Pojawia się pierwszy problem, wierzchołek góry lodowej problemów. Pytanie, kiedy proza poetycka staje się wierszem, traci sens. Przestaliśmy potrzebować szufladek. Chodzi po prostu o dobre teksty, niezależnie od klasyfikacji rodzajowej i gatunkowej. Z Piotrem obraliśmy pewną drogę, dzielimy teksty na wersy. To wcale nie oznacza, że nie korci mnie, aby poeksperymentować z prozą klasyczną, opowiedzieć nią jakąś historię. Ale to pewnie po czterdziestce, to zdecydowanie lepszy wiek do jej pisania, nie tylko biorąc pod uwagę nabyte doświadczenie.

 

ZM: „Zwracam honor, Boga i Ojczyznę” Julii Szychowiak, przykład wiersza krótkiego. Zwięzłość wypowiedzi, związana z internetem – czy to zjawisko dobre dla poezji?

PG: Internet jako środek do komunikowania się z czytelnikiem rozczarował mnie. Rozczarował mnie również jako środek warsztatowy. 2005, 2006 rok to był szczyt portali poetyckich, na których można było publikować wiersz. Pojawiało się pod nim bardzo mało komentarzy fachowych, dużo trollingu. Dziś portal poetycki jest raczej próbą zmierzenia się z trollingiem niż wydobycia sensownej reakcji od czytelnika. Dlatego nadal cenię książkę, bo sięga po nią wyrobiony czytelnik i jest to jego indywidualny wybór.

 

ZM: A co z samym językiem? Językiem nowych mediów?

PG: Przenika również do poezji. Mamy takiego autora w Domu Literatury, który pisze wiersze mocno związane z internetem. Rafał, opowiesz?

RG: Radosław Jurczak, który wygrał konkurs im. Jacka Bierezina w 2015 roku, a którego książkę opublikowaliśmy w tym roku we wrześniu. Ten młody poeta (rocznik 1995) próbuje połączyć tradycję klasycyzmu z ponowoczesnością, wykorzystując formę jedenasto- i trzynastozgłoskowca, a pisząc zarazem językiem bardzo młodzieżowym, nowoczesnym, rymując i nie. Nawiązuje do nowych mediów, zderzając ich tematykę i specyfikę z tematyką odwieczną i ostateczną czy innymi toposami. Jak sam mówi, próbuje w książce rozliczyć się ze złem. Jest bardzo świadomy tego, co pisze i jak to robi.

 

ZM: W 2015 roku 37% Polaków zadeklarowało przeczytanie co najmniej jednej książki w roku. Jako wydawcy – co sądzicie o poziomie czytelnictwa w Polsce?

PO: System edukacji nie kształci człowieka samodzielnie myślącego czy myślącego we wspólnocie uczniowskiej. Polityka edukacyjna nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, jakiego obywatela chcemy wychować – czy ma to być trybik gospodarki konsumenckiej, czy człowiek, który jest w stanie zmienić tę rzeczywistość. Chodzi o homeostazę między rynkiem a człowiekiem. Obecna władza chce wychować patriotę, który rzuci się na czołgi. Poprzednia wychowywała obywateli gotowych do wyścigu szczurów. Tymczasem literatura, kultura, sztuka to przestrzenie innowacji; jak mają zasobną gospodarkę kształtować ludzie nieinteligentni, niewykształceni, którzy nie potrafią na różnych polach używać wyobraźni, kreować rzeczywistości wokół siebie? A mądrość łączy się między innymi z książką.

 

ZM: Jako antropolog kultury – podasz rys historyczny?

PO: W międzywojniu, w tradycji zarówno robotniczej jak i chłopskiej książka była atrybutem wiedzy. Całe wsie składały się na to, żeby jedno czy dwoje dzieci poszło do szkoły. Najwięcej napsuła neoliberalna wizja świata. Próba wyrugowania refleksji.

PG: Trzeba zejść z poziomu ideologii na poziom rynku. Książka w Polsce jest horrendalnie droga. W dużych sieciach nie ma poezji. Królują kryminały i trylogie wampiryczne. To też kształtuje rynek, usuwając wartości takie jak ambitna książka.

RG: 10 milionów ludzi w Polsce nie przeczytało nic, nawet strony w internecie. A w statystyki czytelnictwa i tak wlicza się poradniki i książki kucharskie. To bardzo niepokojące już w perspektywie rynku wydawnictw komercyjnych, różnego rodzaju czytadeł, a co dopiero niskonakładowych i niszowych tomów wierszy.

 

ZM: Przyjedziecie do Londynu w przyszłym roku na V Międzynarodowy Festiwal Poezji?

PO: Jeśli dostaniemy zaproszenie.

 

ZM: Dziękuję wam za rozmowę.

 

poeci 03

Sylwia K.Malinowska, R. Gawin, P. Gajda, P. Owczarek, fot. Renata Cygan

 

Przemysław Owczarek: ur. 1975, pisarz, z zawodu antropolog kultury, redaktor naczelny Kwartalnika Artystyczno-Literackiego „Arterie”, dyrektor Domu Literatury w Łodzi; laureat nagrody im. Jacka Bierezina (2006); nagrody Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek (2009), nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia (2009) oraz laureat nagrody Otoczaka (2012), opublikował książki poetyckie „Rdza” (2007), „Cyklist” (2009), „Pasja” (2011), „Miasto do zjedzenia” (2013), „Baśnie Eliany” –  książka dla dzieci (2015), ostatnio wydał m.in. tom „Stojąc na jednej nodze” (2016)

 

Piotr Gajda: ur. 1966, poeta, krytyk muzyczny, stały współpracownik kwartalnika „Arterie” i Gazety Literackiej „Migotania”; laureat nagrody Otoczaka (2013), autor tomów „Hostel” (2008), „Zwłoka” (2010), „Demoludy” (2013), „Golem” (2014) i „Śruba Archimedesa” (2016), prowadzi blog pgajda.blogspot.com

 

Rafał Gawin: ur. 1984, poeta, korektor, redaktor, konferansjer i reanimator kultury; sekretarz redakcji Kwartalnika Artystyczno-Literackiego „Arterie”; wydał arkusz „Przymiarki” (2009) oraz książki poetyckie „Wycieczki osobiste / Code of Change” (2011)  i „Zachód słońca w Kurwidołach” (2016); prowadzi blog gawin.liberte.pl.

 

fot. Zuzanna Muszyńska

R. Gajda, P. Owczarek, fot. Renata Cygan

Tags: , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *