MENU
MS-23

Kto miał orgazm? – poezja Mirosława Sądeja

14.Jajpur.Fort-Amber33

Dzisiaj a może kilka lat temu – poezja Tadeusza Zawadowskiego

13 marca 2017 Comments (1) Views: 719 Czytam, Opowiadania

Czerwony tramwaj – opowiadanie Katarzyny Sikory – Borowieckiej

pxWsiadam do tramwaju i rozglądam. Szwajcaria ma to do siebie, że ze środków lokomocji korzystają wszystkie warstwy społeczne. Można tu spotkać cały przekrój postaci. Od żebrzących cygańskich grajków po miliarderów.

Po lewej stronie siedzą dwie dziewczyny. Wystylizowane fryzury, ciuchy vintage. Beżowa bluzka z wysoką stójką z koronki bajecznie współgra z woskową karnacją i kasztanowymi włosami jednej, a fioletowa marynarka drugiej podkreśla zieleń jej oczu. Zapewne studentki akademii sztuk pięknych. A, faktycznie! Tuby na szkice potwierdzają moją tezę. Po przeciwnej stronie dostrzegam kobietę w drogiej czarnej garsonce. Jest w towarzystwie faceta w typie finansisty. Gdy nasze oczy spotkają się, ona odpowiada uśmiechem na moje skinienie głowy. Z daleka rzuca się jej pewność siebie. Jej partner wygląda na zahukanego. Założę się, że gdyby zacząć rozmowę, już w pierwszym zdaniu wyznałby, że ma tylko dyplom technikum, ale przecież nieźle mu się powodzi, nie każdy musi mieć studia. Obserwacje rzadko mnie mylą.

– Ty wiesz – mówi zadbana czterdziestolatka do równie dobrze zakonserwowanej rówieśnicy – no i przyszli zaraz po spotkaniu rady nadzorczej. Jack, Marco i Pierre. Dochodziła dwudziesta trzecia. Impreza właściwie dobiegała końca, bo co to za urodziny w środku tygodnia… No wiesz, ci bogacze… Przynieśli karton dwudziestoletniego Dom Perignon’a, doskonale odleżałego. Od razu można pić. Ale to jeszcze nic…

– Co ty powiesz?

– W progu odśpiewali mi na trzy głosy „La donna e mobile”. Boże, jakie wykonanie! Mury chodziły od tego wibrato.

– Oj, sąsiedzi będą mieli o czym mówić.

– Oj, tak – kobieta wybucha perlistym śmiechem.

Jak zwykle żałuję, że nie mam przy sobie dyktafonu. Tyle cennych informacji znów przepadnie w otchłani niepamięci. Od jutra będę nagrywać, postanawiam, przyglądając się ogromnej kobiecie w czerwonym T–shircie i krótkich spodenkach w białozieloną kratę. Plecak spoczywa na jej białych udach o konsystencji rozgrzebanego budyniu. Pewnie amerykańska turystka…

Czuję swędzenie, pocieram kciukiem opuszki palców. Teraz! Muszę znaleźć notes i długopis, wiem, że muza jest obok. Zaraz pojawi się historia. Kątem oka widzę młodego mężczyznę. Chociaż… właściwie równie dobrze mógłby być w moim wieku. Jednak to nie on, tylko szkic, który trzyma na kolanach przykuwa moją uwagę – samolot, chyba bojowy, a obok pocisk. Niby nic takiego, ale schemat jest w kolorze czarnym tylko ten nabój bije po oczach głęboką barwą. Terrorysta? Kamikadze!

Opuszki palców swędzą coraz mocniej. Nerwowo przekopuję torebkę w poszukiwaniu długopisu, notes trzymam już w dłoni. Jakiś facet wpada na mnie z impetem.

– O przepraszam, panienko…

Torebka wypada mi z dłoni, schylam się po nią, upadam na kolana. Torebka ucieka sprzed mojej dłoni jakby ożyła. Ale udaje mi się ją złapać. Siadam na podłodze, mam w dłoni notes w drugiej trzymam długopis. Przenoszę się w czasie. Potężny wstrząs sprawia, że przechylam się w prawo. Jakaś siła wgniata mnie w udo potężnej Amerykanki. Tramwaj przyśpiesza, zagłębiam się w budyniowate cielsko wieloryba. Jest miękkie i ciepłe, więc się poddaję. Ktoś krzyczy, kobieta w czerwonej sukience wywraca się, leży u moich stóp. Próbuje się podnieść, ale przeszkadza jej w tym starszy pan, który z hukiem padł na kolana. Kapelusz spada mu z głowy. Mężczyzna rozgląda się nieprzytomnym wzrokiem. Obok ląduje torebka, a w ślad za nią właścicielka. Czyjeś kolano mocniej wciska mnie w ciepłe krągłości wieloryba. Tramwaj przyśpiesza. Wrzask pasażerów dociera do mnie jak przez mgłę. Prawe ucho mam wciśnięte w budyń, drugie zatkane kolanem ubranym w szorstkie lniane spodnie. Rozlega się trzask tłuczonego szkła, ludzie krzyczą. Po chwili wrzask cichnie. Cisza wibruje mi w uszach, potem rozrywa ją płacz dziecka. Ale i on zamiera. Podnoszę się chwiejnie. Grube cielsko zsuwa się z ciasnego fotela i spada na moje stopy. Patrzę w dół. Czaszkę kobiety na wylot przebija kawał szkła w kształcie sopla. Z ucha sączy się krew.

Podnoszę głowę. Przed oczami mam ludzkie korpusy i bezwładnie rozrzucone kończyny. Czerwono!

Ciała. Setki ciał. Nikt się nie porusza. Ludzka głowa toczy się po posadzce w moją stronę. Robi mi się gorąco. Czerwono! Nogi mam jak z waty. Zaraz zemdleję… Ale spinam się w sobie. Znów się rozglądam. Nikt się nie podnosi, nie ma śladu życia. Ludzkie szczątki, wszystkie zbroczone krwią. Nie mam śmiałości po nich stąpać, a ominąć ich nie sposób. Udaje mi się przeskoczyć wielką Amerykankę. Wyjmuję z gumowej uszczelki resztki szkła i przesadzam nogę przez wybite okno. Ale cofam ją. Nasłuchuję.

Cisza dźwięczy mi w uszach. Spoglądam na miasto, wygląda na opustoszałe. Tak zwykle jest zimą o piątej nad ranem, gdy wybieram się na jogging. Mogę przebiec dziesięć kilometrów, nie napotykając człowieka. Tylko że to nie jest zimowy świt, ale letni piątek w porze lunchu. Nasłuchuję. Staram się wychwycić jakieś odgłosy. Nie dociera do mnie nic, żaden dźwięk. Miasto umarło.

Ding… ding – Szanowni państwo przystanek Plainpalais.

Zamykam notes, wpinam w niego długopis i podnoszę się z miejsca. Zanim wysiądę, jeszcze raz spoglądam na szkic samolotu spoczywający na kolanach mężczyzny. Nabój… jego czerwona barwa nasyciła się.

 

Autor: Katarzyna Sikora Borowiecka

 

 

fot. z archiwum autora

fot. z archiwum autora

Katarzyna Sikora Borowiecka: napisała trzy powieści. Dopiero druga spodobała się wydawcy, na tyle że „zaistniało prawdopodobieństwo, że ją wyda”. W chwili, kiedy dostała tę wiadomość, miała w szufladzie już trzecią książkę. Zdmuchnęła warstewkę kurzu i posłała ją, temu samemu wydawnictwu, aby podbić stawkę i hurtem ukazać się na księgarskich półkach.

Musi się udać, już przygotowała się na sukces wydawniczy. Przycięła żywopłot, uporządkowała trawnik i wysadziła pomidory, aby paparazzi nie umarli z głodu, kiedy ona będzie składać autografy.

Lubi mieć wszystko zaplanowane, jedyne czego okiełznać nie potrafi, to wyobraźnia. Jeżeli nie wypisze z siebie pomysłów, nie dają jej w nocy zmrużyć oka. Pisze, żeby się wysypiać.

Tags: ,

Komentarze do Czerwony tramwaj – opowiadanie Katarzyny Sikory – Borowieckiej

  1. Irena pisze:

    Opowiadanie mrozace krew.Ale super na dzien dobry ful adrenaliny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *