MENU

Kotwica

7 sierpnia 2017 Comments (0) Views: 255 Ogólne

Dziki ogród – opowiadanie Tadeusza Krzysztofa Knyziaka – ps. art. „Coobus”

Gdpxy zbliżył się do izolatki, drzwi same uchyliły się w geście powitania, bo właśnie wychodziła z nich niewysoka, starsza kobieta, w której rozpoznał swoją pracownicę.

– Dzień dobry, panie ordynatorze.

Kiwnął głową, uśmiechnął się do niej i przepuścił, dając wymowny sygnał skinieniem ręki, który nie dopuszczał sprzeciwu. Minęła go pokornie, bo sama wydawała się ciszą, skromnością i pokorą. Przesuwającym się bezszelestnie cieniem.

Wszedł na salę, przyjrzał się z daleka oklejonej plastrami twarzy mężczyzny leżącego na szpitalnym łóżku, potem bliżej przysunął krzesło i usiadł w przesadnie dostojnej pozie, jak robią to zazwyczaj lekarze.

– Jak tam dzisiaj? Zdrowiejemy? O, co widzę, drożdżowe ciasto domowej roboty! W pana przypadku to nawet dobry pomysł.

– Poczęstuję chyba pana, doktorze. Dla mnie jeszcze za wcześnie, nawet na coś tak delikatnego. Może wieczorem… To ta salowa mi je przyniosła. Zachęcała, że pulchne jak wata, wykazując tym samym pełne zrozumienie dla mojej obolałej szczęki i wybitych zębów. Chciała mi przychylić nieba. Wydawało mi się nawet, że ma łzy w oczach.

– Pani Saskin? To złota kobiecina. Pracowita i życzliwa. Za ciasto dziękuję, nie przepadam. Dla wielu osób jestem pod tym względem dziwakiem.

Obejrzał pacjenta, dotknął obandażowanych żeber. Wydawał się zadowolony.

– Cały czas zaglądają goście, prawda? Nie dają spokoju? Prosiłem policjantów o wyrozumiałość i litość dla pana, obiecali, że nie będą natrętni. Dziennikarze za to nic nie obiecywali. Ksiądz często zagląda? Media podały, że przyprowadził wczoraj biskupa. Podobno przepraszał pana za Polaków, którzy zbłądzili w swoich uczynkach. To rzeczywiście medialny temat, wcześniej nic takiego tu nie miało miejsca. Myślę, że konsekwentne działania papieża Franciszka zmieniają jednak ten świat.

– Dokładnie tak było. Przepraszał za Polaków. Wie pan, co mu odpowiedziałem? Że też jestem Polakiem, choć może nie wyglądam. Ale mieszkam tu już od wielu lat i czuję się Polakiem. Pobłogosławił, choć spojrzenie jego było nieodgadnione. Nieodgadnione. Prosił o wybaczenie.

– No i co? Wybaczy pan?

– Czy wybaczam? Nie mam czego wybaczać. To tylko życie, panie doktorze, z konsekwencją własnych wad i zalet. Tych, co mnie skopali, nie nazywam Polakami, identyczni są w każdym kraju. Mam ich obraz przed oczami, zwykli tępi kibole, którzy na widok mojej ciemnej cery nawet nie potrafili zdobyć się na myślenie, kim tak naprawdę mogę być. Byłem dla nich brudnym Arabusem. Tacy jak oni rdzennych Polaków też biorą pod nogi, powód zawsze znajdą. Chwasty, po prostu chwasty. Przez dwa dni media będą pokazywały moją twarz w bandażach i siniakach, potem zajmą się czymś innym, życie potoczy się dalej. Może kiedyś ktoś mnie znowu opluje, a jak nie mnie, to kogoś innego. Ale z drugiej strony… Zawsze znajdzie się też ktoś taki, kto przyniesie ciasto.

Trudno rozszczelnić granice, w których sam siebie bierzesz w niewolę. Wchłania cię przestrzeń do wypełnienia, a na niej pasma traw zielonych i zdziczałe ugory, trudniejsze nieco do obsiania, i takie bez szans na plony, ale siejesz i siać będziesz, w instynkcie wiecznego siania, w bezrozumnej naiwności. Siej więc, nie ustawaj, bo i tak nie staniesz się nikim innym, zawsze będziesz człowiekiem z konewką, łopatą i przerostem łaknienia. Siej i nie ustawaj, w potrzebie roślin wiecznie zielonych, bez lęku przed chwastami, którym los poskąpił miłości ogrodnika, a przecież też są elementarną częścią ogrodu. Nawet jeśli pęknięte żebro przypomina ci, że przeforsowałeś swój wysiłek, a plony wyjątkowo marne…

– Zamilkł pan. Coś pana gnębi? Zmęczony? No, tak… Nie najmądrzejsze to pytanie, ale lekarz chyba może sobie na nie pozwolić. – Ale pacjent wciąż przebijał się przez intensywne zamyślenie, jak przez gęstą mgłę. Coś najwyraźniej nie dawało mu spokoju.

– Saskin… To nazwisko, które pan wymienił, panie doktorze… Raczej rzadko spotykane, może nawet wcale. Cały czas zastanawiałem się, co mnie tak niepokoiło w oczach tej kobiety. Wystraszonych, zalęknionych, uciekających w bok…

– Mówi pan?

– A to przecież te same oczy.

– A to ciekawe. Spotkał je już pan kiedyś? – Lekarz przychylił się bliżej.

Musiał wykazać troszkę cierpliwości, zanim doczekał się odpowiedzi. Zdążył się już oswoić z cykliczną zadumą pacjenta.

– Ten trzeci z nich… Prasa nazywa go Szymonem S.. Na początku nie włączał się w działania tamtych dwóch osiłków, którzy wzięli mnie w obroty. Dali w pysk, zanim zdążyłem się odezwać, poprawili parę razy z pięści, tłumacząc mi przy tym dobitnie, że Polska jest dla Polaków, a nie dla brudnych islamistów. Ten trzeci miał w oczach panikę i coś jeszcze. Nawet jeśli nie litość, to jakby brak akceptacji dla tego, co robią. Nie pasował do nich. A gdy zrobili swoje i mieli już odchodzić, podszedł i kopnął z całej siły. To on złamał mi żebro. Wciąż z tym samym przepraszającym spojrzeniem, zagubiony i podporządkowany impulsowi chwili. Tak, jak nakazują zasady kibolskiej wspólnoty. Potem szybko pobiegł za tamtymi. Ale jego oczy zapamiętałem. To te same oczy… Szymon. Szymon Saskin. Takie nazwisko przekazała mi policja.

W świecie wszechobecnych znaków zapytania wolimy się domyślać, niż pytać. Nie oczekujemy odpowiedzi, nie pytamy, kto świat wywraca, budowany na pięknych złudzeniach, kto stawia na naszej drodze zło na tyle widoczne, że nie udaje się go ominąć ani przeoczyć? Kto odciąga nasz wzrok od wydeptanych w trawie ścieżek i od ślimaków zatraconych w deszczowym amoku albo od kryjącego się w liściach jeża, by zasycić nasz głód świata półproduktem podłej jakości i tym samym zepchnąć nas w inny, niezrozumiały i nieprzetłumaczalny wymiar? Buty, które ktoś wbija ci w twarz na mokrym chodniku, potrafią skutecznie zastąpić zarówno pytania bez odpowiedzi, jak też te niedonoszone odpowiedzi bez niepotrzebnych pytań…

Siedzieli obaj przez chwilę w ciszy. W tej dokuczliwej powadze, która drapie w plecy jak siermiężna koszula.

– Ot, mamy pasztet – lekarz poprawił się odruchowo na krześle. Uciekł w bok spojrzeniem, jakby teraz i on przejął na siebie cześć odpowiedzialności. I musiało to być wyczuwalne, bo chory w dobrotliwym geście dotknął jego dłoni.

– Mamy pasztet, ale mamy też i ciasto, panie doktorze.

Spojrzenie ordynatora powróciło z chwilowej banicji.

– Zabił mi pan ćwieka. Pomyślę, co teraz zrobić z tą wiedzą.

– Niech pan nic nie robi. Proszę spełnić moją prośbę i nikomu o tym nie wspominać, chyba że media same to uczynią. Bardzo proszę. Jeśli spojrzy pan teraz tej kobiecie w oczy, zrozumie pan, dlaczego. Nie powinniśmy.

– Podziwiam pana wyrozumiałość. Jest pan pewny tej decyzji?

Ale nie czekał na odpowiedź, podniósł się i odstawił szpitalne krzesło.

– No, dobrze, już nie męczę nie przeszkadzam. Proszę wypoczywać, wracać do zdrowia. Wychodząc jeszcze zajrzę. Podziwiam pana wyrozumiałość dla chwastów.

Z tej strony oczekiwań spoglądają ku nam ogrody, będące wytworem ludzkich kaprysów i snobistycznego wyczucia piękna, pozbawione suchych gałęzi i chwastów – ogrodzone, dostępne tylko dla wybranych. Ale większości z nas przyszło wchodzić w ogrody dzikie i naturalne, gdzie chwast jest tak samo wartościową rośliną jak róża, gdzie bluszcz dziko oplata konary drzew bez śladów ingerencji ludzkich rąk i kaprysów. A w tych ogrodach my – gałęzie tego samego drzewa, o różnych kształtach i odcieniach, bo takie już jest i będzie to drzewo, kształtowane na przestrzeni setek tysięcy lat przez naturę na podobieństwo niczyje…

– Zostawiam pana w tej zadumie. Mamy o czym obaj rozmyślać. Ale to dobra decyzja. Cenię sobie swoich pracowników. To porządni uczciwi ludzie. Tyle, że jak wielu innych, nie potrafią poradzić sobie z chwastami.

Gdy był już przy drzwiach, zatrzymał się, obejrzał.

– A wie pan, co? Jednak poproszę kawałek tego ciasta. Namyśliłem się. Jeśli można…

Twarz oklejona plastrami ani drgnęła. Tylko oczy zmieniły swój blask na jaśniejszy. Nieznaczny, przyzwalający ruch ręki zastąpił niepotrzebne słowa. Lekarz wolno degustował pierwszy kęs, z pełną aprobatą pokiwał zdobyczą, po czym ruszył z powrotem w kierunku drzwi.

– Są ciasta smaczniejsze niż inne, prawda, mój drogi?

Wchłonęła go cisza korytarza, emanująca w jakimś sensie apatią i przesadnym spokojem. Była częścią świata, który czekał na wychodzących z tamtej strony drzwi. Ale tylko pozornie był cichy i bezbolesny.

 

Autor: Tadeusz Krzysztof Knyziak – ps. art. „Coobus”

Więcej o autorze tutaj: http://nowemysli.pl/wielkie-czyste-prawdziwe-opowiadanie-tadeusza-krzysztofa-knyziaka-ps-art-coobus/

 

 

Tags: , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *