MENU
px

Tło – felieton Marka Jastrzębia

px

Ze sztambucha futurysty – humoreski Marka Jastrzębia.

5 maja 2017 Comments (0) Views: 990 Myślę

Doliniarze z górnej półki – felieton Marka Jastrzębia

pxPozwólcie, że skoncentruję się na plądrowaniu. Towarzyszy nam od zarania dziejów. Tak długo, że nie wiedzieć kiedy, obrosło w zwyczaj. A nawet stało się dozwolonym prawem. Nieomal tradycją. Czymś, tak pospolitym, że już nikogo nie zdumiewa.

Nie dziwi, zważywszy na powszechność tego procederu. O wstydzie i dyshonorze nie mówiąc. Nie mówiąc też o poczuciu wyrządzanej krzywdy, czy o wypryskach na sumieniu. Lub choćby o usiłowaniu naprawy strat. Jak też o biciu się w piersi oraz namiętnej chęci oddania gwizdniętych fantów.

Skruchy, pokuty za wyrodne czyny, są to pojęcia śmietnikowe. Abstrakcje obwożone po jarmarkach z jajogłowymi  ideami. I jakkolwiek mocują się z nimi najtężsi moraliści, chociaż na ów oślizgły temat wypowiada się niejeden areopag mędrców, etyków i filozofów obeznanych z prawidłami logiki, skutek ich perorowania jest żaden: ten tylko, że ni cholery nie mogą przekonać szabrownika na uczciwość.

 

*

 

Początkowo traktowano złodziejstwo jako wojenny przywilej zwycięzców; łupy stanowiły bowiem zastępczą formę żołdu. Poniekąd usprawiedliwienie haniebnego procederu. Armia zdobywała oblężone miasto i na zachętę, by wzmóc w rębajłach zapał do  wycinki łyków, jej dowodzący motywował grabież gardłując mniej więcej w ten deseń: co wyfasujeta, to wasze.

W trakcie najazdu Szwedów na Polskę, zwędzono wiele naszych narodowych skarbów. Ze smutkiem stwierdzam, że nadal wzbogacają szwedzkie muzea. Urządzane są wystawy co cenniejszych eksponatów… Ponoć nie wywieziono do Szwecji Kolumny Zygmunta tylko dlatego, że nie mieściła się w ładowniach ich największej krypy.

Za Napoleona też nie obeszło się bez łupieży: Luwr do teraz szczyci się teleportacją egipskiego dorobku. Na szczęście nie dało rady przywlec piramid do Europy… Dlatego w centrum Paryża stoi buńczuczny substytut jednej z nich: symbol niezrealizowanych marzeń.

W brytyjskich galeriach roi się od zawłaszczonych, indyjskich obiektów. Druga Wojna Światowa zezwoliła Niemcom na wyczyszczenie naszego kraju z najcenniejszych obrazów i cymeliów. Wyzwolicielska Armia Czerwona ogoliła nas również; po tamtejszych Ermitażach wala się wiele dóbr polskiej kultury. Współczesna rżniętka w Iraku lub podboje afganistańskich ziem dostarczyły pogromcom – cudzej spuścizny; tak oto w imię pokoju szerzy się usankcjonowany bandytyzm.

Minęły lata i zjawisko legalnej łupieży zaczęło ewoluować: z teatru wojen przeniosło się do teatru rozrywki: opanowało sprzedajnych polityków. Zwykli rabusie – żołnierze, znaleźli się w doborowym towarzystwie: nie kradną już sami. Dołączyli do nich (w majestacie prawa) decydenci, ludzie z immunitetami, najemnicy patriotycznego obowiązku, którym wydaje się, że skoro zostali wybrani do pełnienia władzy, to mogą postępować bez skrupułów, jak na swoim i jak u siebie.

 

*

 

Z lat, gdy zaczytywałem się Trylogią Henryka Sienkiewicza, pozostały mi w pamięci słowa z Potopu: były o Polsce, która, kiedy kona, trzeba jej wyszarpnąć poduszkę spod głowy, iżby się nie męczyła. Wymówione (w napadzie szczerości) przez księcia Bogusława Radziwiłła, samozwańczego pretendenta do korony, są do teraz najlepszą definicją prywaty; chwytania nadarzającej się okazji do rabunku.

Tu przylepia mi się do oka groteskowy obrazek z telewizyjnych wiadomości: nic nie znaczący kancelista z niezamożnym wykształceniem, natychmiast po wyborze do Sejmu RP, z upojną chwilą ogłoszenia wyników, staje się niezłomnym referentem woli CAŁEGO narodu i poczyna sobie jak ekonom; trudno osiągalny, z udręką w źrenicy, otoczony kordonem dworzan i specjalnie dobranych zauszników, cwałuje parlamentarnymi korytarzami.

Na oficjalne oblicze wjeżdża mu troska o kraj, oczy lśnią od miłości ojczyzny. Wolność, demokracja, walka z korupcją, od tego momentu są to słowa powtarzane przez niego bez przerwy, odmieniane na wszelkie  sposoby i nie schodzą mu z przymilnych warg. Co i rusz opędza się przed natręctwem niewygodnych pytań dziennikarzy, a bidne żurnalisty drobią za nim gulgocząc z alteracji, mając utopijną nadzieję na uzyskanie od niego sensownej odpowiedzi.

Ale po opadnięciu publicznej kurtyny, za zatrzaśniętymi drzwiami gabinetu, na mniej oficjalnej twarzy, pojawia mu się zawzięty grymas tępego uporu, a jego spojrzenie zieje transparentną nienawiścią do adwersarzy.

 

Autor: Marek Jastrząb

 

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *