MENU

Zapomniani bogowie – recenzja książki

Czy islam to religia przyszłości? Rozmowa o „Archipelagu islam” z jego autorami:...

26 lutego 2018 Comments (0) Views: 517 Czytam

Gondwana – dramat w jednym akcie. Lech Brywczyński

1024px-Fryxellsee_OptMOTTO:

Szczęście to suma zadowoleń, przemijające chwile, w których odczucie dorównuje spodziewaniu.                                                                                   Maria Kuncewiczowa

OSOBY:

Stefan
Jurek
Ewa
Marcin

 

 

SCENA PIERWSZA

Naukowa stacja badawcza, zagubiona wśród lodów Antarktydy. Pomieszczenie jest ciasne, każdy kąt zajmuje zimowy sprzęt turystyczny i pomoce naukowe. Przy stoliku siedzi mężczyzna w starszym wieku. Zapisuje coś w notesie, a potem przygotowuje próbkę. Umieszcza ją pod mikroskopem, ogląda.

Drzwi się otwierają, do środka wchodzi młody mężczyzna w zimowej czapce i grubej, futrzanej kurtce. W dłoniach trzyma kilka kamieni i skalnych odłamków.

 

 

Stefan: – (odsuwa się od mikroskopu, odwraca się ku wejściu) Tak szybko? Miałeś być tam dłużej. Masz coś?

Jurek: – No pewnie! (podchodzi do Stefana, kładzie swoje kamienie obok mikroskopu) Znów mi się udało! (z entuzjazmem) Niech pan tylko popatrzy, profesorze! To wszystko dzisiaj znalazłem! Obok skał, tam, gdzie zazwyczaj wylegują się słonie morskie! Dzisiaj ich nie było, więc mogłem spokojnie pobrać próbki… Skamieniałe liście, gałązki… Wyglądają jak żywe. Będzie pan miał co badać! (gładzi palcem jeden z kamieni) To drzewo rosło tu sto pięćdziesiąt milionów lat temu. Wtedy ta ziemia była jeszcze częścią ogromnego kontynentu: Gondwany… (zdejmuje czapkę i rzuca ją w kąt. rozgarnia dłonią swoją jasnowłosą czuprynę)

Stefan: – (potakując) Tak, to znane fakty. Później Gondwana podzieliła się na kilka części i tak powstała Afryka, Ameryka Południowa, Australia…

Jurek: – A przede wszystkim Antarktyda. (wskazuje na mapę Antarktydy, wiszącą na ścianie) Jak sobie pomyślę, że… Niby to umarły kontynent, zimne, białe piekło… Ziemia nieludzka i okrutna: wystarczy przejść kilkanaście kilometrów w dowolnym kierunku, a można już nigdy nie wrócić z tego spaceru… Co ja mówię ziemia! – tu nawet nie ma ziemi, tu jest tylko lód… (przytupując) Mamy teraz pod nogami jakieś dwa kilometry lodu! Ale mimo wszystko… Gdzieś pod tą skorupą jest jednak ziemia, która była kiedyś żywa, rosły tu rośliny, drzewa… Oto dowód! (pokazuje na swoje trofea) Ta lodowa pustynia coraz bardziej mi się podoba! Czuję, że byłbym w stanie zamieszkać tu na dłużej… Gdybym miał malarski talent, namalowałbym wielki obraz: oblicze tej ziemi z czasów, gdy jeszcze była żywa, jako Gondwana… Pokochałem kontynent, którego już nie ma. Dziwne, co?

Stefan: – Kiedy tak ciebie słucham, to zastanawiam się, czy ta cała historia o Gondwanie to jeszcze nauka, czy może już… mitologia? (uśmiechając się) Nie rozumiem cię, Jurek. Jak na naukowca, masz w sobie zbyt wiele sentymentalizmu. Może to kwestia wieku? Młodość zawsze szuka prawdy, jak ślepe szczenię… Prawdy albo piękna. Chociaż taki Marcin jest zupełnie inny, jest twardy. Zupełnie jakby nie był twoim bratem. On tu bardziej pasuje… (znów pochyla się nad mikroskopem) A ja tam wolę swój mikroskop. Świat mikroskopu jest sprawdzalny, możliwy do ogarnięcia rozumem.

Jurek: – Rozum? Rozum nie zawsze bywa przydatny. (staje na środku izby, gestykuluje) Nigdy nie zapomnę wizyty na tej wulkanicznej wyspie …Aitcho Island. Zastygła lawa, schodząca aż do brzegu, dalej, w oceanie, góry lodowe… To był niesamowity widok, jakaś widmowa rzeczywistość… Nie mogłem się napatrzeć tego świata. Czułem się tak, jakbym w jeden dzień przeżył trzy. Jak świeca, która się za szybko wypala – świeci bardzo jasno, przez co tym szybciej… (po chwili) Zaraz, zaraz, co to znaczy, że Marcin tu lepiej pasuje? Czy z tego wynika, że to ja będę musiał stąd wyjechać?

Stefan: – (przygotowując nową próbkę do badania) Nie, to jeszcze nic nie znaczy… Wiesz dobrze, że dzisiaj będę miał połączenie z centralą. I będę musiał podać nazwisko osoby, która już za dwa dni stąd wyjedzie. A raczej odleci.

Jurek: – Dlaczego nie może zostać tak, jak jest? Nie rozumiem. Przecież czworo pracowników naukowych to i tak za mało! Zamiast kogoś zabierać, powinni podrzucić nam więcej prowiantu…

Stefan: – O prowiancie też będę rozmawiał. (zapisuje coś w notesie) Już poprzednim razem próbowałem przekonać centralę, że nikt nie powinien wyjeżdżać, że programy badawcze… Masz rację, tak naprawdę to należałoby przysłać nam tu jeszcze kilku ludzi i rozszerzyć program o badanie zjawisk przyrodniczych na styku lodowców i morza… Ale nic nie wskórałem. Akademia nauk musi oszczędzać, zmniejszyli im dotację… Poza tym powiedzieli, że w zasadzie to jest tylko mała, prowizoryczna stacja, nie przystosowana do długotrwałej eksploatacji – im mniej osób tu pracuje, tym lepiej… Obiecali mi tylko tyle, że ta osoba za rok tu wróci.

Jurek: – Wróci albo i nie… (wzrusza ramionami) Za rok? Przez ten czas wiele się może zdarzyć… Widzę, że moje szanse są niewielkie. A tak nie chciałbym stąd wyjeżdżać! Przyzwyczaiłem się. I do tego przenikliwego wiatru, i do tego życia w izolacji… (z uśmiechem) Anglicy powiedzieliby, że to splendid isolation: do naszej stacji można dotrzeć tylko drogą powietrzną, kontakt ze światem wyłącznie za pomocą radiostacji, i to raz na kilka tygodni…

Stefan: – Nie brakuje ci cywilizacji? Telewizja, samochody, komputery…

Jurek: – Zdobyczy techniki trochę mi brakuje, fakt. Ale ceną za te zdobycze są konwenanse, normy, zakłamane obyczaje, fałszywe uśmiechy, infantylne teorie, nieuczciwe oferty… Cywilizacja to zorganizowana nieszczerość… Tak… Dlatego nie chcę płacić tak wygórowanej ceny. Wolę być tutaj. Tu jest zupełnie inny świat. (śmiejąc się) To jedyne miejsce na globie, gdzie można schronić się przed cywilizacją. Nie ma tu ogrodników, nie ma murarzy. Tu człowiek nie zostawia śladów po sobie. Wszystko, co by zbudował, byłoby tylko zamkiem na lodzie, wielką prowizorką. W Europie też tak jest, ale tutaj widać to wyraźniej, bez złudzeń. Tam domy zawalają się po stu latach, a tutaj nie da się ich w ogóle postawić. Można co najwyżej mieszkać w kontenerze, takim jak ten… (zdejmuje kurtkę i wiesza ją na haku. rozgląda się za swoją czapką, odnajduje ją wzrokiem, idzie po nią, chowa do rękawa kurtki)

Stefan: – Chyba lepiej, że dwaj wrogowie fałszywie uśmiechną się do siebie, niż mieliby skoczyć sobie do gardła? Cywilizacja to mniej przemocy.

Jurek: – Lepiej? Nie byłbym taki pewny. Przemoc istnieje, tyle, że jest zakamuflowana, a w dodatku skażona fałszem. Dyrektor hipermarketu uśmiecha się do wszystkich wokół i z tym uśmiechem na ustach wykańcza okoliczne sklepiki… (przeciąga się, ziewa) Czy lepiej być lwem, czy lisem? Ja wolę być lwem, nawet jeśli inny, większy lew miałby mnie zagryźć… (ziewa raz jeszcze) Tak czy owak wydaje mi się, że człowiek jest nieudanym eksperymentem naukowym… (śmiejąc się) Chyba stworzę nową teorię: człowiek jako kosmiczny niewypał! Pytanie tylko, kto był eksperymentatorem, tym szalonym naukowcem i czy czasem nie należy go ukarać za takie partactwo…

Stefan: – Ty to masz gadkę, Jurek! Powinieneś zostać politykiem, minąłeś się z powołaniem… (z dobrotliwym uśmiechem) Gdyby wszyscy myśleli tak, jak ty, żadna cywilizacja nigdy by nie powstała… Jesteś rozchwiany, chaotyczny, działasz bez planu, impulsywnie… Ale masz fantazję i wyobraźnię, to cię ratuje… Dzięki temu jesteś całkiem niezłym naukowcem, osiągasz przyzwoite rezultaty. (po chwili) Ty masz swoje kopalne rośliny, Marcin i Ewa badają środowisko, w jakim żyją pingwiny… Z naukowego punktu widzenia wasze programy badawcze są jednakowo cenne… Stoi przede mną trudny wybór. I wcale jeszcze nie zdecydowałem, którego z was odeślę…

Jurek: – Którego? To oznacza, że Ewa na pewno zostanie! Tak przypuszczałem.

Stefan: – (żartobliwie) Zastanawiam się, czy to akurat względy naukowe skłaniają ciebie i Marcina do pozostawania tutaj. Czy czasem nie chodzi wam przede wszystkim o Ewę…

Jurek: – (zakłopotany) Dobre pytanie… Chyba odpowiedź jest zbędna. Zresztą, w tej sprawie też jestem na straconej pozycji… Jak zwykle. (z sarkazmem) Od urodzenia żyję w cieniu starszego brata, zawsze jestem ten drugi, ten słabszy, ten mniej ważny… W szkole, na studiach, w instytucie, teraz tutaj… Wszędzie ta sama śpiewka: ty jesteś bratem Marcina, więc staraj się, chłopie, żeby mu dorównać, nie przynieś wstydu rodzinie… Mam tego serdecznie dość. (podchodzi do  półki, bierze stamtąd notes, a potem kładzie go na małej szafeczce, stojącej w rogu. przysuwa sobie stołek, siada) Lepiej zajmę się wypełnianiem swojego dziennika badawczego… (otwiera notes, zaczyna pisać)

 

 

SCENA DRUGA

Drzwi się otwierają, do pomieszczenia wbiega Ewa. Ma długie, jasne włosy i zarumienione od mrozu policzki. W dłoniach trzyma niewielki pojemnik.

 

 

Ewa: – (rozradowana) Profesorze, mam dla pana coś ciekawego. W tym pojemniku są skoczogonki, ukryte w muszli. Znaleźliśmy je z Marcinem w zatoczce, niedaleko naszej kolonii pingwinów. To jedne z nielicznych owadów, jakie żyją na Antarktydzie. Warto sprawdzić, które gatunki bakterii są obecne na ich ciałach.

Stefan: – Masz rację. Jeszcze dzisiaj się tym zajmę. Postaw pojemnik na stoliku. Pamiętasz, że zaraz musimy iść? (otwiera swój dziennik, notuje)

Ewa: – Tak, tak, pamiętam. Chodzi o te próbki. (stawia pojemnik we wskazanym miejscu, a potem siada na stołku. Jurek staje za nią i zasłania dłońmi jej oczy)

Jurek: – A mnie to lodowa księżniczka nie zauważa? Ładnie to tak?

Ewa: – Ładnie. Odczep się. Lepiej się zajmij swoimi kamieniami. Przynosisz je tu codziennie, sama nie wiem po co.

Jurek: – (siada na podłodze, naprzeciwko niej) A pewnie, że się zajmę. Mam czym. Te wasze pchełki są niczym wobec moich epokowych odkryć.

Ewa: – Znalazł się odkrywca. Odkrywasz to, o czym wszyscy i tak dawno wiedzą! Że była sobie Gondwana, że rosły tu drzewa… Też mi coś!

Jurek: – Tak, tak, pewnie. Gdyby to Marcin się tym zajmował, twoje zdanie na temat tych kamieni byłoby zupełnie inne…

Ewa: – (wzdychając ciężko) Ten znowu swoje. O czym by nie gadać, on i tak sprowadzi rozmowę do Marcina. Dlaczego się tak nie lubicie?

Jurek: – (z ironią) Czy to źle, że myślę o swoim bracie? Trzeba myśleć o rodzinie…

Ewa:- Dobre sobie! Wiem, że o nim myślisz. Ale jak! Takie myślenie może zabić…

Jurek: – Daj spokój, tak źle ze mną nie jest… Zresztą, jak tylko pomyślę o nim, to zaraz potem, tak dla równowagi , myślę o tobie… Nie chciałbym się powtarzać, ale powiem to raz jeszcze: kocham cię…

Ewa: – Za co ty mnie tak kochasz? Czy nie widzisz, że… Że nie masz szans?

Jurek: – Za co? Nie kocha się za coś, ale pomimo! Jeśli kocha się kogoś za coś, to w rzeczywistości kocha się to coś, a nie kogoś…

Ewa: – (kręcąc przecząco głową) Nic nie rozumiem. I do not understand. Twoje wywody są jak dla mnie zbyt naukowe. Żeby to pojąć, musiałabym zjeść rybę. Bez fosforu nie ma myśli. Chemizm myślenia, rozumiesz… W rybach jest dużo fosforu.

Jurek: – To się bardzo dobrze składa, bo jeszcze dzisiaj wybieram się na połów.

Ewa: – (żartobliwie) Połów! Tak to nazywasz? Ostatnio wróciłeś z niczym, a Marcin…

Jurek: – Marcin… Głodnemu chleb na myśli. Jak zwykle mnie nie doceniasz, a to błąd. Na pewno coś złowię. Mam takie specjalne miejsce…

Stefan kończy pisanie,  zamyka notes, wstaje.

Ewa: – My z profesorem zaraz wychodzimy, więc lepiej nie oddalaj się od stacji…

Jurek: – (śmiejąc się) Zabawna jesteś. Czego się boisz? Nikt cię tu nie okradnie, na Antarktydzie nie ma złodziei!

Ewa: – Wystarczy mi, że ty tu jesteś. (wstaje) Godnie zastępujesz wszystkie szumowiny innych kontynentów. (pomaga Stefanowi w ubieraniu kurtki. ogląda się na Jurka) Ty, mądralo, zamiast łowić ryby, lepiej odgarnij śnieg sprzed wejścia. Trudno się dostać do naszego kontenera, jest do połowy zasypany!

Jurek: – Do połowy? Nie przesadzaj! Ale dobrze, dobrze, odgarnę. Wezmę jakąś szuflę z przedpokoju, a może i kilof…

 

 

Jurek wstaje i ubiera się pośpiesznie. Podchodzi do drzwi, a potem otwiera je z ostentacyjnym, dwornym ukłonem w chwili, gdy wychodzi Ewa. Za Ewą wychodzi Stefan, a jako ostatni Jurek, który starannie zamyka drzwi za sobą.

 

 

SCENA TRZECIA

Jurek siedzi na swoim stołku, notując w skupieniu. Po dłuższej chwili drzwi się otwierają i do wnętrza wchodzi postawny, czarnowłosy młodzieniec.

 

 

Marcin: – (zdejmując kurtkę) Kto tak ładnie odgarnął śnieg sprzed wejścia? Tylko mi nie mów, że ty to zrobiłeś… (wiesza kurtkę na haku)

Jurek: – Sam sobie odpowiedziałeś – to ja! Jak się miewają pingwiny? (odkłada długopis)

Marcin: – Wolę towarzystwo pingwinów, niż twoje. (po namyśle) Coraz bardziej lubię pingwiny… W kraju te zwierzaki byłyby dla mnie tylko przedmiotem badań, ale tu, na tym odludziu… (siada na najbliższym stołku) Są kimś bliskim, są istotami, które coraz lepiej rozumiem i czuję tak, jak one… Dobrze, że mamy teraz polarne lato: mróz jest mniejszy, mogę je dłużej obserwować…

Jurek: – To jest chore. Chyba rzeczywiście źle z tobą. Teraz już nie mam wątpliwości, że to ty powinieneś wyjechać…

Marcin: – Skoro o tym mowa – jaką decyzję podjął profesor? Mówił coś?

Jurek: – Nie wiem. Albo jeszcze się nie zdecydował, albo …nie chce sprawiać przykrości jednemu z nas.

Marcin: – Czyli tobie. Powiem ci, jak jest: profesor już dawno temu postanowił, że to ty wyjedziesz, ale udaje, że się zastanawia do ostatniej chwili, żeby ci było przyjemniej. Tak przypuszczam.

Jurek: – Znalazł się psycholog. Zawsze pewny swego, zawsze numer jeden. A może raz stawiłbyś mi czoła, zamiast ogrywać mnie w przedbiegach, tak jak zawsze?

Marcin: – Co ty tu chrzanisz, chłopie? Zawsze gram w otwarte karty, a jeśli z tobą wygrywam, to zasłużenie. Nie boję się rywalizacji. Każdemu mogę stawić czoła, zawsze i wszędzie, a tobie to już najłatwiej.

Jurek: – Zawsze? To staw mi czoła teraz! (wstaje) Wyzywam cię na pojedynek! O Ewę. Stań do walki!

Marcin: – (zaskoczony) Pojedynek? Też wymyślił. Nie te czasy! Naczytałeś się starych książek…

Jurek: – Co, boisz się?

Marcin: – Żartujesz!

Jurek: – To stańmy do walki, jak mężczyźni. Ten, kto przegra nasz pojedynek, sam zgłosi się potem do profesora i powie mu, że rezygnuje z pobytu, że chce wracać do kraju. Z powodów, powiedzmy …osobistych. Umowa stoi?

Marcin: – W porządku. Zgadzam się. To uczciwe warunki. Ten, kto wygra, zostanie tutaj. Z Ewą. (wstaje, podchodzi do Jurka, podaje mu dłoń) Musimy tylko ustalić reguły tego pojedynku. Ja wybieram miejsce walki – zatoczka. A ty wybierz broń, której będziemy używać.

Jurek: – A jaki tu jest wybór? Będziemy walczyć na pięści. W kożuchu można się tylko boksować. Damy sobie po gębach, to będzie nam lżej. I będzie wiadomo, kto wyjedzie. Przegrywa ten, kto się pierwszy przewróci.

Marcin: – Zgoda. Walka nie powinna trwać długo, szkoda kalorii… (po namyśle) Nie boisz się? Możesz nieźle oberwać…

Jurek: – Przecież wiem, że jestem słabszy. I co z tego? Mam się bać? Mogę tylko zyskać. Odważny umiera tylko raz, tchórzliwy wiele razy, prawda?

Marcin: – Mylisz się. Każdy umiera tylko raz. No to idziemy. Załatwmy to szybko, żeby nasz profesor się nie zorientował.

Jurek: – Ani Ewa. Przede wszystkim ona. Oboje poszli po próbki. O ile znam profesora, to pierwszy wróci do stacji, a ona na pewno pójdzie jeszcze do zatoczki, odwiedzić pingwiny. Wtedy jej o wszystkim powiemy.

 

 

Obaj ubierają się szybko, a potem wychodzą.

 

 

SCENA CZWARTA

Stefan siedzi przy mikroskopie, wertując swoje notatki. Po chwili odkłada dziennik i umieszcza pod mikroskopem kolejną próbkę.

Drzwi otwierają się gwałtownie i do pokoju wbiega Ewa. Jest wzburzona i zdyszana, oddycha ciężko.

 

 

Stefan:(odwracając się ku drzwiom) Niepotrzebnie się spieszyłaś. Jeszcze nie podjąłem decyzji…

Ewa:Profesorze! Tragedia! Jurek!

Stefan:(wstając) Co się stało?

Ewa:Szybko! Niech pan idzie ze mną! Jurek miał wypadek! Jest ranny! Próbowaliśmy z Marcinem go ocucić, ale jest nieprzytomny… Niech pan się szybko ubiera i idzie ze mną. Trzeba go ratować! Może panu się uda!

Stefan:Zaraz, zaraz! Już idę, idę… (sięga po kurtkę, Ewa pomaga mu się ubrać) Czy wzięłaś apteczkę?

Ewa:Tak, postawiłam ją za drzwiami, obok wyjścia. Zaraz wezmę.

Stefan:Mówiłaś o wypadku… Jaki wypadek? (wychodzi szybkim krokiem)

Ewa:To przez ten ich głupi pojedynek. Pobili się o mnie… Opowiem wszystko po drodze. (wybiega za Stefanem, zatrzaskując za sobą drzwi)

 

 

SCENA PIĄTA

Stefan i Ewa siedzą obok siebie, milcząc. Ewa ociera dłońmi łzy, Stefan drżącymi rękami otwiera buteleczkę, wlewa kilka kropel lekarstwa do kubka z herbatą. Pije powoli, a potem odstawia kubek.

 

 

Ewa:(z rozpaczą) Jurek nie żyje…

Stefan:(powtarza głucho) Jurek nie żyje…

Ewa:I co my teraz zrobimy? Co pan zamierza, profesorze?

Stefan:Ja? Tak, wiem, wiem. Ja… Wszystko spada teraz na mnie. Co z Marcinem?

Ewa:Jest załamany. Czuje się za to wszystko odpowiedzialny. Zupełnie nie umie sobie z tym wszystkim poradzić… Chociaż to przecież nie jego wina! Bili się, Jurek oberwał w szczękę i zachwiał się, potknął, a potem upadł, uderzając głową o bryłę lodu… Dużo tam trzeba, żeby pobić takiego cherlaka jak Jurek? Marcin mówi, że starał się lekko uderzyć, żeby nie zrobić mu krzywdy… A tu masz… Kto to mógł przewidzieć! Przecież nikt tego nie chciał! To przypadek! Pech! (ocierając dłonią oczy) Marcin siedzi teraz nad zatoką… Powiedział mi, że przyjdzie tu dopiero wtedy, kiedy będzie po wszystkim… To znaczy po tym, jak pan połączy się z centralą i zda meldunek…

Stefan:(spoglądając na zegarek) Rzeczywiście. Zaraz mamy łączenie. Będę musiał o wszystkim opowiedzieć. Opowiedzieć, co się stało, całą prawdę… Tak, jak było…

Ewa:(błagalnie) Nie! Nie! (tuli się do Stefana, jak do ojca) Ja już to wszystko przemyślałam. Po co mówić o tym ich pojedynku – to była dziecinada! (gorączkowo) A jeżeli oddamy ciało, to biegli od razu poznają, że była jakaś bijatyka. Dlatego najlepiej powiedzieć, że Jurek… poszedł gdzieś, przepadł wśród lodów… Że był ostatnio załamany, dlatego wyglądać to może na samobójstwo… Możemy powiedzieć, że go szukaliśmy, ale nie udało się… Oni to kupią, przecież tutaj policja nie przyjedzie, żeby go szukać…  A my tymczasem go tu pochowamy, gdzieś w oddalonym miejscu… Wykuje się w lodzie głęboki grób, potem przysypie śniegiem… Nikt nigdy nie znajdzie ciała… (klęka przed Stefanem i mocno chwyta jego dłonie) I tak zostaniemy tu sobie we trójkę. Po co niszczyć życie mi i Marcinowi? Dość już nam obojgu tego, co się stało… Przecież to z mojego powodu… Gdyby sprawa wyszła na jaw, to nas wszystkich by stąd zabrali, jeszcze by nam opinię szargali, pewnie by włóczyli po sądach… A Jurkowi nic już nie pomoże… My i tak będziemy o nim pamiętać… Mamy to wszystko w sumieniach… To wystarczający ciężar… (oddycha ciężko) Marcinowi jeszcze o tym nie mówiłam, ale na pewno się zgodzi… Dobrze? Profesorze! Profesorze! Dobrze?

Stefan:(wstaje, odchodzi na środek izbyWstań, wstań… Dziecko kochane, wiem, że to nie jest niczyja wina. Ani twoja, ani Marcina. To był wypadek. (po chwili, nieswoim głosem) Gdyby to wszystko się nie stało, odesłałbym Jurka do domu. Tak czy owak pozostalibyśmy tu we trójkę. To śmieszne. (śmieje się)

Ewa:(wstając) Profesorze… Czy dobrze się pan czuje?

Stefan:(sam do siebie, w zamyśleniu) Kiedyś, przed laty… Chodziłem wtedy do podstawówki. Pewnego dnia ktoś, podczas długiej przerwy, napisał na tablicy „coś brzydkiego”. To były jakieś obelgi pod adresem naszej wychowawczyni, nie pamiętam już, co… Nauczycielka pogniewała się na klasę, sprowadziła dyrektorkę szkoły i zaczęło się dochodzenie… Jeden z podejrzanych, broniąc się, wskazał na mnie, jako na tego, który to napisał. A ja przecież o niczym nie wiedziałem, bo w czasie tej przerwy zaszyłem się w przyszkolnym ogródku, żeby tam czytać „Siódme wtajemniczenie”, pamiętam do dziś… W tamtych latach pochłaniałem książki Niziurskiego, jedną po drugiej… (wzdycha ciężko) Ale moje tłumaczenia nic nie pomogły, nie miałem przecież świadków! Dyrektorka uznała mnie za winnego, obniżono mi sprawowanie. Od tej pory straciłem wiarę w sprawiedliwość, przynajmniej w tę ludzką… Głowa mnie boli… (przez dłuższą chwilę pociera dłońmi czoło i skronie) Zresztą… Co człowiek wie, co może? Jest tylko igraszką złych fortun, na które nie ma wpływu… A mimo to – nie wiedzieć czemu – ma sumienie, które go gryzie, jak by nie postąpił… Jest karany, choć nie ponosi winy… (chwiejnie daje dwa kroki przed siebie i zatrzymuje się)

Ewa:(z niepokojem) Co panu jest? Profesorze…

Stefan:(nieobecnym tonem) Kto wie, może Jurek miał rację… Może ten kontynent to coś więcej, niż ziemia, przywalona lodowym pancerzem… Może kiedyś Antarktyda znów przydryfuje w cieplejsze strony, lód stopnieje, odrodzi się Gondwana… I ta ziemia okaże się jedynym miejscem na globie, nadającym się do życia, bo resztę kontynentów zaleje potop…  A Jurek… Chociaż przeminie, będzie… Stanie się opiekuńczym duchem tej ziemi… (chwieje się) Ziemia, w której są groby, nie umiera nigdy… A śmierć z ręki brata bywa początkiem nowego życia. Romulus i Remus, Kain i Abel… (chwieje się znowu, podchodzi do krzesła, opiera się o nie)

Ewa:Co panu… Pan jest chyba chory… Może to ja powinnam…

Stefan:Chory? Nie, jestem tylko stary… (wzdryga się, spogląda na Ewę) Jeszcze tu jesteś? Idź już. Idź po Marcina, bo tam zamarznie… A ja tymczasem się połączę… (pociera dłońmi oczy)

Ewa:Ale…

Stefan:(przerywając jej stanowczo) Nic mi nie jest. To była chwilowa słabość, przemęczenie… Chcę zostać sam. Jak wrócicie, to i tak się dowiecie, co powiedziałem centrali…

 

 

Ewa kiwa potakująco głową, powoli się ubiera i wychodzi, zamykając za sobą drzwi.

 

 

Stefan stoi przez chwilę  w zamyśleniu. Potem przechadza się, przygładza dłonią włosy. W końcu siada przy radiostacji. Spogląda na zegarek, a w końcu włącza radiostację, ustawia częstotliwość, zakłada słuchawki.

Stefan:Halo! Halo! Tu Gond… Tu stacja! Tu stacja! Tu Antarktyda! Czy mnie słychać? Halo!

 

 

Z zewnątrz dobiega coraz głośniejsze wycie polarnego wiatru.

 

 

KURTYNA

 

Autor: Lech Brywczyński

 

 

Tags:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *