MENU
px

Skreślony – opowiadanie Lecha Brywczyńskiego. Rozdział V i VI

MTA4MHg0NjMhY3JvcHwweDM0MngxNzQweDc0NQ,26043877_26043861

Światło gazowych latarni – opowiadanie Tadeusza Krzysztofa Knyziaka –...

11 października 2017 Comments (0) Views: 336 Czytam, Poezja

Jak bolą te przestrzenie bez dotyku – poezja Joanny Jagiełło

Z tomu: „Perpektywa powietrzna” (wydawnictwo Mons Admirabilis, 2017)

perpektywa2

Perspektywa powietrzna

Droga ciągnęła się godzinami.

Pola pszenicy bez początku i końca, nakrapiane na

czerwono i niebiesko.

Chmury nad horyzontem jak śpiące hipopotamy.

Wkładałam rękę, małe spocone zwierzątko, w wielką

dłoń ojca.

Kłułam go pierścionkiem z motylem.

Las pełen skarbów,

maślaki z sosnową posypką, szmaragdowe butelki

i drobne czaszki jeleni.

Przerażała mnie ich gładkość.

Ojciec wyjaśniał, że to dzięki mrówkom,

i wyciągał z wojskowego plecaka

owinięte w folię kawałki bloku czekoladowego.

Jadłam ich tyle, że zaczynało mnie mdlić.

A potem stawałam na palcach i wyciągałam ręce

wysoko do nieba,

żeby motyl z pierścionka mógł odfrunąć.

W katedrach drzew dzięcioł wybijał godziny.

Biły dzwony, na życie.

 

A więc ta tasiemka, ta nitka, to droga, którą pamiętam?

A więc ten zagajnik to las?

A więc ta chatynka, ta budka, to tamten dom?

Przysiadam nieśmiało na brzegu sofy.

– Nie syp tyle cukru, Alicjo – strofuje mnie ojciec.

A w każdym razie ktoś, kto się podaje za ojca.

Muszę kucnąć, żeby słyszał, co do niego mówię.

– Gdzie jest kot? – pytam.

– Nie żartuj – odpowiada i wskakuje mi na kolana. – Zjedz lepiej coś.

Na talerzyku leżą kawałki burej czekoladowej masy.

– Zawsze lubiłaś blok czekoladowy – mówi.

Czekolada pokryta jest dziwnym, szarym nalotem,

jednak posłusznie kładę kawałek na języku i pozwalam sobie poczuć tamten smak.

 

Dopiero w domu rozpakowuję prezent.

«Dzieciństwo» – zestaw do zabawy. Domek dla lalek

z wyposażeniem. Elementy w transporcie

poprzemieszczały się, porozrzucały.

Zajmuje mi trochę czasu, żeby to wszystko poukładać.

Figurka ojca. Jego miniaturowe okulary,

„Express Wieczorny” z cienkiego pergaminu.

Garnuszki i filiżanki wielkości paznokcia.

Mały telewizor na okrągłą bateryjkę, w którym Isaura

w geście przerażenia podnosi rękę do ust.

Plastikowy kot oklejony prawdziwym futrem.

W końcu znajduję, wciśniętą w kąt, małą figurkę

z jasnymi lokami,

trochę się poobtłukiwała,

a talerzyk, który trzyma w ręku jest pusty.

Ale nadal się uśmiecha,

jeszcze na miejscu,

jeszcze do kompletu.

 

 

Suchy ocean

Jak bolą te przestrzenie bez dotyku.

Godziny sprawdzane zbyt często.

Aborcja słów.

 

W oddaleniu, na drugiej krawędzi łóżka

przyciska brzuch do prześcieradła,

a puste pomiędzy gęstnieje jak wata.

 

Twardnieje w tym bólu na kamień.

Twardnieje na własny pomnik.

 

A więc nie zmartwychwstaną, chociaż jeszcze żywi.

Nie zmartwychwstanie między nimi

nawet ta ostatnia godzina.

 

Chciałaby krzyczeć, że nikt jej nie uprzedził,

że każdy pierwszy raz jest przecież zapowiedzią końca,

że każde narodziny noszą w sobie śmierć.

 

Chciałaby krzyczeć, że nikt jej nie uprzedził,

że jej piersi mogą okrągleć tylko pod jego dłońmi,

że jej uda mogą jaśnieć tylko pod jego spojrzeniem.

Dotyka swoich piersi i ud.

Są ciepłe i suche jak spękana ziemia.

Albo jak nagrzane słońcem kości.

 

Chciałaby krzyczeć, że nikt jej nie uprzedził,

że będzie leżała obok niego miesiącami bez snu

horyzontalna, ale bez horyzontu.

 

Nawet cienkiej kreski, nie mówiąc o statku,

nawet dziecięcego koła do pływania.

Jak martwa foka, którą ocean wyrzucił na brzeg.

 

I wtedy z przerażeniem zauważa,

że tam, gdzie kiedyś były palce, dłonie,

są tylko suche, twarde źdźbła trawy,

zaczyna wtapiać się w palony brąz ziemi,

zarasta.

 

I wtedy rozumie, że taką dano nam ziemskość,

taką wieczność,

suchy ocean bez horyzontu

i ciągnące się nieskończenie drogi

wyschniętego krwiobiegu.

 

Przystanek łąka

W niektóre miejsca

nie powinno się wracać…

 

Nie wiem, po co tam pojechałam.

Ostry zapach skaju, nieumytych mężczyzn,

paragon zamiast biletu.

Przystanek łąka.

To tutaj, to kiedyś.

 

Rozchylam sierść traw

szukając ciepłego ciała ziemi,

dotykam nieba rozpalonego rumiankami gwiazd

i nagle ta ziemia, te trawy pachną tobą.

 

Nie wiem już, gdzie jest góra, gdzie dół,

gdzie niebo, gdzie ziemia,

i nie wiem, czy to trawa tak kłuje, czy twoja broda.

Śmiałam się, że wszystko w niej jest,

teraz też znajduję: papierek po cukierku i małe ptasie

gniazdo.

Połknąłeś słońce, które wciąż grzeje pod twoim pępkiem.

W nagłym drżeniu sięgam dłonią daleko

i zgniatam delikatne makowe płatki na miazgę,

potem umaluję się nimi dla ciebie jak szminką.

Ale świat się rozjaśnia, niechciany,

mrużę oczy –

coś zasklepiło się, stwardniało.

 

Niespokojnymi rękami rozgarniam trawy i rumianki,

kopię w piachu palcami,

rozrywam jak pieczonego kurczaka,

oszalała z głodu.

 

I modlę się, żeby rozstąpiła się ziemia

i przywróciła mi ciebie, jak ocean wypluwa

wraki statków, gumowce i meduzy,

ale tam, pod zielonym niebem pełnym rumiankowych

gwiazd,

tylko białe i ciepłe kości

innych kochanków.

 

 

To nie sezon na leżaki

Najgorętszy sierpień od dziesięciu lat – informuje mnie

sąsiad.

Najsmutniejszy sierpień – odpowiadam, ale niedosłyszy.

 

Sobota nie martwi się temperaturą ani złymi snami,

płynie.

Tonę w ciepłej wannie i postanawiam coś zrobić z nią,

ze sobą.

Kupię leżak i parasol.

I będę pić mocną kawę z zimnym lodem, na balkonie.

Z balkonu nie słychać, że nikt nie dzwoni.

 

W Ikei dostaję orgazmu od klimatyzacji, jem klopsiki,

kupuję zestaw do wysiewu ziół, komplet pojemników

Hemsmak

i roślinę o nazwie Cycas rezoluta.

Znudzony mężczyzna parska śmiechem,

BO to nie sezon na leżaki.

Są krzesła ogrodowe, w promocji, trzydzieści dziewięć

dziewięćdziesiąt,

tanio wychodzi ta moja pojedynczość.

Wracam przez Warszawę oszołomioną upałem.

Nagle wszystko nieruchomieje,

nawet kudłaty pies sąsiada leży z pyskiem jak maska.

 

Godzina zero.

 

Między drzewami miga sylwetka mężczyzny.

W jego stronę biegnie młoda dziewczyna.

Przywierają do siebie brudni, przerażeni i martwi.

Jakże im zazdroszczę.

 

Tramwaje ruszają,

piwa w reklamówce brzęczą,

pies podnosi łeb.

 

Siedzę potem na balkonie,

na twardym, pasiastym krześle ogrodowym,

myśląc, że to nie sezon na leżaki,

ani nie sezon na miłość

i wypatrując tej dwójki

do bólu w oślepionych słońcem oczach.

 

 

Z tomu „Ślady” (wydawnictwo Mons Admirabilis, 2013)

ślady

Ostatnia fala

To było jeszcze zanim przyszła ostatnia fala

Kiedy przypomniał sobie o Alice

Nie to, żeby myślał o niej zbyt często

Tak jak nie myśli się o meblach

Nie wspomina książek ustawionych rzędem

 

A jednak sobie przypomniał o Alice

O tym, że się odwrócił od jej piersi nad ranem

Była chętna, rozgrzana, a on pozwolił jej zasnąć

Jakby mógł ją jeszcze kiedyś objąć

 

Jadł potem płatki i patrzył na wodę

Myśląc o tym, jak oceany łączą się nad przesmykiem

lądu

Mieszają się ze sobą jak ślina jego i Alice

A i tak pozostają różne i osobne

Kiedy wychodził, jeszcze spała

Słońce bezlitośnie odkryło jej zmarszczki w kącikach ust

Wyglądała jak jedna z tych zdechłych ryb w porcie w

Rhodes

 

To było jeszcze zanim przyszła ostatnia fala

Kiedy przypomniał sobie o Alice

O tym, że nie powiedział jej, że ją kocha

Teraz jej twarz powróciła a fala

rozbryznęła się w wachlarz kropel

Które wyschły po chwili jak ziarenka ryżu

 

Nie zaludnił ziemi. Nie zostawi po sobie

Synów, którzy grają w szkolnej drużynie futbolowej

Ani rudowłosej córki studiującej w Oxfordzie

Myśli z przerażeniem, że zostanie po nim

Tylko Alice – przez lat ile: trzydzieści czy dziesięć

Będzie w jej pamięci? Tylko w jej pamięci.

 

Zdawało się, że ocean zamarzł

Ostatnia fala wysklepiła się jak kościół

Stał na środku i krzyczał

Z niepotrzebną deską surfingową

Od sinych posadzek i ścian

odbijało się echem imię Alice

 

 

Margot

Umoczyła swoje białe włosy w czerwonej farbie

Ma oprawki z napisem Fuck the system

i T-shirt z panterą

Na stoliku z pełnych piersi

Rozstawia lalczany serwis do kawy Made In China.

 

Po jednej stronie siada ona

Po drugiej sadza lalkę z dzieciństwa

I leje łzy do pełna

W miniaturowe filiżanki z porcelany

 

I mówi och, moja Margot

Znowu ich dzisiaj widziałam.

 

Ich oczy śmiejące się, kurze łapki jak słoneczne

promienie

Ich dłonie splecione jak koszyk, ich usta rozchylone.

 

Czy myślisz, że niektórym kobietom to się po prostu

przydarza

Lub w jakiś szczególny sposób na to zasłużyły?

Mają lepsze ubrania, lepsze rzęsy, lepiej pachną

Perfumy, chustki, szminki i buty od Diora?

Może są pełne cnót. Częściej chodzą do kościoła

Albo nie chodzą wcale. Śmieją się lub smucą.

Są bardziej, są więcej, są bezgranicznie.

 

Och, moja Margot

Znowu ich dzisiaj widziałam

Zawsze stają obok mnie

On mnie przypadkiem dotknął, gdy szukał biletu

Jak ciepła była jego dłoń, Margot.

 

Jeżdżą tym samym tramwajem, a ja umieram, Margot

A ja umieram.

 

 

Między

Gdzieś między jawą a snem

Gdzieś między dniem a nocą

Postanowiłam, że będę cię kochać

Dawno nie padał śnieg

Nagie gałęzie cięły niebo na plastry

W altance na skraju świata

Kloszard z kloszardką

Zgniatali liryki miłosne

I rzucali w ogień

 

Gdzieś między jawą a snem

Gdzieś między światłem a mrokiem

Postanowiłam, że będę cię kochać

Nasz dom obrósł w sople

Bezlitośnie jasne i ostre

I martwe dłonie liści

Zrozumiałam, że każdy nasz wspólny dzień

Będzie świętem

Zmarłych

Jeśli tego kawałka lodu,

Który utkwił ci pod powieką

Nie uda mi się rozpuścić łzami

 

Gdzieś między jawą a snem

Gdzieś między skałą a cieniem

Między kształtem a powidokiem

Postanowiłam, że będę cię kochać

 

Tak jak postanawia się walczyć i zginąć

Albo nie walczyć – i przeżyć

Żyć lub umrzeć

Postanowiłam, że będę cię kochać

Aż po horyzont

 

 

fot. z archiwum autorki

fot. z archiwum autorki

Joanna Jagiełło: z zawodu anglistka. Pracowała jako dziennikarka, nauczycielka, redaktorka.  Z zamiłowania: pisarka, malarka, poetka, pieśniarka.

Jest autorką powieści dla dorosłych Hotel dla twoich rzeczy i Taki wstyd, młodzieży Kawa z kardamonem, Czekolada z chili, Tiramisu z truskawkami, Zielone martensy (wszystkie cztery zostały też przetłumaczone na ukraiński i wydane na Ukrainie), książek dla dzieci: Oko w oko z diplodokiem, Babula Babalunga, Różowe babeczki oraz Pamiętnik Czachy (który zilustrowała)  a także tomików poetyckich: Moje pierwsze donikąd, Ślady i Perspektywa powietrzna.

Od kilku lat maluje. Brała udział w wystawach zbiorowych i indywidualnych. Jest związana z warszawską Galerią Piecową, gdzie współtworzy wydarzenia malarskie i literackie. Interesuje ją połączenie realizmu i abstrakcji, malarstwo pełne emocji, opowiadające o bolączkach współczesności: samotności, wyobcowaniu, niemożności komunikacji.

Oprócz literatury i malarstwa zajmuje się grą na gitarze. Śpiewa piosenki z repertuaru wielu artystów  a także utwory z własną muzyką i tekstem.

moje pierwsze donikąd

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *