MENU
iga-nowak

Tańcząca – poezja Igi Nowak

niebospiecznik_prod

Recenzja tomiku poetyckiego „Niebospiecznik” Kai Kowalewskiej

14 listopada 2016 Comments (0) Views: 1302 Czytam, Opowiadania

Dzieciak – opowiadanie Patrycji Żurek

pxWeszła na salę bez słowa, dziwiąc się ciszy panującej w pomieszczeniu. Spojrzała przelotnie na kobietę, która jej towarzyszyła, ale ta tylko wzruszyła ramionami. Na chudej, pobrużdżonej twarzy nie odnalazła żadnej emocji. Oczy pozostały suche, patrzące czujnie i beznamiętnie.

W pokoju znajdowało się około trzydzieści pojemników na wysokich stelażach. Wszystkie były zajęte. Dzieci, opatulone w szare kocyki, leżały nieruchomo. Niektóre machały nóżkami i rączkami, ale większość się nie ruszała. Inne spały, miały zamknięte oczy, a ich klatki piersiowe unosiły się równomiernie. Większość patrzyła w sufit spokojnym wzrokiem.

– Dlaczego…? – Nie była w stanie dokończyć pytania. Cisza dzwoniła jej w uszach.

– Większość to dzieci chore, porzucone zaraz po porodzie – powiedziała kobieta. Jej głos był cichy, dość niski. Mówiła, jakby czytała z kartki. – Trafiają tutaj i czekają na adopcję, ale przyznam szczerze, że niewielu ludzi chce upośledzone dziecko.

– Są cicho – zauważyła, a zgroza podniosła jej włoski na ramionach.

– A, tak. – Kobieta uśmiechnęła się. – Płaczą kilka godzin, czasami jeden, dwa dni, a potem milkną.

– Ale… jak to?!

– Po prostu – jej towarzyszka pokręciła głową z dezaprobatą, jakby rozmawiała z kimś o wiele głupszym. – Po pewnym czasie każdy z tych bachorów rozumie, że na nic zdaje się ryk i płacz. I tak nikt nie przyjdzie. Nie mamy dość personelu, by zadbać o każdego porzuconego dzieciaka. Chyba to pani rozumie?

– Niezbyt, szczerze mówiąc. Jak można zostawiać je w tak okropnej samotności?

– Przecież nie są samotne. – Kobieta uniosła brwi. – Mają siebie. Jest ich tu trzydzieścioro, czasami więcej, nigdy mniej.

– I one po prostu tak sobie tu leżą?

– Tak. Wyjmowane są tylko do przewinięcia pięć razy na dobę, jedzenie co cztery godziny i kąpieli raz na tydzień. Poza tym takie małe dzieci prawie cały czas śpią.

– A potrzeby wyższe? Przecież dziecko potrzebuje opieki, ciepła, przytulenia. Potrzebuje miłości, bo inaczej umiera. – Próbowała przełknąć gulę stojącą w gardle, ale nie była w stanie.

– Najważniejsze są potrzeby pierwotne, te najbardziej podstawowe. Nie jesteśmy od tego, by zapewniać im namiastkę domu. Muszą wiedzieć, że płaczem nic nie wskórają. Gdybyśmy przytulały je na każde jęknięcie, myśli pani, że byłybyśmy w stanie nad nimi zapanować? Darłyby się dzień i noc, a do tego nie możemy dopuścić.

– Ale… – Zabrakło jej słów.

– Proszę się rozejrzeć i zrobić notatki do tego pani artykułu. Muszę wracać, obowiązki wzywają.

Patrzyła, jak kobieta w habicie oddala się korytarzem. Słyszała echo kroków. Podeszła do pierwszego z brzegu korytka, w którym leżał chłopczyk. Wiedziała, że te pojemniki nazywają czasami trumienkami i dreszcz przeszedł jej po kręgosłupie. Chłopczyk miał otwarte oczy i zaciśnięte piąstki. Wyraz skupienia na jego twarzy był przerażająco dorosły. Nie mogła się powstrzymać i pogłaskała małą, owłosioną główkę. Włoski miał zadziwiająco miękkie, skórę twarzy gładką i delikatną. Nie była w stanie oderwać palców od ciepłego ciałka. Żal, który w niej wezbrał, wycisnął z jej oczu kilka łez, które kapnęły na szarobury kocyk.

 

Płakał długo, zanosząc się raz po raz, ale żadne ręce nie wyciągnęły się ku niemu, nie chwyciły kocyka, w który był owinięty, nie uniosły do góry. Nabierał więc powietrza i krzyczał coraz głośniej, żeby mama usłyszała. Pamiętał mgliście ciepłe, czerwonawe wnętrze brzucha, w którym czuł się bezpiecznie. Jeszcze nie tak dawno temu słyszał jej głos, ale już powoli zapominał. Dlatego z jego gardła wydobywały się dźwięki, dlatego próbował ją wołać, mimo że usta i język nie umiały jeszcze uformować słowa mama.

Poddał się, gdy zasnął po raz któryś z kolei, zmorzony płaczem. Przebudził się w ciemnościach. Niewiele widział, tylko jakieś cienie majaczące na ścianie, pełzające światła. Nabrał głębszego oddechu, ale już nie płakał. Zaciskał tylko mocno pięści, próbując poskromić uczucie, które wypełniło go, a którego nie rozumiał. Instynktownie czuł, że ciepło matczynego wnętrza nigdy nie powróci. Jego wszechświat, kiedyś ograniczający się do pomarańczowego brzucha matki, rozrósł się do rozmiarów pomieszczenia, w którym leżał. Był bezkresny i zimny, pozbawiony sensu i martwy.

Leżał tak, nie wiadomo jak długo, i nikt nie podziwiał, jak się rozwija, jak jego oczy stają się widzące, usta się uśmiechają, a dłonie łapią przedmioty. Surowa faktura kocyka stała się jego jedyną pieszczotą. Dni wypełniały sny bez snów i puste spojrzenie wlepione w ścianę klatki. Nie reagował, gdy suche, sztywne ręce brały go do karmienia czy kąpieli. Bez jęku znosił zabiegi pielęgnacyjne. Obojętnie reagował na każdy nowy głos.

Tego dnia było tak samo, dopóki do jego trumny nie podeszła kobieta. Wyczuwał jej słaby zapach, kiedy przyłożyła mu dłoń do twarzy. Wyczuwał ciepło jej palców, gdy pogładziła go po głowie, bawiąc się włosami. W tym geście było coś innego. Różnił się od drewnianego dotyku rąk, które go myły. Instynktownie rozpoznał emocje. Przesunął głowę w stronę dłoni, by nasycić się kawałkiem czułości, podarowanej mu przez obcą osobę.

Kilka kropel spadło na koc, którym był okryty. Jedna upadła na policzek, czuł łaskotanie, gdy zjeżdżała w dół, aż do brody. Spojrzał kobiecie w oczy, gdy nachyliła się nad nim, by scałować słoną kroplę. Usta miała miękkie i wyczuł w nich miłość.

Pękło mu serce.

 

Autor: Patrycja Żurek

 

patiPatrycja Żurek: matka, żona, kocia opiekunka, samozwańcza pisarka. Kocha jesień, a najbardziej listopad. Wszystkich świętych to jej ulubione święto. W wolnych chwilach spaceruje, czyta albo pisze. Ceni sobie chwile samotności. Uwielbia swoich przyjaciół.

 

 

Tags:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *