MENU
maly_powstaniec_6_640x533

Mały Powstaniec

justyna-baranska-foto2

Codzienna magia – poezja Justyny Barańskiej

26 września 2016 Comments (2) Views: 751 Ogólne

Dziewczyna o brzydkim spojrzeniu – opowiadanie Roberta Treścińskiego

pxDziewczyna miała śmieszną torbę i brzydkie spojrzenie. Powinienem zwrócić na to większą uwagę, a nie tylko na jej czarne podkolanówki, gołe kolana, plisowaną spódniczkę i bluzę reprezentującą jakiś zespół uniwersytecki. Może wszystko potoczyłoby się wtedy inaczej. Ktoś inny zabrałby ją z pobocza drogi. Może ktoś inny umarłby tej nocy?

– Jedzie pan na południe? – spytała cichutko, przez co ledwie ją zrozumiałem. Stanęła w uchylonych drzwiach. Nie patrzyła na mnie, z głową zwróconą ku przodowi mego samochodu.

– Tak – odpowiedziałem. – Chcesz się zabrać? – Przechyliłem się w jej stronę, by w zapadającym zmierzchu uchwycić wyraźniej jej obraz.

Zaciśnięte wargi, opadające na bark czarne włosy, których końcówki ufarbowane były na żółty kolor, tak jakby dziewczyna zanurzyła włosy w wiadrze z lakierem, którym malowano ostrzegawcze pasy przed szpitalami. Nawet przechylony w lewą stronę, nie byłem w stanie zobaczyć jej całej twarzy. Zadarty nosek, pieprzyk na podbródku.

– Myślałem, że łapiesz stopa – wyjaśniłem przepraszająco i nacisnąłem sprzęgło.

– Tak – powiedziała głośniej. Nie wrzuciłem biegu.

Kiwnęła głową, bardziej do siebie i swoich myśli; oparła dłoń na oparciu fotela dla pasażera. – Dziękuję. Zabiorę się z panem.

Duża dostawcza ciężarówka niebezpiecznie blisko mijała moje auto, więc nie zwróciłem uwagi, kiedy dziewczyna wsiadała. Jakiś pirat drogowy z ogłuszającym rykiem silnika zbliżał się w bocznym lusterku, przekląłem jego niezapalone światła, wrzuciłem kierunek i kiedy tamten mnie minął, ruszyłem do przodu. Opływowa sylwetka mitsubishi czy innego subaru dość szybko zniknęła za następnym zakrętem.

– Ależ im się śpieszy – mruknąłem do siebie, uświadamiając sobie, że przecież mam gościa. Zerknąłem na dziewczynę i uśmiechnąłem się do jej pleców. Wyglądała przez okno, całkowicie mnie ignorując. Wzruszyłem ramionami i prowadziłem dalej. Kiedy zerknąłem ponownie, jej odwrócona głowa wciąż ukrywała przede mną twarz. Zauważyłem, że ma szczupłe nogi, a na udach dużą, okrągłą walizkę, czy też raczej kufer, który przytrzymywała rękoma, jakby w obawie, że ktoś mógłby jej to wyrwać.

– Dokąd się wybierasz?

– Na południe – odparła.

– A konkretnie?

– Bardzo daleko. Tak daleko pan nie pojedzie.

– Skąd ta pewność? – Uśmiechnąłem się. – Może jestem komiwojażerem i jadę aż na koniec wyspy?

– Nie wydaje mi się – powiedziała. Kruczoczarne włosy o żółtych końcówkach spływały figlarnie wzdłuż szyi. Pogładziła swoją walizkę. – Przejadę się z panem kawałek.

– Proszę cię bardzo, dziecko – zapewniłem uprzejmie. – Nie ma problemu.

– Nie jestem dzieckiem – powiedziała nagle twardo. Popatrzyłem na nią i zmieszałem się na widok oblicza zwróconego bezpośrednio na mnie, głowy wykrzywionej niemal pod kątem prostym względem całego korpusu. Patrzyła mi prosto w oczy – bez uśmiechu, bez lęku, brzydko. Oblicze nastolatki ze spojrzeniem, którego spodziewać mógłbym się raczej u staruszki; gniewne i zaborcze, brwi złożone ku sobie w ostrzegawczej rzeźbie. Być może obraziłem ją, może źle wyczytała moje intencje.

– Dobrze. – Kiwnąłem głową nad kierownicą. – Nie ma się o co obrażać.

Przez następne minuty prowadziłem auto, odczytując kierunkowskazy, wyprzedzając i będąc wyprzedzanym; w oddali przed nami zaszło słońce, malując kwietniowe pejzaże kwitnących drzew rdzawą poświatą. Jakby niektóre z nich płonęły w cichym pożarze. Nie zerkałem na dziewczynę, nie odzywaliśmy się do siebie. W końcu zbeształem się w duchu, przypominając sobie wybryki dzieciaków z mojego osiedla, gówniarzy nie mających żadnego szacunku dla ludzi starszych – ich plugawy język i brak pokory. Miałem przecież pięćdziesiąt dwa lata, to nie ja powinienem tłumaczyć się przed jakimiś smarkulami! Po kolejnych minutach uspokoiłem się i odchrząknąłem.

– Jak masz na imię? – spytałem, nie patrząc w jej oczy.

– Hiroko – odpowiedziała. – A pan?

– Takenao. Takenao Kenmotsu.

– Więc co? Jest pan?

– Kim?

– Komiwojażerem.

– Nie – odpowiedziałem. – Powinnaś zapiąć pasy.

– Przecież nie jedzie pan szybko – stwierdziła, patrząc przed siebie. Miała cieniutkie brwi i wąskie usta. Gdyby nie to swoje nieprzyjemne spojrzenie, byłaby piękną dziewczyną.

– Chodzi o przepisy – oznajmiłem. – Jestem teraz odpowiedzialny za nas oboje. Policja miałaby pretekst do wypisania poważnego mandatu.

Na dźwięk słowa „policja” parsknęła z lekceważeniem. Ani myślała zapinać pasów; nie zamierzałem jej dalej namawiać. Czując jej wzrok na sobie, zwróciłem ku niej głowę. Patrzyła na mnie bez zażenowania, jakby dopiero teraz zdała sobie sprawę z mojego istnienia. Wróciłem do prowadzenia, zmieniałem biegi w swojej starej hondzie, wjechałem na drogę czterysta osiem. Wciąż na południe. Wciąż obserwowany.

– A pan dokąd jedzie?

– Do domu. Mieszkam w Ushiku.

– To chyba kawałek.

– Jeszcze kilkadziesiąt kilometrów.

– Niezła przejażdżka.

– Owszem – przyznałem. – Nie robię tego jednak codziennie. Miałem dwudniowe zlecenie.

– Ciekawe – powiedziała bez przekonania.

– Zajmuję się suiseki.

– Jest pan rzeźbiarzem – ni to stwierdziła, ni to zapytała.

Prychnąłem. Ta dzisiejsza młodzież! Nic tylko gry komputerowe, manga i najgorsze odmiany hentai. Ich pokolenie tak łatwo zapomina o tradycyjnych wartościach swojego narodu, o jego sztuce, kulturze, czymś stałym i starym.

– Nie, Hiroko – starałem się, by w moim głosie wybrzmiała łagodność. – Kolekcjonuję rzadkie kamienie, handluję nimi, komponuję z nich małe ogrody, tworzę mikroskopijne krajobrazy.

– Ciekawe – powtórzyła.

Spojrzałem w jej oczy i zobaczyłem pod opuszczonymi leniwie powiekami nagle rozbudzone ożywienie. I coś jeszcze.

– Samochód – szepnęła, a ja w ostatniej chwili przyhamowałem, gdy jadący przed nami bus zasygnalizował skręt i zwolnił. Odetchnąłem z ulgą. Hiroko roześmiała się w histerycznym wybuchu, lecz kiedy popatrzyłem na nią, wąskie usta sklejone były w poziomą kreskę, twarz była nieporuszona, a chichot jakby wyssało z wnętrza mojego samochodu. Zapadła cisza. Żałowałem, że nie mam radia, żałowałem – nie wiedzieć czemu – że zapada noc.

– Jesteś z Uniwersytetu Tsukuba? – przerwałem milczenie, wskazując na jej kurtkę. Przeczytała złoty napis na rękawie czerwonej bluzy, potarła emblemat przedstawiający kwiaty i liście drzewa paulowni – logo szkół z Tsukuby.

– To nie moja bluza.

– To teraz komuś musi być chłodno – zażartowałem.

Pierwszy raz, na króciutki moment, jej oczy przestały być takie… brzydkie. Usta skrzywiły się w delikatnym uśmieszku.

– Tak – powiedziała. – Nie ma wątpliwości, że jest jej chłodno.

 

 

* * *

 

Zmrok zapadał bardzo szybko. Tak jakby ktoś tam, na zachodzie, opuścił gigantyczne żaluzje. Przegapiłem chyba moment miarowego przechodzenia wieczoru w stan dojrzalszy, nie zauważyłem nadejścia jego starszej siostry – nocy. Bierzesz sobie w drogę autostopowiczkę, zastanawiasz się nad jej dziwnym zachowaniem, śmieszną walizką i proszę: czas mija zdecydowanie inaczej.

Jakby coś ukradło ci kawałek życia.

Droga czterysta osiem wiła się między wzgórzami, nieliczne latarnie znaczyły jej kurs. Wyglądało to jak wykrzywiony grzbiet odkopanego przez archeologów gada, niczym wartki strumień, w którym potopiono kamienie biseki, naznaczone fluorescencyjnymi plamami.

– O czym myślisz, Kenmotsu-san?

Wzdrygnąłem się. Jej głos był inny. Milszy.

Włączyłem lampkę pomiędzy naszymi siedzeniami, żeby lepiej ją widzieć.

– Trochę o pracy. Trochę o drodze i nadciągającej nocy.

– Czyli o jednym i tym samym. O życiu.

Kiwnąłem bez słowa głową. Trudno nie było się z tym zgodzić.

– Jesteś zadowolony ze swego życia?

Pewnie miałem skrzywione brwi, grubą zmarszczkę pośrodku czoła, zmartwiony podbródek. Katsumi, moja małżonka, powtarzała zawsze, że tak właśnie wyglądam, kiedy postawione przez kogoś pytanie jednocześnie onieśmiela mnie i zaskakuje.

– O co ci chodzi, Hiroko?

– Jesteś zadowolony ze swego życia? – powtórzyła jedynie, nie patrząc na mnie. Stukała cichutko w skórzane obicie swojego kuferka.

– Co tam masz? – odpowiedziałem pytaniem.

– To osobiste.

– Twoje pytanie też.

– Więc wyszliśmy na remis – rzekła.

– Tak.

– To odpowiedź na moje pytanie?

Roześmiałem się. Podobała mi się tam młoda osóbka… W słabym świetle lampki ujrzałem, że patrzyła w dół, na moje wargi, jakby odczytywała z nich znaczenie i ukryte sensy migowego języka, źródło mego śmiechu. Umalowane czarnym tuszem brzegi powiek przydały jej smutnego wyglądu. Pod rozpiętą bluzą drużyny uniwersyteckiej z Tsukuby dostrzegłem ciemny podkoszulek i zarys drobnych piersi, jak wciśniętych pod spód dwóch pięści. Odwróciłem wzrok.

Czując, że przygląda mi się, zgasiłem lampkę. Wnętrze hondy przyjęło gościnnie napływającą z okolicznych lasów ciemność. Westchnąłem.

– Nie boisz się podróżować nocą? – zagaiła dziewczyna.

– Liczysz na kolejny remis, Hiroko?

– Ja nie boję się nocy.

– Noc niczego złego nie czyni. Jedynie źli ludzie.

– Jesteś dobrym człowiekiem, Kenmotsu-san?

– Po prawdzie – zastanowiłem się i wzruszyłem ramionami – chyba tak. Staram się żyć z godnością, dobrze traktować innych, pomagać im, odnajdywać pogodę ducha.

– Dlatego odczuwasz zadowolenie z życia.

– Mówisz tak, jakbyś studiowała filozofię.

– Mówię tak, bo studiuję ciebie.

– Ooo – udałem rozbawienie. Droga zrobiła się wąska, zdałem sobie sprawę, że od jakiegoś czasu nie minęliśmy się z żadnym samochodem. – Dziwne… Myślałem, że dość dobrze znam tę trasę.

– Robi się coraz ciaśniejsza…

– Właśnie – przyznałem.

– Jak ścieżka naszego porozumienia.

Uderzyłem dłonią o kierownicę. Spojrzałem w jej twarz, która w tym mroku wyróżniała się jedynie ciemnym, trójkątnym kształtem na tle krajobrazu za oknem.

– Dokąd tak naprawdę jedziesz, dziewczyno?

Zachichotała, kuląc się w sobie. Odgarnęła ręką włosy znad czoła, a kiedy znów na nią zerknąłem, zachichotała ponownie i nachyliła się ku mnie. Zastygła tak, jakby nie do końca pewna, czy zdradzić mi sekret czy też podarować całusa.

– Już niedługo powinny pojawić się światła Ushiku – mówiłem, patrząc przed siebie, czując wyraźnie jej bliskość. Coś zimnego, jakbym położył rękę tuż nad taflą górskiego jeziora. – Trzeba… Mogę oczywiście gdzieś cię podrzucić… Ale…

Raz, dwa, trzy… – szepnęła mi w ucho, podśpiewując do jakiejś dziecięcej wyliczanki – dobry człowiek to nie ty…

– To nie jest śmieszne, Hiro…

…cztery, pięć… złapałeś mnie w sieć…

– Przestań – zaprotestowałem, zwalniając samochód. Chciałem włączyć z powrotem lampkę, lecz ona tylko pacnęła mnie w rękę i dmuchnęła mi w ucho.

– Pozwól mi skończyć – poprosiła milutkim głosem i odsunęła się nieznacznie.

– Dobrze się bawisz, młoda damo? – spróbowałem ojcowskiego tonu. Nie odważyłem się włączyć lampki, zatrzymać samochodu. Nie próbowałem nawet patrzeć w jej stronę.

– Tam, skąd pochodzę – powiedziała, trochę z rozmarzeniem, trochę z tonem wyjaśniającym rzeczy najbardziej oczywiste – możemy się ciągle, bez ustanku bawić. Jest tyle dzieciaków… Tyle uśmiechów i gier… Są place zabaw, na których huśtawki nie przestają się huśtać, a skakanki robić w powietrzu niezwykłych esów floresów. Jest tyle uśmiechów i zabaw. Nie ma tylko jednego… Radości.

Przyspieszyłem, widząc jakieś światła przed nami. Hiroko nuciła obcą melodyjkę pod nosem, wybijając sobie takt na okrągłej walizce. Minęła długa chwila, która nie przybliżyła nas do niczego konkretnego. Minęliśmy ostatnią latarnię, reflektory mojej hondy nie wyławiały następnych z otchłani nocy. Droga robiła się coraz ciaśniejsza. Jak…

Raz, dwa, trzy… – usłyszałem z boku – pojawiają się sny… Cztery, pięć… mamy na siebie chęć…

– Jeszcze jedno słowo…

Sześć i siedem, osiem… la, la, la…

– Durna dziewczyna – mruknąłem pod nosem.

Dziewięć, dziesięć, jedenaście… Więcej nas już nie straszcie…

– Właśnie.

– A gdybym ci powiedziała, Kenmotsu-san?…

– Co, do cholery?!

– Że śmierć jest bardzo blisko?…

 

 

* * *

 

Oddychałem głęboko, wpatrując się w sam środek kierownicy, z nadzieją, że trzasną drzwi samochodu, ktoś przypadkowy pojawi się na tej cholernej drodze, że moje dłonie, które potrafią z chirurgiczną precyzją ułożyć na małej przestrzeni maluteńkie drzewka w otoczeniu odłamków skał i kamieni, tworząc w ten sposób zminiaturyzowany odprysk natury; dłonie, które potrafią za pomocą specjalnych obcążków umieścić w szklanej butli o wąskiej szyjce kilkadziesiąt roślin i ozdobnych elementów, że te dłonie przestaną drżeć. Odmówiłem krótką modlitwę, których słowa odnalazły drogę w mojej pamięci po tylu, tylu latach. Zaciskałem zęby. Byłem zły. Zły!

Trzasnęły drzwi. Nie kazałem hondzie ruszyć w dalszą drogę. Nie patrzyłem w bok.

Kazałem dłoniom, by przestały.

Miałem pięćdziesiąt dwa lata. Dłonie w tym wieku nie zawsze chcą słuchać.

Yokai…

Jutro rano wysprzątam cały gabinet. Odkurzę salon. Podleję i poprzycinam wszystkie sosny i jałowce, cyprysiki i ligustry, buki i klony, wszystkie pozostałe. Jutro będę miał pracowity dzień. Niech już nadejdzie…

Odetchnąłem i spojrzałem w bok.

Błogosławiona pustka. Nie było jej z przodu, ani z tyłu auta. Zwolniłem hamulec, czując jak po palcach stopy przechodzi mrowienie, jak pojazd wyrwał się do przodu. Przejechałem kilkadziesiąt metrów, spojrzałem wreszcie w boczne lusterko – gdzieś tam, za mną, daleko, w bezpiecznej odległości, majaczyła jej smukła sylwetka.

Zwolniłem, a potem zatrzymałem się. Odwróciłem się i wyjrzałem przez tylną szybę.

Była tam. Nieporuszona. Nie machała ręką, nie krzyczała, nie rozbłysła w nagłej eksplozji gniewu, nie sunęła w moją stronę w gwałtownym zrywie nadprzyrodzonych mocy. Po prostu stała. Ta…

Yokai.

– To nie mogła być yokai – potem, podczas jazdy, mówiłem do siebie na głos, przerywając ciszę, uspokajając niepokorne ręce. – To nie mógł być duch, który przybrał postać dziewczynki, by mnie gnębić. By dręczyć mnie. To nie mogło być coś, co istnieje tylko w legendach. Co wymyślono dawno temu w chore, rozpaczliwe noce, by wytłumaczyć sobie własne urojenia. To nie yokai! To była zwykła dziewczyna. Tak… Trochę dziwna, może niezrównoważona. Może tacy oni już po prostu są. Ta dzisiejsza młodzież. Nazwała mnie rzeźbiarzem! Co za czasy! Za chwilę będą musieli wyszukiwać w internecie, co to jest ikebana, co symbolizuje nasza flaga. Bogowie! Tak… To była zwykła dziewczyna. Tam… – Umilkłem i chłonąłem gęstniejącą czerń nocy. Była lepka. Czułem ją. – Została sama – mruknąłem nagle. – Zostawiłem ją samą pośród tego pustkowia. Przestraszony, obrażony dziad…

Podjąłem decyzję po kolejnym kilometrze. Przez jakiś czas jeszcze zastanawiałem się nad tym, w końcu zawróciłem auto. Jadąc z niewielką prędkością, próbowałem nie przegapić jej na poboczu. Mogła gdzieś usiąść, pójść w las, schować się, uciec. A dlaczegóż by nie? Dziwne dziewczę.

Wypatrzyły ją światła reflektorów. Stała na jezdni wyprostowana i nieruchoma. Zwolniłem i zatrzymałem samochód kawałek przed nią. Wpatrywaliśmy się w siebie. Czułem na sobie jej wzrok, choć bijący blask oślepiał ją, podkreślając goliznę jej kolan, jaskrawe elementy bluzy, końcówki włosów, które tworzyły poniżej jej twarzy upadłą aureolę.

Uśmiechnęła się. Jak to ona wtedy powiedziała? Że pośród uśmiechów i gier nie ma tylko jednego.

Po prostu stała. A obok niej ta waliza.

Zaciągnąłem ręczny i wysiadłem z samochodu. Zrobiłem krok naprzód.

– Kim jesteś? – spytałem z bezpiecznej odległości.

– Hiroko – powiedziała cichutko.

– Dlaczego robisz te głupie kawały?

– Przepraszam.

– Nie można tak postępować ze starszymi ludźmi. Należy się nam jakiś szacunek.

– Tak.

– Jest chłodno i ciemno… Nie powinnaś znajdować się tu sama, o tej porze.

– Dobrze…

– Tu są same lasy i łąki – ciągnąłem dalej.

– Dobrze, że wróciłeś, Kenmotsu-san.

– Jeśli obiecasz, że nie będziesz pleść głupot i zachowasz się należycie, wywiozę nas oboje z tej pustelni.

– Nie.

– Do licha!… Wyglądasz jakbyś nie uczyniła choćby jednego ruchu, odkąd wysiadłaś. Co? Co powiedziałaś?

– Nie.

– Nie chcesz ze mną jechać?

– Nie trzeba.

Roześmiałem się i potrząsnąłem głową. Co za ziółko…

– Nie trzeba – powtórzyłem. – Dobre sobie.

– Nie trzeba.

– Bo co?

– Bo jesteśmy na miejscu.

Zachichotałem, przecierając oczy. W tle usłyszałem obcy chichot. Pogłos chichotu. Echo mego rozbawienia? Hiroko stała niewzruszona, czekając, aż przestanę.

– Tylko pamiętaj – poleciła mi poważnym głosem. – Nie zaglądaj do mojej walizki. Nigdy.

– Co?… – Popatrzyłem na walizkę, a potem na nią. Rozejrzałem się wokół. W końcu machnąłem ręką, gotów zostawić tę małą wariatkę na pastwę zimna, dzikich zwierząt i tej strasznej ciemności. – Dobrze, Hiroko. Rób jak chcesz. Przedstawiłem ci swoje warunki, a ty ciągle swoje. Ja jadę, a ty rób jak uważasz.

– Chodź ze mną, Kenmotsu-san.

– Gdzie, do licha?!

– Tam. – Wskazała ręką w bok, między drzewa. Bez uśmiechu, bez lęku, brzydko. – Ona chce cię zobaczyć.

– Kto?

– Katsumi – powiedziała. – Twoja żona.

 

 

* * *

 

Pod butami szeleściła wysuszona trawa. Chyba to była polna droga. Prawdopodobnie wokół rosły drzewa i krzaki. Szliśmy przed siebie. Nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Nie wiedziałem prawie nic. Nie byłem pewien niczego.

Podążyłem za Hiroko jak zahipnotyzowany. Imię mojej ukochanej żony stało się zaklęciem, które przemieniło mnie w milczącą i posłuszną kukłę. Przed oczyma, w głębi mej duszy, przewijały się obrazy i migoczące jak w kalejdoskopie wspomnienia. Nie obchodziło mnie, co może ze mną zrobić ta dziewczyna. Marzyłem o tym, by zobaczyć znów moją żonę.

Byliśmy małżeństwem dwadzieścia cztery lata, kiedy pewnego dnia pokłóciliśmy się o coś – bezsensownego i głupiego – i Katsumi odeszła ode mnie. Może sprzeczka była tylko małą kroplą, która wypełniła naczynie naszego przeznaczenia, być może nasze ścieżki rozchodziły się już od dłuższego czasu, a tamtego dnia ona uczyniła ten zdecydowany krok i zniknęła z mojego życia. Minął jakiś czas, a ja zrozumiałem, jak bardzo mi jej brakuje, jak bardzo chciałbym naprawić wszystkie błędy, spróbować jeszcze raz. Zrozumiałem, jak bardzo ją kocham. Zniknęła. Nie mogłem jej odnaleźć. Ostrzegła, że wymknie się z mego życia, swoje własne rozpoczynając w całkiem nowym miejscu, daleko ode mnie. Poszukiwałem ją przez wiele miesięcy, aż w końcu, kilka lat temu, przyznałem się do porażki, uznając swoje osamotnienie za stan ostateczny. Do dzisiaj.

Dziś wróciło wiele chwil. Obrazów. Wspomnień.

Ta polna droga pośród lasów.

Hiroko nie przerywała naszego milczenia.

Otworzyłem usta, chciałem coś powiedzieć, ale z ust nie wyciekła ani sylaba. Hiroko szła ciut z tyłu. Szedłem naprzód. Gdzieś tam, za kurtyną ciemności musiała być Katsumi. Hiroko obiecała mi, że będzie.

Nie wiem, jak długo szliśmy. Chyba drzewa, chyba krzaki, wysuszona trawa. Lepka ciecz. Chłód górskiego jeziora. Ta polna droga pośród lasów.

W końcu zatrzymałem się i odwróciłem ku dziewczynie. Jej oczy lśniły. Czekała.

– To ja czekam – powiedziałem do niej. – Powiedz mi, jak długo jeszcze? Gdzie jest Katsumi? Dlaczego mnie wezwała? Jest sama? Kocha mnie nadal? Może złości się na mnie? Gdzie ona jest?

Hiroko przykryła usta dłonią, spomiędzy palców wydobył się chichot. Opuściła rękę, śmiech wysychał w ciszy na jej wargach.

– Takenao… – szepnęła. – Przecież to ty mnie tu przywiodłeś. Ty stanąłeś przy jej wrotach.

– Co???

Rzeczywiście, na tle granatowego nieba rysowały się jakieś regularne kształty. Kawałek dalej stała jakaś konstrukcja. Podszedłem bliżej i dotknąłem wystającej z ziemi, mniej więcej wysokości człowieka, tajemniczej futryny. Po części wykonanej z kamienia, a po części z wypolerowanego drewna. Czułem pod palcami zakrzywione krawędzie, wyciosane w obu materiałach zdobienia i wypustki, które przedstawiały motywy roślinne, ludzkie, demoniczne. Wrota w lesie.

Hiroko wyciągnęła rękę ponad moim ramieniem, pieszczotliwym gestem przejechała po fakturze wrót.

– Byłeś zdolnym rzeźbiarzem – rzekła. – To piękna robota.

Odepchnąłem dziewczynę, wkroczyłem w sam środek konstrukcji, obejmując ją za obie podstawy. Szumiało mi w głowie. Coś szumiało wokół nas.

– Dlaczego wygadujesz te kłamstwa, dziewucho?! Gdzie jest Katsumi?

– No jak to, Kenmotsu-san? – zdziwiła się. – Naprawdę tego nie pamiętasz? Twoja żona jest tam, za tobą. Przekrocz tylko bramę, którą dla niej wyrzeźbiłeś. Czeka na ciebie. Nawołuje cię. Nie chce mi się już jej słuchać. Jestem zmęczona. Ty też. A ona najmocniej.

– Łżesz! To nieprawda! To nie… – Wpadłem w furię. Zacząłem wyć. Zaciskałem dłonie na drewnie i kamieniu, patrząc z nienawiścią na Hiroko. Odsunęła się.

Drewno i kamień.

Tak nazwaliśmy kiedyś nasz związek z Katsumi. Ona była giętka jak drewno, ja miałem być twardy niczym kamień.

Zostawiliśmy te słowa w tym miejscu. Kiedy wiele lat temu spacerowaliśmy tą polną drogą pośród lasów. Kiedy byliśmy młodzi. Gdy kochaliśmy się. Kiedy jeszcze żyła…

– Proszę! – krzyknęła Hiroko. – Przekrocz tę bramę. Przekonaj się. Odpowiedz jej!

Coś trzasnęło. Rzuciłem się do przodu, wprost na dziewczynę. Nie spodziewała się tego, w odruchu obronnym zasłoniła się ramieniem, ale ja nie miałem zamiaru z nią walczyć. Odepchnąłem ją i pobiegłem lasem w stronę drogi i samochodu. Gdzieś tam, by odzyskać spokój ducha. Do domu. Do pustego domu.

Nie musiał być pusty, usłyszałem nagle gdzieś w środku własnej głowy.

Mógł być ciągle pełen nas i naszej miłości. A ty to zepsułeś. Ukochany, przeklęty mężu.

 

 

* * *

 

Biegłem cały czas. Odganiałem od siebie nisko zwisające gałęzie i chore myśli. Wyganiałem precz te wszystkie obrazy i wspomnienia.

Katsumi zbyt cicha lub nazbyt napastliwa.

Dzikie oskarżenia.

Beznadziejne kłótnie.

Dni pustki i ciszy.

Obwinianie siebie nawzajem o wywoływanie kolejnych problemów i wojen.

Katsumi i ja odwiedzający miejsce naszych pierwszych randek.

Katsumi zmieniająca uroczy spacer w bezsensowne dysputy, a potem szaloną gonitwę. Przywołująca furię. I atak! I krew! I łzy wydobywające się z zamykających oczu.

Pożegnanie.

Kamień, który zmiażdżył drewno. Ręka, która nie miała zamiaru sięgać po kamień.

Pomału przychodzące chłodne opanowanie. Potem pochówek.

I Upamiętnienie.

Ucieczka. Zapomnienie.

No właśnie.

Zapomnienie.

– Nie chciałem, Katsumi! – krzyknąłem w noc. – Przecież tak bardzo cię kocham!

Noc nie odpowiedziała. Wypadłem na drogę.

 

 

* * *

 

Samochód stał pośrodku drogi – opuszczony przyjaciel. Albo obcy, który czeka z wyciągniętą dłonią w geście przywitania.

Coś tkwiło niedaleko. Zwierzę lub pień drzewa. Coś okrągłego.

Podszedłem i uśmiechnąłem się pod nosem.

Walizka Hiroko. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że nie miała jej przy sobie tam… Tam, gdzie byliśmy, w głębi lasu.

– Co jeszcze ukrywasz, dziewucho? – powiedziałem na głos.

Schyliłem się i podniosłem kufer. Był dość ciężki. Miał zwykłe zatrzaski. Spróbowałem. Odskoczyły. Zachichotałem z niejasnym pragnieniem, by ukryć ten chichot w zgiętej pięści. Walizka czekała, żeby ją otworzyć. Prosiła mnie. Wystarczyło podnieść wieko. Nie było Hiroko. Yokai odszedł.

Coś skrzypnęło. Nie za mną, nie w lesie. W moich objęciach.

Otworzyłem walizkę. Zajrzałem do środka. Przez bardzo długą chwilę oglądałem zawartość walizki. Już wiedziałem.

Zaniemówiłem.

 

 

* * *

 

– Ostrzegałam cię. – Usłyszałem za swoimi plecami. – Mówiłam ci, byś jej nie dotykał. – Powoli zwróciłem twarz ku Hiroko. Delikatnie zamknąłem walizkę, odstawiłem ją na jezdnię i stanąłem przed dziewczyną o brzydkim spojrzeniu. Uspokajałem oddech. Czekałem na najgorsze. Musiała spotkać mnie kara.

– Wiesz, co się teraz stanie?

– Tak – odpowiedziałem. Przymknęła powieki. Uchyliła usta, wysunęła język z gracją polującej żmii.

– Żegnaj – powiedziała, a jej oczy zrobiły się nagle ogromne. Po raz drugi i ostatni – na chwilę piękne. Zdziwione, kiedy zamachnąłem się i kamieniem wyrwanym wcześniej z leśnych wrót uderzyłem ją w głowę. Osunęła się na ziemię. Zaskoczona, przerażona i smutna. Martwa.

Zabrałem walizkę, przemaszerowałem obok samochodu i ruszyłem przed siebie.

Musiałem znaleźć nową drogę.

Musiałem odpocząć i złapać stopa.

 

Autor: Robert Treściński

fot. z archiwum autora

fot. z archiwum autora

 

Tags: ,

Komentarze do Dziewczyna o brzydkim spojrzeniu – opowiadanie Roberta Treścińskiego

  1. Braman Raven pisze:

    Niesamowity klimat…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *