MENU
14.Jajpur.Fort-Amber33

Dzisiaj a może kilka lat temu – poezja Tadeusza Zawadowskiego

___1a

Porzeczkowe słowa- poezja Magdy Makowskiej

20 marca 2017 Comments (0) Views: 409 Czytam, Opowiadania

Hasta la vista, mon cheri! – opowiadanie Katji Tomczyk

Otwock, fot. Katja Tomczyk

Otwock, fot. Katja Tomczyk

Kiedy temperatura ciała Alejandra Manuela Apfelbauma, legitymującego się międzynarodowym prawem jazdy wystawionym na nazwisko Alejandro Sorel, osiągnęła trzydziesty drugi stopień Celsjusza, stara Leticia Pardo właśnie kończyła zamiatać ganek domu uciechy „Rosa Varsovia”.

Kurz nanoszony stopami turystów i bywalców lupanaru wymiatała tu od prawie siedemdziesięciu lat – od momentu gdy znaleźli ją w koszu, otuloną wełnianym szalem i kwilącą jak cielak prowadzony na korridę. Miała wtedy niecały rok, a mięśnie kręgosłupa nie były w stanie utrzymać jej w pionie. Wszystkie tutejsze dziewczyny uliczne, zwane potocznie fulana, odradzały panu Rubenowi, właścicielowi Rosy Varsovii, opiekę nad niedorozwiniętym tworem, jak ją nazwały pogardliwie, grożąc, że chora pokraka przyniesie sto nieszczęść. Jednak pan Ruben zlitował się nad malutkim zawiniątkiem. Wygrzebał je z otuliny owczej wełny i niczym Mojżesz przed rozstąpieniem się morza, uniósł dziewczynkę w górę i uroczystym tonem wyrecytował sentencję wyrytą w hebanowej belce, zawieszonej tuż nad wejściem do Rosy:

– Dwa są czynniki zapewniające ludziom powodzenie w życiu – szczęście i praca! Szczęście właśnie się do ciebie uśmiechnęło, a na pracę jeszcze przyjdzie czas. – Przytulił małą do piersi. – Będziesz nazywała się Leticia Pardo.

Tego dnia, a był to 12 sierpnia 1950 roku, w San Telmo, najstarszej i najgwarniejszej dzielnicy Buenos Aires, imieniny obchodziły wszystkie wesołe i piękne Letycje. Znajda z ganka miała dołączyć do ich grona. Nazwiskiem Pardo naznaczano dzieci, które z powodu ciasnych izb, nadmiaru pustych butelek po pisco albo agresji kochanków matek, lądowały na kocich łbach, którymi brukowano najciemniejsze zakamarki miasta.

Leticia Pardo nie miała pojęcia, że jej wybawiciel, pan Ruben Apfelbaum, jest najzamożniejszym z właścicieli domów publicznych w tej części Ameryki Południowej ani, że jako miłośnik lekkoatletyki, następnego dnia (po tym jak w odległym Krakowie, gdzieś hen na końcu świata, sprinter Emil Kiszka, ustanowi rekord Polski w biegu na sto metrów z wynikiem 10,5 sekundy) zupełnie niezamierzenie, do tego na mocnym rauszu, spłodzi swego pierworodnego syna, Lewiego.

Podobnie teraz, po wielu latach, w ten parny sierpniowy wieczór nawet przez myśl jej nie przeszło, że oto właśnie dzieje się coś arcyważnego: przepowiednia ulicznych dziwek nabiera mocy i za przyczyną Leticii na rodzinę Apfelbaumów nadciąga siedem plag egipskich w postaci śmierci jedynego spadkobiercy pana Rubena, Alejandra Manuela Apfelbauma. Tego samego, któremu była piastunką i mamką w jednej osobie. Tego, którego stygnące ciało zalegało teraz z dala od rodzinnego domu na zimnym chodniku przy ulicy Michała Andriollego w Otwocku, tuż pod sklepem z tanią odzieżą. W Polsce, którą niegdyś tak bardzo wzruszał się stary Apfelbaum.

Leticia Pardo poczuła ukłucie w lewym boku, kiedy spękane usta Alejandra uwolniły ostatni oddech, i aż siadła, a raczej zwaliła się na hamak, by chwilę odsapnąć. Odgarnęła pasma siwych włosów, lepiących się nieznośnie do czoła z powodu upału, upiła łyk wody aloesowej i przywołała w myślach moment pożegnania z Alejandrem.

– ¡Hasta la vista, mon cheri! – Alejandro ucałował ją w czoło. Nazywał Leticię „wisienką”, od kiedy ojciec wytłumaczył mu, że czerwony kolor tęczówek piastunki nie jest niczym złym (a już na pewno nie świadectwem kontaktów z Lucyferem, jak mówili niektórzy), a tylko wynikiem zbyt wielkiego łakomstwa. Tak się nażarła tych kandyzowanych wiśni, że aż jej w oczy poszło, powiedział Lewi i Alejandro uwierzył mu na słowo, bo był uczony, że ojcowie nie kłamią.

– Będę się za ciebie modlić do Krzysztofa Kolumba.

– Na Dni Kolumba już dawno będę w domu. Przywiozę ci prezent.

– Niech niebo ci sprzyja. Wracaj szybko!

Alejandro pomachał jej na odchodne, ale Leticia nie mogła tego widzieć, bo właśnie zjawił się klient, na którego czekała gruba Beatriz Alvarez.

Teraz, bujając się w hamaku, Leticia odliczyła czas od pożegnania z Alejandrem. Siedem. Tyle dokładnie upłynęło dni i nocy, a ona nadal nie miała wiedzy, co i z kim Alejandro porabiał. No i to uporczywe kłucie między żebrami nasilało się niczym gongi ostrzegające przed najazdem policji. Nic to, pomyślała, zwlekając się z posłania. Nastawiła adapter, swoją ulubioną „Por una Cabeza” Carlosa Gardela i niczym klacz z najlepszej stajni temperamentnie machnęła prawą nogą, rozpoczynając tango. Kilkoro przechodniów zatrzymało się, uwieczniając moment namiętnego tanga starej bajzelmamy i jej niewidzialnego kochanka.

 

 

Trzy dni wcześniej. Niedziela.

W wypożyczalni samochodów na Okęciu powiedzieli, że droga do Otwocka powinna zająć mniej niż godzinę. Zwłaszcza, że jest niedziela. Poinstruowany, że ma jechać przez Wał Miedzeszyński, a potem prosto, wzdłuż torów, Alejandro wsiadł do srebrnego Focusa. Nie chciał rzucać się w oczy i pozować na krezusa, który wraca w rodzinne strony w poszukiwaniu korzeni. Wybór taniego samochodu i ukończony trzyletni kurs języka polskiego miały ułatwić zadanie wtopienia się w otoczenie. Patrząc na tego blondasa o błękitnych oczach i jasnej karnacji, nikt nie rozpoznałby w nim Argentyńczyka z krwi i kości, w którego żyłach pulsowała krew potomków Jahwego.

Zaraz po narodzeniu, jeszcze nim Lewi wziął niemowlę na ręce, wezwano rabina Mordechaja, by matka Alejandra, Estera z domu Brahm, przysięgła, że dochowała czci i mężowi poroża nie przysporzyła. Estera jednak, kobieta charakterna i dumna, rabina posłała do stu diabłów i resztką sił, bo podczas porodu krwi z niej uleciało chyba ze dwa wiadra, przyciągnęła Lewiego do piersi i drżące palce wplotła w jego pejsy. Po czym bez słowa wyjaśnienia załadowała się na łódź Charona.

Lewi długo nie mógł zaakceptować syna, ale jednego dnia zniecierpliwiony Ruben, dobiegający wtedy ósmego krzyżyka, wziął go na rozmowę i w ostrych słowach zapewnił, że Estera nie zbrukała nazwiska Apfelbaumów i łoże grzała tylko dla Lewiego. Lewi nie wiedział, skąd ojciec posiada taką wiedzę, ale uwierzył, bo w ich rodzinie ojcowie nie zniżali się do kłamstwa. Długo jednak przyglądał się Alejandrowi i szukał w jego postępowaniu dowodów na wiarołomność żony.

We wczesnej młodości Alejandro nawet nie mógł przypuszczać, że niecodzienna, jak na jego pochodzenie aparycja, bardzo mu się przyda. Wyglądał jak typowy Europejczyk, a kiedy przyznawał się do swojej narodowości, wszyscy myśleli, że jest jednym z tych tanich drani o słowiańskich rysach twarzy, co to naciągają zagraniczne turystki. Nawet wtedy, gdy dziadek zabierał go do jedynej w San Telmo polskiej knajpy, mówiąc: „no to idziemy do Krakowa”, (co nie było kłamstwem, bo knajpa nazywał się „Krakow”) i spotykał tam przybyszy z Polski, nikt nie dawał wiary słowom Rubena, że oto przyprowadził wnuka. Z tego też powodu Alejandro był pewny, że w Otwocku nikt nie wytknie go palcem jako obcego zza wielkiej wody.

Choć Alejandro spędził wiele miesięcy na przeszukiwaniu internetowych stron, korespondował z kilkoma zapaleńcami – miłośnikami ziemi otwockiej, a także przestudiował wszystkie dostępne pozycje książkowe dotyczące rodzinnego miasta swojego dziadka, nie sprawdził jednej, istotnej obecnie informacji: czy w niedzielne południe znajdzie w Otwocku otwarty sklep spożywczy? Dziadek wielokrotnie powtarzał, że w Polsce ludzie mało pracują i ciągle strajkują, dlatego gdy na trasie dostrzegł sklep – Caro albo Trefl – w każdym razie nazwa sklepu kojarzyła się z karcianym kolorem, natychmiast zatrzymał auto i ruszył na zakupy. Miał przed sobą długą noc i wolał nie ryzykować burczenia w brzuchu.

Willa przy ulicy Reymonta 29A wyglądała identycznie jak na zdjęciach. Brązowy drewniany domek z ażurową werandą przywodził na myśl wspomnienia o dziadku. Ruben nie raz opowiadał, jak będąc niespełna dziesięciolatkiem wraz z kolegami podglądał pracującego nad kolejną powieścią Reymonta, a ten rzucał w nich kamykami, wołając: „Do szkoły, bawoły!”. Obecna właścicielka willi, Maria Mikołajewska, długo dała się przekonywać, że Alejandro nie będzie skaraniem bożym. Ostatecznie wstawił się za nim jeden z jego internetowych znajomych i kobieta w końcu wynajęła mu pokój.

Planując podróż do Polski, Alejandro postanowił, że albo znajdzie kwaterę w jednym z domów zbudowanych w stylu świdermajer, albo nie rusza się z miejsca. Stary Ruben przelał w serce wnuka tęsknotę za rodzinnymi stronami podczas wieczornych opowieści. Siadywał przy hamaku Alejandra i snuł historie ze swej młodości. U Gurewicza bywali Prus, Tuwim i Korczak. Do willi Kahana przyjeżdżały najurodziwsze panny, a w domu Sendlerowej leczono najnowocześniej w całej Europie.

– Nigdzie nie wypoczniesz tak dobrze, jak nad Świdrem – mawiał Ruben. – Nie odetchniesz tak świeżym powietrzem. Nie zobaczysz tylu pięknych…

– Panien? – dopytywał nastoletni Alejandro.

– Panny wszędzie są piękne. Za to tylko w Otwocku, wzdłuż Świdra, stoją drewniane domy, kunsztownie zdobione ornamentami. Jedyne w swoim rodzaju, urokliwe. Polskie. Otwockie. Moje… Ja już ich nie zobaczę, nie powącham zapachu przeszłości wpisanego w drewniane sęki, ale ty, wnuku, możesz tam pojechać.

Alejandro, choć opowieści Rubena mocno uformowały jego osobowość i wpoiły miłość do kraju, nigdy nie brał na poważnie podróży do Polski. W San Telmo wiódł życie hulaki i awanturnika. Pieniądze zapewniane przez Rosę Varsovię wystarczały na buty krojone na miarę, brylantowe spinki do mankietów, garnitury od Dolce Gabbany i najnowsze modele Porsche. Dziewczyny z Rosy rzadko dawały się zbrzuchacić,  zarządca – uczciwy Żyd z Damaszku – podbierał jedynie co dziesiątą należność, a turyści zostawiali nie mało grosza i przybytek Alejandra polecali rządnym przygód znajomym. Interes kręcił się jak młyńskie koło po przerwaniu tamy.

Po tym, jak Lewi zaginął bez wieści, wychodząc ot tak z domu w trzydziestą rocznicę śmierci Estery, a potem Ruben nagle zaniemógł, Alejandra zaczęło dręczyć przeczucie, że musi coś dokończyć.

– Moje dni policzone, dlatego mam obowiązek wyznać ci prawdę. Czerwone oczy Leticii… Schowek… – Ruben na łożu śmierci urywał zdania. Nie przypominał dawnego siebie. Pomarszczył się jakby przez miesiąc kąpali go w occie, a czarne oczy zaszły mu bielmem. Stracił dotychczasowy wigor i tylko lekko pomrukiwał. Liczył może, że owo pomrukiwanie wystraszy kostuchę. – W belce nad wejściem do Rosy wydrążyłem skrytkę. Znajdziesz tam… – Ruben zakaszlał, nie kończąc zdania. – Znajdziesz… – spróbował ponownie, ale jego powieki zastygły nagle w pół mrugnięcia, jakby nastąpiła gwałtowna przerwa w dostawie prądu do jego serca. Stary zmarł.

Alejandro zamiast rozpaczać pomyślał, że tylko w filmach rozgrywają się tak tandetne sceny, kiedy to w kulminacyjnym momencie umiera jeden z bohaterów, zabierając swój sekret sześć stóp pod ziemię. Jednak szybko zganił się za tę paskudną myśl. Estera wysłała po dziadka łódkę, a ten bezceremonialnie złapał za wiosła, by znaleźć się na jej brzegu. Alejandro Manuel Apfelbaum zdał sobie sprawę, że oto został sam jak donna Antonia, gdy wyjawiła matce tajemnicę o bękarcie w swym łonie.

Słowa pocieszenia, którymi balsamowała go Leticia, długo nie przyniosły ulgi. Początkowa złość na dziadka szybko przeszła w żal i rozpacz. Nawet wdzięki grubej Beatriz Alvarez, uznawanej w San Telmo za największą piękność, nie były w stanie przywrócić mu dawnej radości życia.

Dopiero po wielu miesiącach, Leticia zadała pytanie:

– Czy Ruben, kiedy umierał, mówił coś o moich oczach?

I to pytanie sprawiło, że hebanowa belka zdobiąca wejście do Rosy Varsovii późnym wieczorem lipcowej nocy 2013 roku została zdemontowana, ukazując schowek wspominany przez Rubena. Kolejne trzy lata Alejandro poświęcił na szlifowanie polszczyzny i pogłębianie wiedzy, do której klucz pozostawił mu w spadku umierający dziadek.

Jadąc do Polski, nie zabrał ze sobą wiele. Nie planował zostawać w Otwocku na dłużej. Jedna torba podróżna była mu za cały dobytek.

Kiedy gospodyni wreszcie zostawiła go samego w drewnianej, pachnącej przeszłością izbie, Alejandro rozłożył na stole kartki i wycinki prasowe, znalezione w wydrążonym drewnie.

 

Dwa dni wcześniej. Poniedziałek.

Sufit dworca kolejowego w Otwocku zupełnie nie pasował do widoku, mamiącego przyjezdnych po wyjściu z pociągu. Budynek z zewnątrz prezentował się jakby czas stanął w miejscu w latach dwudziestych XX wieku. Podróżny gotów był uwierzyć, że zaraz podstawią dorożki, a damy w pociągłych sukniach rozłożą parasolki, by osłonić się przed palącym słońcem. Niestety wewnątrz królowała nowoczesność – zimne kafelki na podłodze i plastikowe okienka wprowadzały dysonans między tym, co minęło, a tym, co nastało.

– O co pytał?

– Chciał kupić mapę, ale sklep z pamiątkami był zamknięty. Pytał też jak dojechać do Zofiówki. Powiedziałam, że nie wiem.

– Coś jeszcze?

– W sumie nic. Dziwił się tylko, że sprzedaję bilety, a nie znam okolicy. No i wyglądał trochę inaczej niż przypuszczałam, jak Niemiec.

– Rozumiem. Mówił, co będzie robił?

– Nie, nic więcej nie powiedział.

Mężczyzna wyszedł na zewnątrz. Na postoju taksówek zaczepił jednego z taksiarzy, który potwierdził, że poprzedniego dnia rzeczywiście jakiś mężczyzna, może czterdziestoletni, wypytywał o Zofiówkę. Nie zwrócił na niego szczególnej uwagi, ponieważ niemal codziennie zjeżdżali tu ludzie żądni sensacji, a dawny szpital psychiatryczny gwarantował im niezapomniany dreszczyk emocji. Mężczyzna podziękował i oddalił się z pośpiechem.

Nazywał się Józef Kleiner i od trzydziestu lat strzegł tajemnicy Organizacji. Przed nim robili to jego ojciec i dziadek, a w samym Otwocku podobnych jemu było jeszcze trzech mężczyzn, którzy z dziada pradziada przekazywali sobie funkcję obrońców wielkiej tajemnicy. Jednak utrzymać sekret było coraz trudniej. Od kilku lat nie zdarzał się miesiąc, żeby jakiś szemrany dziennikarzyna nie wyciągnął niewygodnych faktów na światło dzienne. Na szczęście informacje o Organizacji jak na razie nie docierały do szerszego grona odbiorców. Józef zastanawiał się czasem, kiedy w końcu wybuchnie bomba i świat zostanie zalany szczegółami o działalności Warszawskiego Towarzystwa Wzajemnej Pomocy. Modlił się nocami, żeby nastąpiło to dopiero po jego śmierci.

Wiedział, że Alejandro Manuel Apfelbaum wcześniej czy później sam znajdzie do niego drogę, dlatego spokojnie poszedł do pracy, na Górną 7 i punktualnie o ósmej trzydzieści otworzył drzwi Archiwum Państwowego w Otwocku.

 

Dzień wcześniej. Wtorek.

Kinga Brahm psioczyła pod nosem zawsze wtedy, gdy dostawali wezwanie na Kochanowskiego, do dawnego szpitala psychiatrycznego dla psychicznie i nerwowo chorych Żydów. Nie lubiła jeździć w to miejsce z dwóch powodów: po pierwsze żal rozdzielał jej serce, kiedy patrzyła na niszczejące budynki Zofiówki, rok w rok popadające w coraz większą ruinę. Poza tym na każdym kroku odczuwała zbrodnie sprzed lat, nawet jeśli w większości były tylko wymysłem wyobraźni jej prababki, która najęła się w Zofiówce jako salowa w 1907 roku i przepracowała tam ponad trzydzieści lat, aż do momentu, gdy Niemcy na terenie szpitala utworzyli getto.

Posępnie odrapane, gdzieniegdzie nadpalone pomieszczenia szpitala nadawały się na plan horroru. Między innymi z tego powodu wolała omijać to miejsce łukiem. Ciemne sale, wysokie sufity, długi na sto metrów korytarz i aura niedopowiedzenia ściągały do Otwocka sympatyków ezoteryki i teorii spiskowych. Oraz fanów paintballu, urządzających w budynku nocne bitwy na kulki wypełnione jaskrawą farbą, bez poszanowania czci osób, które straciły w tych murach życie.

Policja od dawna nie przyjmowała zgłoszeń o aktach wandalizmu, dlatego Gmina Żydowska, właściciel obiektu, wynajęła agencję ochroniarską, w której od trzech lat kwitła Kinga w oczekiwaniu na policyjny etat.

– Nie idę – burknął Serdel, z którym była na zmianie. Jak zawsze wolał siedzieć w aucie i zza szyby obserwować Kingę, gdy wspina się po cegłach na parapet okna prowadzącego do wnętrza budynku. Drzwi wejściowe już dawno zamurowano. – Ty też nie idź.

Ale Kinga poszła. Wolała sprawdzić, czy któryś z uczestników strzelanki nie zabłądził albo nie wpadł w jedną w dziur w podłodze. Szybko okazało się, że to nie była kolejna strzelanka: ktoś widział dziwne światła i półcienie migotające jak w kalejdoskopie, ktoś inny zgłosił, że w szpitalu panuje rumor – Zofiówka na pewno się wali, przykrywając kurzem posępną historię. Jeszcze ktoś słyszał upiorne zawodzenie. Kinga lubiła wyzwania, ale nawet ona miała miarę, która przekroczona, uruchomiała narastające uczucie strachu. Dokładnie gdy podeszwy jej butów opadły na grubą warstwę miału zalegającego na popękanych kafelkach, Kinga poczuła, że mięśnie łydek zmieniają się w skamieliny, a włosy na przedramionach sztywnieją jak u wilka podczas pełni. Tak, teraz już się bała, to prawda. Ale jeszcze mogła wrócić, przecież nie odeszła daleko. Wystarczyły trzy kroki i znów wdychałaby rześkie powietrze, pięć kroków i siedziałaby obok Serdela, wciągającego koleją paczkę prażynek. Ale nie. Kinga wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi poszła dalej.

W budynku panowały cisza i ciemność. Kinga wiedziała, że to nie wróży niczego dobrego. Dreszcz, który rozchodził się teraz po jej karku, spływając w dół, po warkoczu, zaskoczył ją samą. Pożałowała, że włosy nie sięgają ziemi: może wtedy strach – jak uderzenie pioruna po odgromniku – wniknąłby wprost w podłoże?

Oświetlając drogę czołówką LED Lenser H14.2, na którą wydała trzecią część pensji, jedno wiedziała na pewno – gdyby wydarzyło się coś nieprzewidzianego, światła wystarczy jej na sześćdziesiąt godzin. Nie wzięła tylko pod uwagę faktu, że w Polsce nie zachodzi zjawisko nocy polarnej i do wschodu słońca pozostało jakieś siedem godzin, ale mimo to czuła się pewniej. Lubiła powtarzać, że przezorny zawsze ubezpieczony, o czym świadczył arsenał jaki noszony przy boku: paralizator UZI Thunderbolt, gaz pieprzowy Mace Magnum 9, no i oczywiście perła w kolekcji – pistolet samopowtarzalny MAG–95, kaliber 9 mm. Dostała go od ojca na pierwszą komunię świętą i choć był to prezent nad wyraz nietypowy i wzbudził zgorszenie katechetek oraz księdza proboszcza (nie obyło się bez skandalu i wzmianek w prasie), Kinga Brahm dbała o niego jak o panna o cnotę. Zestaw do samoobrony uzupełniała fiolka z amoniakiem.

Po przejściu kilkunastu pomieszczeń, Kinga w budynku nie znalazła nawet kota, a była tu od dobrych trzydziestu minut. Serdel musiał chrapać w najlepsze, bo nie reagował, kiedy wzywała go przez grajkę. Postanowiła spenetrować kolejny budynek, ten większy, dobudowany, gdy wzrosła liczba chorych, ale wtedy doszedł ją szelest, jakby ktoś ciągnął po ziemi worek z kartoflami. Dźwięk dochodził z dołu, z pomieszczenia mieszczącego się w lewym skrzydle budynku, tuż obok toalet.

Kinga mocniej niż zwykle ściskała swoją „Maginkę”. Czuła jak pot skrapla się jej na skroniach i powleka opuszki palców, ale opanowała drżenie rąk. Powoli i ostrożnie skierowała światło wewnątrz pomieszczenia, a w ślad za nim, lufę pistoletu. Jednak w środku nie było nikogo. Tylko szyna przymocowana do sufitu rozbudzała wyobraźnię. Prostokąt pomieszczenia zionął chłodem, a wirujący kurz zabawnie tańczył w wiązce światła emitowanego przez latarkę. To pewnie koty, pomyślała Kinga i kopnęła cegłę leżącą tuż przy wejściu tak fartownie, że jej oczom ukazało się małe zawiniątko wetknięte miedzy szczelinę w futrynie.

Kinga poczuła rodzaj podniecenia, jaki wytwarza się tuż przed wejściem w ciemny zaułek lub przed spróbowaniem zakazanego owocu. Powoli rozwinęła papierki – były to wycinki prasowe i odręczne zapiski.

 

Kurier Warszawski, 22 maja 1937 r. Na tropie podpalacza.

Przed miesiącem Otwock miał wielką sensację z powodu zagadkowego pożaru w willi niejakiego A., który na kilka godzin przed wybuchem pożaru wyjechał do Warszawy, gdzie ma również swoją nieruchomość. Zaalarmowana w porę straż ogniowa zapobiegła spaleniu się willi i stwierdziła, że z szaf uprzątnięte były wszystkie ubrania, futra i cenniejsze rzeczy. Pozostawione na stole butelki po wódce i resztki uczty świadczyć miały o tym, że do mieszkania włamali się złodzieje i to ich dziełem miało być zbrodnicze podpalenie. Policja nie miała wątpliwości, że pożar w willi wiąże się z jakąś aferą. Okazało się, że właściciel willi, b. handlarz żywym towarem i właściciel domów schadzek w Buenos Aires, dorobiwszy się pieniędzy na niecnym procederze, zakupił dom w Warszawie i willę w Otwocku, urządzenie zaś mieszkania otwockiego ubezpieczył od ognia na sumę 40000 złotych.

Artykuł urywał się w połowie. Kinga była ciekawa, jak potoczyły się losy aferzysty o inicjale A. i kto ukrył wycinki. Poza fragmentem z Kuriera, znalazła zdjęcie przedstawiające uśmiechniętego biegacza, podpisane Emil Kiszka ustanawia rekord Polski w biegu na 100 metrów z wynikiem 10,5 sekundy oraz odręczne zapiski. Charakter pisma był na tyle archaiczny, to znaczy litery były kaligrafowane i zamaszyste, że Kinga odczytała z nich jedynie pojedyncze słowa: Cwi Migdal, Lebensborn, źródło życia, kobiety, Argentyna, wady genetyczne, czerwone tęczówki.

Schowała kartki do wewnętrznej kieszeni kurtki. Nie chciała czytać więcej. Zrozumiała, że sprawa nie jest przypadkowa i dotyczy także jej rodziny. Oczy, ukrywane przez nią od lat pod ciemnobrązowymi szkłami kontaktowymi, znowu zaczęły ją dręczyć.

Wróciła do samochodu. Serdel spał w najlepsze. Szyję i twarz miał oblepioną kruszynkami ziemniaczanych chrupek.

 

Ten dzień. Środa.

– No i co tu mamy?

– Wygląda na nielegalny ubój. Denat lat trzydzieści dziewięć, papiery na nazwisko Alejandro Sorel. Niebieskie zabarwienie ust i paznokci wskazuje na zatrucie gazem. Poza tym lekkie otarcia i stłuczenia.

– Kto go znalazł?

– Pan Kleiner.

– Kleiner? Jest tutaj?

– Tak, właśnie składa zeznania.

Komisarz Hubert Korcz znał Józefa Kleinera jak własną kieszeń. Każde wolne popołudnie spędzał w archiwum, w którym ten pracował. Zafascynowany historią Otwocka, przeniósł się na własne życzenie z Warszawy, co trudno było zrozumieć jego stołecznym przełożonym. On jednak niestrudzenie przekopywał zbiory archiwum w poszukiwaniu sobie tylko znanych informacji. Nigdy nie chciał powiedzieć, co go frapuje i męczy, dlatego też stał się miejscową atrakcją i kawalerem budzącym zainteresowanie tutejszych panien 35+.

– Co ty Józiu tak po nocach spacerujesz? – Korcz uścisnął przyjaźnie pobladłego Kleinera.

– Z psem chodzę.

– Ale o pierwszej w nocy?

– Pies piszczał…

– No dobrze. Powiedz, jak go znalazłeś.

– Sabinka bardzo piszczała… – Kleiner miał na myśli sukę, którą nazwał tak na cześć żony. – Szliśmy jak co noc, a ona tak ciągnęła, że musiałem spuścić ją ze smyczy. Pobiegła w te pędy. Jak ją dogoniłem, siedziała przy tym, no przy tym zmarłym i drapała pazurami w jego nogę.

– A czemu drapała?

– Był u mnie rano, w archiwum. Dał Sabince kabanosy, widocznie go polubiła.

– Czego szukał?

– Tego samego, co ty – powiedział Kleiner i mężczyźni zaśmiali się gromko, co oznaczało, że archiwista nie miał pojęcia, co interesowało denata.

– Mówił coś?

– No mówił, że Otwock piękny. Że odwiedza rodzinne strony. Chwalił nasze archiwum, że zbiory tak dobrze zachowane i że znalazł to, po co przyjechał.

– Sami byliście?

– I tak, i nie. Przyprowadziła go tu gospodyni, u której mieszkał, wiesz, pani Mikołajewska. Później włączył się alarm i z agencji ochrony przyjechali, żeby sprawdzić, czy wszystko dobrze. Potem przyszedł jakiś mężczyzna, zamienił z nim słowo i wyszedł, ale nie znam go. A potem to tylko Sabinka drapała go w te kolana, żeby jej kiełbasy dał.

– A słuchaj, kiedy go znalazłeś, to miał otwarte oczy?

– No miał. – Kleiner zastanowił się chwilę.

–  A jak wyglądały jego tęczówki?

– Zimne, niebieskie, jak u ryby były – Kleiner rzekł bez zastanowienia. – Jak Szwab miał ślepia.

– Dzięki, Józiu, bardzo mi pomogłeś.

Hubert Korcz odprawił świadka do domu, po czym udał się na komisariat, by przeanalizować dotychczas zebrane dowody. Alejandro Sorel zmarł w wyniku powikłań po zatruciu gazem. Miał poparzony przełyk i drogi oddechowe. Prawdopodobnie tuż przed śmiercią stracił słuch i wzrok. Nikt poza Kleinerem nie widział go na Andriollego, pod ciuchlandem, gdzie przyszło mu dopełnić żywota.

Komisarz wiedział, że w takich sprawach czas nie jest sprzymierzeńcem. Polecił zwieźć na komendę wszystkich, którzy mieli kontakt z Argentyńczykiem, po czym przesłuchał ich osoba po osobie. Przejrzał nagrania z monitoringu miejskiego, rozpytał wśród taksówkarzy i sklepikarzy, a także wśród bywalców miejskiego skweru.

To było z pewnością najdłużej trwające śledztwo w jego policyjnej karierze. Najdłużej, bo aż pięć lat, mimo że samo wyjaśnienie sprawy zajęło mu tylko kilka godzin. Wiedział, że czas spędzony w Otwocku, nie pójdzie na marne i sprawa, kładąca się na jego rodzinie jak cień, w końcu zostanie wyjaśniona. Kiedy poinformował komendanta, że wie, kto sprawił, że Sorel uśmiecha się teraz na niebiesko, ten wyśmiał go i odprawił do domu. Jednak Korcz zebrał wszystkich w pokoju konferencyjnym i usadził dookoła stołu.

– Pozwólcie państwo, że was przedstawię – zwrócił się do zebranych.  – Pani Mikołajewska, właścicielka Reytanówki – wskazał staruszkę siedzącą po lewej stronie. – Tuż obok, pan Józef Kleiner, mój serdeczny przyjaciel i główny archiwista tutejszego archiwum. – Kleiner uśmiechnął się pewnie. – Dalej mamy panią Kingę Brahm i jej kolegę pana Sebastiana Serdela, oboje pracują w agencji ochrony osób i mienia „Silna pięść”.

– Ale nie ma jeszcze tego nieznajomego z archiwum! – wtrącił Kleiner.

– Zapewniam, że się pojawi. – Spokój w głosie komisarza sprawił, że archiwistę przeszedł chłód. – Zaprosiłem tu państwa, bo zginął człowiek, który przyjechał do Otwocka w poszukiwaniu prawdy, ale spotkał go okrutny los. Zbrodnia zostanie ukarana i nie będzie to trudne, bo zabójca jest wśród nas!

Zebrani w sali konferencyjnej spojrzeli po sobie, uśmiechając się jak po słabym dowcipie. Korcz uważnie śledził ich twarze, ale żadne z nich nie okazało lęku czy podenerwowania. Nikt nie odezwał się słowem.

Po godzinie wyjaśnień sala konferencyjna opustoszała, a śledztwo zostało zamknięte. Hubert Korcz wyjął z kieszeni piersiówkę i pierwszy raz od pięciu lat upił łyk pisco, przesyłanego mu na tę właśnie okazję przez siostrę bliźniaczkę jego matki, Leticię Pardo, bajzelmamę z Rosy Varsovii. Smakowała jak nigdy przedtem.

 

Święto Kolumba, miesiąc później

Leticia Pardo siedziała na ganku Rosy Varsovii, popijając rum z kolą. Miała powód, by dać upust radości: nie była już znajdą o krwistych tęczówkach, przeklinaną przez uliczne dziwki, a najzamożniejszą niewiastą w tej części Buenos Aires. Odkąd dostała list z Polski, uśmiech tylko pogłębiał zmarszczki w kącikach jej oczu. Mimo iż Hubert nie był oszczędny w słowach, list czytywała po kilka razy dziennie:

Droga Leticio,

Misja Alejandra zakończyła się fiaskiem. Pochowaliśmy go na tutejszym cmentarzu. Zatruty amoniakiem, umierał w mękach: miał poparzone płuca, stracił władanie w kończynach, przestał widzieć i czuć, ale znalazłem sprawcę. Ojciec Twój i matki mojej, Emil Kiszka, byłby szczęśliwy wiedząc, że w końcu dowiesz się prawdy o sobie. Zabrało mi trochę czasu, by ustalić, co następuje:

Ruben Apfelbaum, uznany otwocki biegacz, do tego naciągacz i kłamca, zazdrościł dziadkowi Emilowi sukcesów w sporcie i miłości, dlatego porwał jego żonę, Helenę i wywiózł ją do Argentyny. Zabrał także jedną z jej córek bliźniaczek, czyli Ciebie. W San Telmo spłodził z Heleną syna, Lewiego, a z Ciebie uczynił przybłędę.

Ale ojciec nie zapomniał o Tobie i szukał po całym świecie. Tak trafił na organizację Cwi Migdal, znaną pod nazwą Warszawskie Towarzystwo Wzajemnej Pomocy, która wywoziła niczego nieświadome kobiety żydowskiego i polskiego pochodzenia do Argentyny, by sprzedawać je do domów publicznych. Ponieważ Ty miałaś czerwone oczy, nie spotkał Cię tragiczny los. Esterę, żonę Lewiego, także sprowadzono podstępem, ale i o niej rodzina nie zapomniała.

Kiedy dowiedziałem się o przyczynie śmierci Alejandra, początkowo sądziłem, że sprawczynią jest młoda dziewczyna, Kinga Brahm, znana w mieście miłośniczka amoniaku i militariów. Jednak szybko się okazało, że Kinga jest córką Szymona Brahma, brata rodzonego Estery Brahm i podobnie jak Ty, także ma czerwone tęczówki. Potem pomyślałem o mieszkance Otwocka, staruszce, która gościła Alejandra, ale poza wścibstwem nie mogę jej zarzucić niczego więcej. To ona myszkowała w bagażu biednego Alejandra i dała cynk archiwiście Kleinerowi o przyjeździe zagranicznego gościa. A Kleiner, cóż mogę powiedzieć? Oszukał mnie kilka razy. Tęczówka mętnieje pięć sekund po śmierci, toteż Kleiner nie mógł widzieć niebieskich oczu Alejandra, no chyba że kiedy ten umierał, Kleiner patrzył na to spokojnie, nie udzielając mu pomocy. Można powiedzieć, że jest współwinny. Ale prawdziwym zabójcą jest grubas pochłaniający góry chrupek, mężczyzna o pseudonimie Serdel. To on ogłuszył Alejandra, kiedy ten w Zofiówce czekał na spotkanie z anonimowym informatorem, a potem zaciągnął go do bagażnika. Kiedy Kinga wróciła do auta, udawał, że śpi. Potem wykradł jej fiolkę z amoniakiem i dokończył dzieła. Zapytasz, dlaczego to zrobił? Poza Kleinerem w Otwocku tajemnicy o Cwi Migdal strzeże jeszcze trzech mężczyzn. Jednym z nich jest właśnie Serdel. Nikt na niego nie stawiał i dzięki temu stał się idealnym obrońcą wielkiej tajemnicy. Członkowie organizacji bali się, że kiedy sekret wyjdzie na światło dzienne, naród żydowski okryje hańba. Przez lata próbowali tuszować swe zbrodnie.

Pozostaje jeszcze kwestia czerwonych tęczówek. Wyjaśnienie tej sprawy zajęło mi więcej czasu.

Podczas II wojny światowej Zofiówkę zajmowali Niemcy, czyniąc zeń miejsce tajnych eksperymentów. Zwozili tam kobiety i mężczyzn i pracowali nad stworzeniem tzw. rasy panów, niejednokrotnie ingerując w geny. Efektem ubocznym tych działań był między innymi „szatański” kolor oczu. Dzieci, które rodziły się z czerwonymi oczami od razu zabijano. Jednak niektóre uratowano.

Leticio, miałaś szczęście. Ruben uczynił Cię swoją spadkobierczynią.

Postaram się odwiedzić Cię w przyszłym roku.

Hasta la vista, mon cheri!

Hubert

Ps. To ja byłem tym anonimowym informatorem i człowiekiem, który spotkał się z Alejandrem w archiwum. Chciałem go poznać od momentu, kiedy po raz pierwszy wymieniliśmy maile.

 

Autor: Katja Tomczyk

Więcej o autorce tutaj:

 http://nowemysli.pl/pudelka-starej-marlowe/ i tutaj: http://nowemysli.pl/chcesz-dowiedziec-sie-ile-znaczysz-dla-bliskich-po-prostu-umrzyj-wywiad-z-katja-tomczyk/

 

 

Tags: , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *