MENU
grafika: M. Kapuścińska

Dziennik snów – poezja Magdaleny Kapuścińskiej

Michał-Kaźmierczak-foto4

„Wszystkie serca pękają jednakowo” – poezja Michała Kaźmierczaka

11 kwietnia 2016 Comments (0) Views: 731 Czytam

Hilda

display-dummy-264923_1920_male

Kalitkowo było niewielkim miasteczkiem, liczącym zaledwie pięć tysięcy obywateli. Zwyczajnym, sennym miejscem bez specjalnych ekstrawagancji i spektakularnych wydarzeń. Piękne położenie geograficzne okazało się prawdziwym darem dla mieszkańców. Lasy i okoliczne jeziora przyciągały turystów także poza sezonem, a ludzie ci, żądni spokoju i relaksu, potrafili rozdysponować bajońskie sumy na zwyczajne, wiejskie atrakcje.

Pensjonat „Pod Baranem”, schowany za borem sosnowym daleko od reszty domostw, był jednym z małych, rodzinnych hotelików, które choć gości miały niewielu, utrzymywały się od lat.

Drewniany dwukondygnacyjny dom oferował sześć pokoi. Dwa z widokiem na jezioro, atrakcyjne jednak tylko w pogodne dni. Powodem była odległość budynku od owej atrakcji. Dawała bowiem miejsce bezlitosnej mgle, której to właścicielka przybytku szczerze nienawidziła za ukrywanie widoku akurat wtedy, gdy pragnęła się nim pochwalić. Każdy z czterech pozostałych pokoi za atrakcję miał mały balkonik, na którym stojąc, pomieścić się mogły dwie osoby, oraz okna wychodzące na gospodarstwo, czyli obórkę z krową, kurnik z jego wrzeszczącymi mieszkańcami i pustą budę po psie.

Była połowa października. Hilda podawała właśnie śniadanie młodemu małżeństwu. Nie pałała do nich sympatią, bo jej własny pokój znajdował się dokładnie pod tym, który oni sobie wybrali, a że kopulowali co noc i czasem w dzień, to zwyczajnie im zazdrościła.

– Pan muzyk z sąsiedniego pokoju nie zje z nami? – chłopak próbował zagaić rozmowę ku rozpaczy gospodyni. – Tak miło byłoby posłuchać Metalliki w jego wykonaniu.

– Nie zje. Grajek jeden – ucięła krótko Hilda. – Poszedł na ryby z samego rana.

– Wyjawi nam pani sekret? – zapytała dziewczyna, kiedy Hilda postawiła przed nią talerz z jajecznicą.

– No wie pani – zaskrzeczała oburzona i wytarła pulchną dłoń w kwiecistą spódnicę. – O sekretach po próżnicy to się nie gada, bo już wtedy sekretność swą tracą.

Odwróciła się z zamiarem odejścia, winszując sobie zwiędłego szczypioru, który dodała do jedzenia tej wścibskiej ladacznicy, ale dziewczyna znów przemówiła niezrażona widokiem jej pleców.

– O nazwę chciałam zapytać – wyjaśniła. – Czy było tutaj kiedyś gospodarstwo z baranami?

– Nie – Hilda zaprzeczyła szybko, a na jej prawie pięćdziesięcioletnie oblicze wypełzło współczucie dla tej nierozgarniętej, jak ją nazywała, blondyneczki.

– Więc skąd taki pomysł? – Dziewczyna nie dawała za wygraną. – Dlaczego nie indyk czy koza?

– Normalnie. – Hilda nadęła pulchne policzki. – Od brata mojego. Na współwłasność to miejsce mamy po rodzicach. Miałam nazwać „Z Baranem”, ale to mało marketingowo było, więc zostało „Pod”.

Godzinę później goście wyszli frontowymi drzwiami do czekającej na nich taksówki, a Hilda wdrapała się na górę i zaczęła sprzątanie opuszczonego pokoju od przeglądu prześcieradła.

Czynność tę przerwała na widok brata. Stała chwilę i przyglądała mu się z okna, kiwając przy tym głową z politowaniem.

Dwa lata od niej młodszy, fizycznie był całkowitym przeciwieństwem. Tam, gdzie Hilda miała dużo, Romuald miał mało. Przez to, choć podobnego wzrostu, wyglądał przy niej jak kurczak, co starała się mu wypominać każdego dnia.

Napinając swą wątłą muskulaturę, wtaczał właśnie dwukołowy drewniany wózek na podwórze. Zanim Hilda zeszła z góry, był już pod domem. Jego szczupła, podłużna twarz ociekała potem, a gdy posapywał, rozciągały mu się wąskie nozdrza. Rękawy starej koszuli miał podwinięte, na chudych przedramionach widoczne były ciemne żyły. Co chwilę poprawiał kaszkiet kościstymi palcami.

– Masz huncwota? – zapytała i podeszła do wózka. – Ty się lepiej Romuś przykładaj, to tobie też w późniejszej kolejności takie szczęście uszykujemy.

– Najsampierw niech się twoje obudzi, to potem pomyślimy – odrzekł Romuald i otworzył drewniane drzwi komórki.

Ze środka buchnął smród. Stęchlizna wymieszana z fetorem ludzkich odchodów i czymś słodkim uderzyła w Hildę niespodziewanie. Zachwiało się jej cielsko, ale zachowała równowagę. Wykrzywiła okrągłe lico, nadęła mięsiste wargi i wrzasnęła z głębi trzewi:

– Miałeś posprzątać, łachmyto! – Po czym pacnęła Romualda otwartą dłonią w tył głowy.

– To sprzątać czy łapać? Się babsko samo zdecydować nie umie. – Schylił się, podniósł kaszkiet i wetknął go na czubek głowy.

Weszli oboje do drewnianego budynku. Z czarnej kałuży na środku izby podniosło się stado wielkich much. Romuald wciągnął za sobą wózek, a Hilda zabarykadowała drzwi. Spojrzała potem w wielkie lustro, które stało w rogu i puściła do siebie oczko.

– Uroda po mamusi plus wrodzony wdzięk. – Obejrzała się z obu stron, ale lustro było zbyt wąskie, by objąć jej sylwetkę. – Gość nawet nie wie, jakie będzie miał szczęście.

– Chyba ten pod klepiskiem – mruknął jej brat.

– Dawaj go. – Hilda przestała podziwiać siebie i zdarła płachtę z głębokiego wózka.

– Ciężki jest skubaniec. – Twarz Romualda nabrała koloru wina, kiedy dźwignął grajka.

Szarpnął denatem w prawo i lewo, a potem pociągnął, żeby wydobyć go w całości z głębokiego wozu. Bezwładne ciało plasnęło o podłoże, ale prawa noga zaczepiła o dyszel i spod kolana popłynęła strużka krwi.

– Świeży jeszcze – skwitowała ten widok wyraźnie ucieszona kobieta. – Jak żeś go unieszkodliwił? – zapytała i podeszła bliżej.

– Zaszłem dziada od tyłu i chyciłem za gardło. – Romuald pochylił się lekko, żeby pokazać, jak podchodził ofiarę, a potem złożył ręce w trąbkę i dusił powietrze. – A ten mi tak – opowiadał, gibając się w prawo – i tak. – Pochylił się w lewo. – To ja mu w czapę. – Palnął dłonią w nicość. – Przestraszył się i dał spokój. – Opuścił ręce wzdłuż ciała.

Hilda przyjrzała się mężczyźnie, który zaledwie cztery dni wcześniej przyjechał do nich odpocząć. Cierpiał podobno z miłości niespełnionej i żal owy wylewał przez muzykę gitarową, ale tylko do drugiej w nocy.

Stwierdziła nawet, że jego twarz po śmierci jest jeszcze mniej pociągająca. Wytrzeszczone przerażeniem oczy poznaczone siatką pękających naczynek krwionośnych. Cienkie strużki krwi biegnące od nosa poprzez usta i brodę ginęły gdzieś pod kołnierzykiem czarnej koszulki. Siny kolor skóry kontrastował z bordowym językiem, który zwisał bezwładnie z prawej strony ust.

– No, ładny to on nigdy nie był – powiedziała na głos.

– To czegoś się na niego tak uparła? – Romuald wtaszczył ciało na metalowy stół, podrzucając dla ułatwienia kolanem.

– Bo te dłonie – powiedziała. – Spójrz, jakie ma piękne, zadbane dłonie. Ośle ty ślepy.

Romuald podał jej małą piłę z żółtą rączką, a sam zabrał się do sprzątania. Krew po poprzednim nieszczęśniku już porządnie zaschła i była przysmakiem dla much.

Hilda przyłożyła cienki brzeszczot do dłoni muzyka i zaczęła piłowanie nadgarstka. Najpierw przecięła żyły i spuściła do plastikowej miski krew, która już ciemniała. Potem, cała upaprana czerwoną mazią, zabrała się za piłowanie.

Skończyła i zdążyła odsapnąć, zanim znów wezwała brata.

– Co tam robisz, Romuś? – krzyknęła. – Zostaw te ściery i podejdź.

– Włosy pakuję w torebkę – odpowiedział i pokazał rudy kołtun. – Po murarzu zostały. Tym od klaty.

– A tak. – Hilda rozmarzyła się na samo wspomnienie. – Piękne ciało. Szkoda, że ryszawy. Rude to podłe, wiesz, Romciu. Nie trzeba nam podłości tutaj.

Romuald spojrzał na nią z ukosa i ruszył prosto do wielkiej chłodziarki. Wiedział doskonale, co robić. Otworzył drzwiczki i przyciągnął do siebie drewniany podest z kołami od roweru umocowanymi na każdym rogu. Dumny był z owego mebla, bo wykonał go od podstaw. Poświęcił nawet swój rower.

Hilda przyniosła dwie dłonie w miednicy i podnieśli z podestu płachtę.

Ich oczom ukazało się dzieło, nad którym pracowali od dwóch tygodni. Tylko dzięki niskiej temperaturze jeszcze się nie zepsuło, ale wiedzieli, że nie mają wiele czasu. Hilda spojrzała na stwora maślanym wzrokiem i poczęła wzdychać z miłością raz po raz.

Na stole leżał człowiek. Człowiek składak, jak go nazywali. Części ciała różnych osób zszyte w jedną całość wyglądały dość groteskowo. Szwy było widać, choć Hilda starała się jak mogła.

Tors pobrali od wspomnianego murarza. Ze względu na rude włosy Hilda zrezygnowała z jego głowy. Nie pamiętali nawet, jak miał na imię. Spotkali go w supermarkecie i po wybadaniu, czym się zajmuje, zaprosili do siebie pod pretekstem zlecenia mu drobnych napraw.

Ramiona razem z łokciami i przedramionami pochodziły od włóczęgi. Mężczyzna w średnim wieku, który przedstawił się jako Ryszard, zawitał do nich kilka dni wcześniej i prosząc o szklankę wody, zapytał o jakąkolwiek sezonową pracę. Nie był młodzikiem, ale lata znoju wyrobiły w nim hart ducha i sprężystość ciała. Hilda zapragnęła jego rąk. Twardych, spracowanych, z mięśniami wyraźnie widocznymi pod cienkim materiałem znoszonej koszuli. Prócz dłoni, które uznała za zaniedbane, ohydne i nawet nie chciała o nich słyszeć.

Romuald złożył te zachcianki na karb babskich fochów, jednak uległ jak zwykle, choć oznaczało to dodatkową pracę.

Nogi były ważne. Na wypatrzenie idealnych nóg Hilda poświęciła kilka dni. Ich właściciel był biegaczem. Poznali go na drodze między ich domem a miastem. Biegał codziennie rano. Z braku innej sposobności do wypełnienia jego przeznaczenia Hilda postawiła na swą doskonałą grę aktorską. Upadła na środku drogi, zaraz obok jedynych w tej okolicy gęstych krzaków, i udawała martwą. Wypatrzyła ten trik u którychś futerkowców w programie przyrodniczym. Kiedy kierowany empatią biegacz przystanął, gotów do pomocy, z krzaków wypadł na niego Romuald. Nogi były ich.

Głowy szukali dobrych kilka dni. Hilda marudziła przy każdej sposobności, twierdząc, że szuka twarzy o idealnych ustach, żeby mogły całować ją potem z należytym pożądaniem. Trzy dni spędzili na objeżdżaniu okolicy i oglądaniu męskich twarzy. Zaniedbali przez to pięcioosobową rodzinę, która akurat gościła w gospodarstwie. Szczęśliwego wybranka wypatrzyli na drodze. Zatrzymywał okazję, a Hilda uznała, że sam stał się takową i zaprosiła go do zdezelowanego opla, obiecując darmowy nocleg i dowiezienie następnego dnia, gdzie tylko sobie zażyczy. Nie dowiedziała się o nim zbyt wiele. Trzydziestoletni Maciek spędził natomiast cały wieczór z Romualdem, okazując życzliwe zainteresowanie gospodarstwem. Twarz miał trochę dziecinną, ale gładką i śniadą, z wyraźnie zarysowanym dołkiem w brodzie i mięsistymi ustami. To jej wystarczyło.

Brakowało tylko dłoni, które właśnie zdobyli, uśmiercając wspomnianego grajka. Reszta jego ciała, tak samo jak poprzedników, miała być zakopana pod klepiskiem obszernej stodoły.

– Mój facet ideał jest gotowy – rozmarzyła się Hilda. – Romek, popatrz. Oto człowiek, który będzie mnie kochał nad życie. Musimy jedynie ożywić jego lędźwie. – Zachichotała jak licealistka.

– Pod warunkiem, że zadziała to twoje starodawne zaklęcie – skwitował. – Skąd masz pewność, że ten stary skoroszyt należał do babki Józefki, a nie był jakimś żartem.

– Babka była wiedźmą – wrzasnęła wyprowadzona z równowagi. – Wiesz o tym dobrze, niemrawy kuternogo. – Wiedziała, jak postępować z chłopami.

– Nie jestem żadnym kuternogą, stara małpo. – Romuald był zmęczony i podenerwowany tym, co miało nastąpić.

– Będziesz – odgryzła się. – Jak ci mój chłop te chude kulasy połamie. Szykuj ceremonię, zamiast jęzor strzępić po próżnicy.

Po tej krótkiej wymianie wzajemnych uprzejmości Hilda poszła się przebrać w odświętny stój, stosowny do takiej okazji. Romuald zajął się ustawianiem świec i przygotowaniem wywaru z kurzego nawozu, który według starodawnej receptury miał rozruszać serce.

Hilda wróciła w wygodnych drewniakach i kwiecistej sukni do ziemi. Krótkie siwe włosy przylizała gładko, a usta pociągnęła wściekle różową szminką.

– Zaczynamy, Romuś – rozkazała zniecierpliwiona. – Odpal świece, zamiast się gapić.

Za chwilę stała już w elipsie ułożonej z kościelnych gromnic, żeby bardziej po bożemu było. Lepką mazią z kurzego nawozu posmarowała klatkę denata i podniosła ręce, aż strzeliło w stawach.

– Panie życia i śmierci – zaczęła – tchnij życie w te martwe źrenice, porusz zimnym sercem… – wymówiła starodawną modlitwę z pamięci, choć ta zajmowała całe dwie strony w skoroszycie babki Józefki.

Potem ręce, które zdążyły jej już zdrętwieć, poczęła opuszczać znad głowy i machać nimi nad ciałem. Wyglądało to tak, jakby próbowała je ochłodzić w upalny dzień.

Długie minuty później, kiedy Hilda poczuła się umęczona tymi wygibasami, pierś denata podskoczyła raz i drugi.

Odsunęli się oboje, zaciekawieni i niespokojni. Hilda czerwona z wysiłku i mokra od potu. Romuald ze zmierzwionymi włosami i przerażeniem na twarzy.

Ciało się poruszyło. Drgało kilka sekund, zakaszlało, a potem usiadło powoli, delikatnie, jakby obawiając się rozpadu, i spojrzało na nich zielonymi oczami Maćka.

Uszczęśliwiona Hilda podeszła do niego pierwsza i zaczęła dotykać szwów po kolei, żeby upewnić się, że jej ukochanemu nic nie odpadnie.

– Piękny mój – mówiła. – Idealny.

Denat zacharczał i plunął przed siebie flegmą.

– Jak się czujesz? – pytała. – Wszystko działa jak powinno?

Składak stanął i zrobił kilka kroków. Z każdym ruchem nabierał płynności i choć nadal nie panował całkowicie nad częściami ciała, które mu wybrano, ruszył w stronę Romualda.

Zachwiał się niebezpiecznie, ale po chwili przypomniał sobie, jak zachować równowagę i stanął przed mężczyzną. Martwe do niedawna źrenice wlepił w jego twarz, a potem zimnymi palcami dotknął głowy. Zanim Hilda zrozumiała, co się dzieje, jej składak i Romuald, wpatrzeni w siebie nawzajem jak w święte obrazki, spletli dłonie i zapomnieli o jej istnieniu.

– Co tu się dzieje, do jasnej Anielki? – zaskrzeczała i złapała się pod boki. – Na rozum ci, Romuś, padło?

– Romuś – wymówił powoli składak, akcentując mocno każdą głoskę.

Głos miał gruby i zachrypły.

– Zabieraj łapy od mojego chłopa, ty chudy capie. – Hilda podeszła do nich tak blisko, że Romuś poczuł jej kwaśny oddech. – Bo przestanę nad sobą panować.

– Hilda – powiedział Romuald błagalnie i odsunął się od składaka. – Widzisz, gruba krowo, że on do mnie ma pożądanie. – Ale zaraz zmienił ton na mocniejszy: – Zrobisz se drugiego.

– Nie zrobię – wrzasnęła wściekła. – Ten jest mój wymarzony. Zabieraj od niego parchate łapy.

– Zapomniałem ci powiedzieć, stara wariatko – Romuald okrasił tę rewelację szczerbatym uśmiechem – Maćka rozum mu zostawiłaś, a on mnie się przyznał, że jest pederasta. – Wyjawienie tajemnicy sprawiło mu widoczną przyjemność. – Chłopów woli, to i mnie wybrał, a żem samotny, to odmawiać się nie myślę.

– A niech cię, stary baranie, wszystkie diabły – wrzasnęła Hilda.

Rozjuszona i dysząca z nerwów rzuciła się Romualdowi do gardła. Złapała z całych sił i poczęła dusić, wyzywając go przy tym solidnie. Nie miał szans na wyswobodzenie z jej wściekłego uścisku, choć z całych sił starał się oderwać jej palce od swojego gardła.

Nagle Hilda poczuła zimne palce na ramionach. Uścisk zabolał ją i, miażdżąc obojczyk, zmusił do puszczenia ofiary. Zawyła z bólu i pchnięta z impetem zatrzymała się na drewnianej ścianie. Spojrzała na składaka.

– Romuś – wymówił tamten ze słodkim uśmiechem, po czym chwycił widły.

Hilda nie zdążyła uskoczyć. Zimny metal wdarł się w jej rozgrzane ciało i przygwoździł do drewna. Przebita klatka piersiowa zapulsowała bólem. Spojrzała na strugi krwi spływające po jej obfitym ciele.

Ostatnim, co zobaczyła z żalem i nieopisaną wściekłością, był składak przytulający Romualda.

 

 

Autor: Karolina Orłowska

Korekta: Magda Polanowska

Druga korekta: Anna Maślanka

 

 

fot. ze zbiorów autora.

fot. ze zbiorów autora.

Karolina Orłowska (ur. W 1985 r. W Szydłowcu)

W każdy swój tekst nieświadomie wplata morderstwo, z czym zamierza walczyć łzawymi historiami o miłości. Stara się być asertywna i nie ulegać wpływom innym, niż… kocim. Planuje nauczyć się profesjonalnej fotografii i zrobić zdjęcie zimorodkowi. Kocha Maltę, włoską kuchnię i słoneczniki. Wyznaje zasadę, że „niewiele jest rzeczy niemożliwych”.

 

 

Tags: , , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *