MENU
fot. z archiwum autora

Jeszcze w zielone gramy – poezja Ewy Pilipczuk

kasia-kavi-kozlowska-foto5

Delikatny zawrót głowy – poezja Katarzyny Victorii Kozłowskiej

28 listopada 2016 Comments (0) Views: 746 Czytam, Opowiadania

Eksperyment – opowiadanie Katji Tomczyk.

pxPrzeprowadzimy eksperyment, dobrze? Zasuń zasłony. Zgaś światło. Stań tyłem do okna. Zamknij oczy. Jest wystarczająco ciemno? Znakomicie. Teraz wyobraź sobie czarno – biały świat, najwyżej z kilkoma odcieniami szarości. Nie ma tu miejsca na kolory. Jeśli jednak w którymś momencie pojawi się barwa, pamiętaj, to tylko błąd systemu, wybryk natury, niefrasobliwość autora. Zupełnie nie zwracaj na nią uwagi. O ile możesz, pomiń ją, najlepiej zastępując bielą lub czernią, szarością w ostateczności. Szarość będzie jeszcze potrzebna.

 

Ten świat jest prosty, zamyka się w przestrzeni mieszkania na pierwszym piętrze. Zabrakło w nim słońca i nikt do dziś nie zwrócił uwagi na fakt, że żarówki się poprzepalały. Może nie były potrzebne? Kto wie.

 

Każdy świat do kogoś należy. Nad tym konkretnym panuje caryca, choć to nie osiemnastowieczna Rosja. Katarzyna wydaje się młoda, ale istnieje prawdopodobieństwo, że mogę się mylić, w końcu jest ciemno. Porusza się szybko i zwinnie, bez problemu podnosi z podłogi szpulkę nici. Włosy musi mieć czarne, na bank, jasne z pewnością zlałyby się z szarym tłem. Nie potrafię odczytać rysów twarzy, ale wolałbym, żeby była ładna. Nie lubię brzydkich kobiet. Ach, zupełnie zapomniałem, powinienem uczynić to na początku, już w pierwszym zdaniu, więc wybacz, poprawiam się: pamiętaj, cokolwiek się wydarzy, ta historia skończy się dobrze. Jeśli jednak coś wymknie się spod kontroli, zauważysz anomalię etc., szturchnij mnie w bok, szepnij na ucho, będę wdzięczny, przestawię wagonik na odpowiedni tor.

 

Proszę, nie otwieraj oczu, na razie nie warto. Wiem, że trudno czytać w ciemności i to jeszcze z zamkniętymi oczami, ale umówmy się, że tak można. W końcu to eksperyment. Zająłem już prawie stronę, niedobrze, a mam jeszcze kilka kwestii do poruszenia. A więc po pierwsze: w tym świecie pojawi się elektryk. Nie wiem jak będzie wyglądał, bo w ogłoszeniu nie było zdjęcia. Ale wygląd to sprawa drugorzędna, przecież jest ciemno. Elektryk przyniesie ze sobą dużą, skórzaną, mocno podniszczoną torbę, pełną narzędzi, kabelków i śrubokrętów. I żarówek oczywiście, po to go zamówiłem. Jest drogi, ale mam pewność, że się opłaci.

 

Po drugie (to bardzo istotne): musisz wiedzieć, że w tym świecie nie ma bram, granic i przejść dla pieszych. Caryca nakazała wyburzyć wszystkie ściany. Pięćdziesiąt metrów wolnej przestrzeni. Trzy okna, w tym jedno balkonowe. Świeże powietrze za oknem i bąki na kwiatach lądujące, pachnie latem i surfiniami, ale to za oknem, miej na uwadze. Hmm, myślę, że tu dobrze byłoby dać zbliżenie na balkon, na dworze mógłby pokręcić się chłopiec z żółtym balonikiem. Przepraszam, z balonikiem.

 

Po trzecie, nie należy się dziwić. Nikomu i niczemu. To podstawa powodzenia eksperymentu.

 

W ciemnościach nie wszystko można dostrzec, a zależy mi, żebyś miał przynajmniej jako takie pojęcie o topografii terenu, stolicy, ustroju politycznym i tym podobnych. Pomogę ci trochę, żebyś lepiej zrozumiał tę przestrzeń. Królestwo, po pierwszej i ostatniej wojnie z Jakubem Wspaniałym i Pięknym, dotknęła klęska, swoisty nieurodzaj mebli i sprzętów. Zabrał wszystko, przepraszam, nie on zabrał. Wysłał kuriera. Kurier zabrał. Mahoniowe krzesła z welurową tapicerką w kolorze zgniłej zieleni, dębowy kredens ze zdobieniami w kształcie leśnych nimf, wyposażenie kuchni (miał bzika na punkcie elektroniki!),  to wielkie łoże po babce (choć trudno było je wynieść) też zabrał. Płyty, sztućce, kamizelki i krawaty, wszystko. Nawet flakonik z odrobiną perfum, który normalnie wylądowałby w koszu na śmieci, wszystko. Nawet światło.

 

Wiem, nie wspomniałem o stole. Dobrze, stół został. To centralny punkt świata. Znajduje się w miejscu, gdzie kiedyś było najjaśniej, najcieplej, najlepiej. O kryształowym żyrandolu przypomina wystający z sufitu czarny, zakręcony ogonek szarej myszki. Tylko co myszka robi pod sufitem? Ciekawe. Hmm, już wiem! Pewnie chowa się przed kotem, tym łotrem z drzwi. Oj, ty jeszcze o kocie nic nie wiesz. No trudno. Stało się, będzie jeszcze kot, ale w tej historii nie odgrywa znaczącej roli.

Krzesła przyniosła matka, ale tylko dwa, w dodatku twarde i mało eleganckie. Czarne. Nie będę kłamał, zupełnie nie pasują do stołu, jednak Carycy to nie przeszkadza. Po lewej stronie, w rogu, zobaczysz burgundową narożną kanapę, całkiem przyjemną w dotyku, przyznam uczciwie. I piękne kotary, ciężkie jak cholera, cudowne! To chyba tyle. Nie będę przynudzał, na razie wystarczy.

 

Za chwilę dwudziesta. To dobra godzina na romans. Elektryk wysiada właśnie z samochodu. Trzeba będzie odkręcić hydrant albo alarmy w samochodach włączyć, sąsiedzi nie mogą zobaczyć ich razem. To przecież zwykły elektryk.

W zasadzie to tyle. Stanę z boku, postaram się więcej nie wtrącać. Eksperyment czas zacząć. Zostawiam was samych. Miłej zabawy!

 

Aha, byłbym zapomniał, oczy otworzysz na hasło „kamfora”.

 

Schody. Kamienne, nakrapiane ciemniejszymi plamkami, gdzieniegdzie wyszczerbione, zwykłe i proste, pospolite. Jak w bloku, w którym mieszka jego matka. Ale to nie jest blok matki. Bliźniacza konstrukcja, ten sam rok budowy, osiedle obok. Mniej szare niż Spokojny Pawilon, ale jeszcze nie jasne. Pośrednie. To dobre określenie.

Zasadniczo o tej porze już dawno powinien być w domu. Kolacja stygnie, Zawisza śpi od godziny, zniecierpliwiona i wyposzczona Anja czeka w kuchni, ustrojona w uprzęż. Nie chce mu się wracać, jest zmęczony. Nie, nie pracą. Żoną jest zmęczony, seksoholiczką. Ma dość. Przed ślubem wiedział, że zakwasy to tylko w udach, bicepsach, na brzuchu i plecach. Od dwóch lat jest jednym wielkim zakwasem, ogórki mogą kisić się w jego cieniu. Nie ma czasu na odpoczynek. Notorycznie boli go głowa, okłady z sody nie pomagają na poobijane plecy, a kreski po paznokciach nie chcą się już goić. Ma dość. Dlatego bierze dodatkowe zlecenia, praca chroni przed ekspansją wygłodniałego monstrum.

Pierwsze piętro. Na drzwiach, zamiast wizjera, kot Filemon puszcza oko. Drzwi czarne, czerń uderza w źrenice. Nigdy nie widział takich drzwi. Dzwonek. Miauczenie. Ciekawe kto go montował? Czeka chwilę. Nie słyszy kroków, ale czuje obecność za drzwiami.

– Proszę – kobiecy głos zachęca do wejścia.

W pomieszczeniu panuje ciemność, choć dopiero zmierzcha. To wina zasłon. Rozciągnięte na całej długości ściany, szczelnie chronią przed zbłąkanymi promieniami. Elektryk wchodzi do środka z klatki schodowej pełnej woni mieszkańców, zapachu psa, a tu nic. Zaciąga się dyskretnie. I znowu nic.

– Alergia – wyjaśnia kobieta i gestem dłoni zaprasza w głąb mieszkania.- Buty mogą zostać – uprzedza, a przecież jeszcze się nie schylił.

Jedyne, co przychodzi mu w tej chwili do głowy to fakt, że nieciekawie czuje się w tej ciemności i chciałby już sobie pójść. Niestety nie może, zapłacili z góry.

– Mogę odsłonić? – pyta, wskazując na miejsce, gdzie prawdopodobnie jest okno.– Zapomniał pan narzędzi.

– Nie, mam wszystko, co trzeba – klepie się po kieszeniach, z jednej wyjmuje śrubokręt.

– Będzie się czym bronić? – pytanie w ustach kobiety, mimo uśmiechu, nie brzmi żartobliwie, raczej złowieszczo.

Kobieta robi krok w jego stronę, kładzie rękę na ramieniu i, niemal dotykając policzka, szepcze do ucha: Zaraz odsłonię.

Elektryk zastyga w bezruchu, zatrzymuje oddech. Kobiecie najwyraźniej sprawia to przyjemność, bo odchodząc, bez pytania muska jego szyję ustami w poszukiwaniu kropli potu. Elektryk wzdryga się na myśl, że jest z nią sam na sam, nieznacznie się cofa. Już ten kot na drzwiach powinien go odstraszyć. Nigdy nie lubił sierściuchów, śmierdzieli!

Zasłony ciężko ustępują, do pokoju wpada światło. Niewiele, ale akurat tyle, by mógł ustalić rozmieszczenie mebli i ewentualnie najszybszą drogę ucieczki.

– Usunęłam tylko trzy ściany – kobieta znów uprzedza pytanie. – Nie lubię ograniczeń – dodaje zniżając głos.

– Ciekawa koncepcja, nie przeszkadza pani brak intymności?

– Przeszkadza. Lubię intymność. – Jej spojrzenie mówi aż nadto, następnym razem ugryzie się w język.

Kobieta siada w fotelu, którego koloru nie sposób określić, być może to grafit przechodzący w zimną stal, elektryk nie wie, nie zna się na kolorach. Kobieta milczy. Nie proponuje, by się rozgościł, nie częstuje herbatą, nie wskazuje miejsca awarii. Zamknęła rozmowę, a może tylko zawiesiła, coś na zasadzie połączenia oczekującego? Trudno powiedzieć. Obserwuje. Z uśmiechem Mony Lisy. Czeka. Niezręczność sytuacji, wspomnienie ust na zimnym karku, nadchodzący zmierzch, Anja wylewająca zupę do zlewu, samochód pozostawiony na miejscu dla inwalidy, Anja zrzucająca uprzęż, kobieta w fotelu, cisza dudniąca w bębenki jak dobosz zuch, Anja dzwoniąca do Wita, milcząca kobieta w turkusowej sukience, Anja uprzęż zakładająca, taksówka i Wito, Zawisza za ścianą, kobieta bez zapachu w domu bez ścian…Nie! Dość ciszy! Jedyne, co przychodzi mu na myśl, to…

– To co robimy? – właśnie w momencie, kiedy zamyka zdanie pytajnikiem, dochodzi do niego, że palnął coś idiotycznego, ale wycofać się nie przystoi.

Zimny pot oblewa plecy elektryka. Gdyby właśnie teraz chciała go spróbować, polizać ciepłym językiem, poznałaby jego smak, ale siedzi niewzruszona, jakby nie usłyszała pytania.

– Słyszałam, ale po pana minie wnioskuję, że nie chce pan poznać moich zamiarów. Czy tak?

– Gdzie jest usterka? Nie wiem, ile czasu zajmie naprawa, a noc nadchodzi, więc… –  jeszcze próbuje być uprzejmy.

– …więc co? Zapłacę za nadgodziny.

– Nie w tym rzecz. Jak pani potrzebuje faceta, mam kole… – nadal uprzejmy.

– Ja też mam, ale to pan jest dziś u mnie, nie kolega.

– Mam naprawiać czy nie?! Bo inaczej wychodzę! – Tego za wiele, co ona sobie wyobraża?!

– Ale spokojnie, tak, naprawiać. Potrzebuję światła – kobieta milknie, wsłuchuje się w ciszę, po chwili, zamyślona i skupiona, mówi z naciskiem –  Zapłacę potrójnie, ale pod jednym warunkiem.

– Nie jestem kurwą! Co sobie myślisz, za dużo telewizji i… –  elektryk ma tego dość, chce wyjść, robi zamaszysty krok w stronę drzwi.

– Ale tu nie ma telewizji – przerywa rozbawiona – proszę poczekać. Nie  mam zamiaru pana nękać, naprawdę. Potrzebuję światła, sam pan widzi – wskazuje sufit. – Pan  naprawia i o nic się nie martwi, zgoda? – Mężczyzna się waha, może kalkuluje, szacuje ryzyko, oblicza bilans zysków i strat? Może. Caryca nie ma pojęcia. Gorączkowo zastanawia się, co robić. Zupełnie bez związku i w akcie desperacji,  rzuca z udawanym entuzjazmem – To taki eksperyment, naukowy, dla behawiorystów.

– A, dla behawiorystów – z wyraźną ulgą powtarza elektryk, jakby to zmieniało postać rzeczy. – Dobrze, ale potrójna stawka i bez głupich żartów – grozi śrubokrętem. – Potrzebuję latarki, bo ciemno, mało co widzę.

Kobieta wstaje z fotela. Wygładza fałdki sukienki, bierze głęboki oddech. Robi niepewny krok w stronę komody stojącej przy oknie. Otwiera szufladę w poszukiwaniu latarki. Szpera, przekłada, podnosi, a po chwili…Dziwne, ale wydaje się mówić do zasłony. Co konkretnie? Elektryk nie słyszy, nadal tkwi w miejscu, w którym go zostawiła.

– Nie uda się – szepcze na granicy słyszalności Katarzyna.

– Będzie dobrze, rozbierz się.

– Nie mam już siły. Mówiłeś, że pójdzie jak z płatka. Co to za palanta znalazłeś?! A może to pedał???

– Nie pedał, rozbierz się i będzie dobrze.

– Ale stawka potrójna – pewna swego cedzi przez zęby tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Mówiła coś pani? – włącza się do rozmowy elektryk zaniepokojony, że na wariatkę trafił, a zasłona porusza się jak w filmach grozy, gdy morderca stoi tuż za nią. Ale przecież są sami. To tylko eksperyment. Behawiorystyczny.

– Latarka, proszę – kobieta odwraca się w jego stronę, wyciąga przed siebie rękę, ale nie rusza się z miejsca.

Elektryk, choć niejedno już przeżył, jest słusznej postury, lata na twarzy jak tatuaż wypisane, elektryk znowu się waha. Waha się, bo się boi. Czego? Czy raczej kogo? Samotnej kobiety sięgającej najwyżej ramienia? Tak drobnej, że wiatr mocniejszym podmuchem mógłby ją zamieść w najdalszy kąt parku? Tak bezbronnej jak tylko potrafią być kobiety w ciemnym zaułku w obliczu zbiorowego gwałtu? Brednie. Nie jest bezbronna. To przecież jego nogi wrosły w podłogę, suche wargi drżą w poruszeniu, a serce kołacze aż wstyd słuchać. Adrenalina. Jak dobrze. Cztery zdecydowane kroki w przód i jest przy niej. Stoi z nią oko w oko, oddech w oddech. (Księżyc! Prosimy księżyc!). Księżyc, jak oświetleniowiec w teatrze, właśnie w tej chwili, na zawołanie, wymierza iskrzącą wiązkę prosto w kobietę. Dopiero teraz elektryk dobrze ją widzi. W okazałości. W krasie całej. Jest piękna. Wielkie, czarne oczy na tle śnieżnobiałej twarzy nasuwają skojarzenie ze Śnieżką, pewnie i usta ma karminowe, mocno malinowe, krwiste, czerwienią płynące. Och, jak bardzo chciałby je pocałować. Nie, czy to możliwe, czy to nadal on? Sam sobie nie wierzy. Przecież on…Mocno nadgryzać dolną wargę, trochę ciemniejszą, bardziej soczystą. Nie do wiary! On…on…Językiem, językiem spijałby wilgoć, smakował, wędrował niżej, i niżej, i mocniej, i głębiej, i mocniej, i szybciej, i mocniej, żeby jęczała, prosiła o więcej, tak mocno, tak mocno, o boże, niech błaga, niech jęczy, niech krzyczy, niech jęczy, tak dobrze, od tyłu, przy ścianie, głęboko, o Jezu, jak do…

– Zmiana frontu? – pytanie przerywa walkę z samym sobą.

To jednak nadal on. Przełyka ślinę, właściwie prawie się nią dławi. Rękawem koszuli wyciera usta, potem czoło, nie próbuje oszukać oddechu. Oczy kobiety błyszczą jak u kotki na rozgrzanym…Ale to nie……..nie Anja nawet.

– Caryca – przedstawia się kobieta znów uprzedzając pytanie.

– Tristan – nieśmiało odpowiada elektryk, po czym chwyta latarkę.

Nie wiem co gorsze, gardłowy śmiech Carycy czy mina Tristana? Ale śmiech po chwili sie kończy i konsternacja też znika, i zakłopotanie. Śmiało zaglądają sobie w oczy. Latarka jedynym łącznikiem, na razie. Żadne nie ma ochoty odpuścić.

 

Przepraszam, nie powinienem w takiej chwili, ale właśnie nadchodzi matka Carycy. Zapomniałem, że dziś środa, dzień odwiedzin. Muszę wylać olej na schody. Jest szansa, że się poślizgnie. Poczekaj, proszę i trzymaj kciuki. Powinno się udać. Tej sposobności nie można przegapić.

 

Jestem. Wybacz sapanie, słaba kondycja, co zrobić. Słyszałeś łomot? Niedobrze. Ale w domu bez ścian cisza. I tylko oddechy, i tylko spojrzenia o przyzwolenie niepytające. Nie zauważyli, znakomicie. Znikam.

 

Kto by pomyślał, że mała ledówka na baterie R03 może stanowić tak wiele w miłosnym przedstawieniu. Chyba nawet autor jest zaskoczony. Caryca i Tristan stoją naprzeciw siebie, dłonie opletli na latarce, mocno zaciskając palce. Scena przypomina tę z piaskownicy, kiedy chłopcy, jeden drugiemu, próbują wyszarpnąć łopatkę. Ale to nie dzieci i piaskownica trochę inna. I napięcie nie agresją podszyte, a pożądaniem chowanym przez lata w słoiczku po konfiturach, przynajmniej z jej strony.

– Mam żonę – potrzeba bycia uczciwym nie daje spokoju, pamiętaj, to prosty elektryk.

– Winszuję.

– Mam żonę – powtarza w nadziei, że któraś brama się zamknie, a jakiś most podpalą chuligani.

– Nie mam na sobie majtek.

– Mam syna – głos mu się łamie, ratunek nie nadchodzi, a on tak bardzo chce ją poczuć, dotknąć między udami, na pewno jest wilgotna… Ale syn, syn może go uratuje, to w końcu Zawisza…

– Nie szkodzi, przeżyję – odpowiada, jakby właśnie składali przysięgę na całe życie. Wypuszcza latarkę. Jednym ruchem dłoni zsuwa z ramion sukienkę, która, opadając, nieznacznie i ledwo wyczuwalnie, łaskocze go w kolano. Prawe.

Dreszcz podniecenia rozchodzi się po całym ciele. Nie będzie czekał. Jeszcze tylko jedno spojrzenie, taką chce ją zapamiętać, tej pierwszej, może jedynej nocy. Kredowa skóra kobiety, w dotyku lekko szorstka, kontrastuje z czarnymi, sięgającymi lędźwi, włosami. Nabrzmiałe piersi aż proszą o dotyk. Będzie je ssał aż do bólu, będzie ją brał od tyłu, mocno i szybko. Tak, żeby po wszystkim ledwo mogła chodzić. Anja tak lubi. Anja. A on? Jak lubi? Chwilę się zastanawia, przypomina romanse, wakacyjne przygody, koleżeńskie przysługi, alkoholem podszyte imprezy, majtki, pończochy, krzaki i strychy. Jak lubi? A może w ogóle nie lubi? Czy lubi? Lubi.

Caryca drży, czekając na dotyk. Nie prosi. Nie żąda. Czeka. Oddycha głęboko, piersi unoszą się rytmicznie. W górę. W dół. W górę. W…tym razem nie zdążą opaść. Elektryk pada u jej stóp, jak trafiony pociskiem żołnierz walczący o wolność. I niepodległość. I miłość. Swoją i jej. Nie wiem, czy w tych ciemnościach ty też to widzisz, ale Caryca oberwała szrapnelem, właśnie teraz osuwa się na ziemię niczym przedwojenna aktorka odtwarzająca postać konającej heroiny. Straszny to widok. Dziękuję bogu za  podział doby na dzień i noc. Uwierz, nie chciałbyś być świadkiem tej tragedii. I jeszcze te dźwięki. Zabrakło opcji „wyciszenie”. Po co tu stoję?! Boże, nie mogę tego słuchać! Palce w uszach nie pomagają.

 

Obraz: Tristan klęczy na podłodze, dłońmi zasłania twarz, Caryca przywarła do niego, scałowuje każdą kroplę sączącą się przez szczeliny między jego palcami. Dźwięk: Tristan zawodzi żałośnie, wyje jak człowiek, któremu  kostucha w białym fartuchu właśnie sprzedała formułkę: „Przykro mi, już nic nie możemy dla pana zrobić”; Caryca łka ledwo słyszalną pieśń żałobną, elegię o niespełnieniu i miłości zagubionej, niefartownie odnalezionej po latach. Świetlnych. W innej konstelacji. Przy niesprzyjającym horoskopie.

 

Nie mogę na to patrzeć, nie mogę tego słuchać. Pierdolę ten eksperyment! Wybacz, że cię w to wciągnąłem. Założenie było inne. Historia mnie przerosła, aktorka się rozkleiła, a obiekt badań okazał się człowiekiem. Nie o płacz mi, kurwa, chodziło, i nie o miłość. Pierdolona ludzka natura! Nieprzewidywalna dziwka, jebana suka!

 

Teraz możesz wykorzystać szarość. Nie będzie już więcej potrzebna.

 

KAMFORA!

 

Trudno przyzwyczaić się do światła, zwłaszcza gdy dopiero odzyskało się wzrok. Powoli, za kilka minut będzie lepiej, ból głowy minie po godzinie.

 

Stoisz przed drzwiami. Drzwi czarne, czerń uderza w źrenice. Po białym kocie pozostało jedynie oko. Naciśnij klamkę. Jest chropowata i zimna, ja też to czułem za pierwszym razem, elektryk także. Nie słyszysz skrzypienia starych zawiasów. Nie czujesz zapachu domu, dopiero gdy wyjdziesz na balkon, surfinie przyjemnie przypomną o lecie, a chłopiec z żółtym balonikiem pomacha na przywitanie. Patrzysz na ścianę, tę z oknem, pamiętasz? Widzisz kotarę? Potrafisz określić jej kolor? Niesamowite. Ja też sądziłem, że jest czarna, a tu taka niespodzianka. Chcesz podejść bliżej? Jest fantastyczna w dotyku. Gdybym znał milion słów, na pewno znalazłbym jedno na określenie uczucia, jakie wywołuje kontakt z tkaniną. Chodź, dotknij. Nie dłońmi, przysuń policzek, nie będę namawiał do zamknięcia oczu (przed chwilą je otworzyłeś), choć wiele byś zyskał, wzrok usypia zmysły…Czujesz tę gładkość?

– Aksamit. Strzyżony. Włoski. To antyk.

Piękna kobieta, prawda? Nie bądź zdziwiony, to zaskoczenie jest nie na miejscu. Powinieneś się przedstawić. Domyślasz się kto to? Tak, to Anja. Właśnie rozstała się z mężem. Podoba ci się? Możesz zostać.  I nie martw się, tym razem nie ukryję się za zasłoną. Skończyłem z testami, zaraz wychodzę. Mam tylko prośbę, opowiedz im jak ona wygląda. I zwróć uwagę na sufit. Kot jednak złapał myszkę. Albo mysz kotka.

 

Autor: Katja Tomczyk

 

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *