MENU
Bronislawa_Wajs_2

Papusza – poetka, która nie wiedziała, że jest poetką

1024px-Golden_Snub-nosed_Monkeys

Myślę, więc jestem (Kartezjusz). Jesteś, więc myślisz, że myślisz (ja)

6 maja 2016 Comments (0) Views: 877 Myślę

Czas to kłamstwo zegara

Jeśli człowiek ma prawo tylko do jednego życia, to jakby nie żył w ogóle.

Na dworze kilka stopni powyżej zera. Szary, bydgoski poranek. Listopad. Zakładam spodnie z cienkiej bawełny, sięgające połowy łydek, do tego niewidzialne skarpetki, a na nie ulubione, miękkie buty do biegania. Zamek bluzy zapinam pod samą szyję. Klucze do mieszkania, ciężkie, obce, wypychają ciasną kieszeń. Wybiegam na chodnik przed blokiem, sunę w kierunku lasu, wzdłuż murów, niczym ninja – z głową schowaną w kapturze i wzrokiem wbitym w czubki butów.

Nie jestem stąd. Nie potrzebuję potwierdzenia tego faktu w spojrzeniach przechodniów.

To moje osiedle. Tu się wychowałam, przemieszkałam osiemnaście lat formalnego dzieciństwa. Przez następne trzydzieści przewędrowałam kawałek świata. Zmieniłam się ja, zmieniły się miejsca, które tak dobrze znam. Drogę prowadzącą do lasu wyrzeźbił pod moją nieobecność kapitalizm. Chodniki z kostki brukowej prowadzą ku kolorowemu szyldowi Biedronki. Hotele robotnicze przerobiono na mieszkania, teren ogrodzono, ładne samochody zdobią strzeżony parking. Na odmalowanych budynkach dużo szkła i stali, ale przez plastikowe okna mży światło topornie szerokich jarzeniówek. Jedyny ślad dawnych czasów.

Pod tymi oknami bawiłyśmy się lalkami, rozłożone z całym gospodarstwem na kocykach wśród krzewów. Ukryte przed czujnym wzrokiem mam, za to widoczne dla rezydentów hotelu. Moje koleżanki, zlizując oranżadę w proszku z brudnych dłoni, przerzucały się opowieściami o tym, gdzie i jak zostały zaczepione przez „hotelarza”. Jakby całe ich życie zmierzało do nadrzędnego celu: wpaść w oko klnącemu na prawo i lewo chłystkowi z wieczorowej szkoły. Przebojem sezonu w mniej więcej czwartej klasie stała się historia Doroty, którą widziano na cmentarnej ławce, siedzącą na kolanach jednego takiego i palącą papierosy. Prawda to? Nigdy się nie dowiemy.

Jaka ja byłam wtedy niewinna.

Dobiegam nieśpiesznie do pierwszych drzew. Las nie zmienił się nic. Przechylone w kierunku osiedla sosny kojarzą mi się z monotonią rodzinnych spacerów. Pomiędzy nimi nudne asfaltowe alejki, ławki bez desek, ale zdarza się i kompletna. Muszę wykonać kilkanaście pętli, aby uzyskać godzinę treningu. Nie odważę się jednak pobiec na strzelnicę, za tory, choć dopiero za nimi zaczyna się prawdziwa dzika natura. Kiedyś zaczynała się tam wolność. Dzieci bez trudu uzyskiwały zgodę rodziców, aby bawić się w tamtym lesie, a ja nie. Bo niebezpiecznie. Dziś też się tam nie wybiorę, choć coś mnie woła ku piaszczystym górkom wokół strzelnicy. Po „parku leśnym” – tak dawna rada osiedla nakazywała tytułować te tereny, bo może „las” kojarzył się z nadmiarem szczęścia? – kręcą sie zakapturzeni żule. Nie martwię się, myślę, że dałabym radę im uciec. Fajnie byłoby się zmierzyć. Sprawdzić, czy moje regularne przebieżki nie idą na marne.

Przy drugiej rundzie mam okazję przetestować swój refleks. Z naprzeciwka nadchodzi szary człowiek z szarym pieskiem. A właściwie z wiewiórką na smyczy, tak to coś wygląda z odległości kilkunastu metrów. Stworek drobi bezmyślnie przed siebie, ale kiedy się mijamy, rzuca się na moją nagą łydkę. Dokładnie tego się spodziewałam, wpatrując się w jego przebiegłe oczka, więc odskakuję w porę na wytarty trawnik. Wciąż jestem dość szybka. Dałam radę.

Przy torach kręci sie ekipa budowlana. Po dziesięcioleciach planowania ziści się wola mieszkańców tej części miasta: powstanie stacja kolejowa Bydgoszcz-Błonie. Moje marzenie z czasu studiów, kiedy wracając co tydzień z Poznania, musiałam przejeżdżać w nocy całe miasto, mimo że pociąg przemierzał wcześniej las, na skraju którego w czwartym z kolei bloku spała mama.

Budowlańcy obserwują mnie spode łbów. Wariatka, ale takich teraz tutaj pełno. A ja czuję się dzięki nim bezpieczna. Uśmiecham się przymilnie, w razie gdyby żule jednak zaatakowali. Mam przecież na uszach słuchawki, źródło dźwięku ukryte w kieszeni musi być coś warte.

Pachnie świeżym ciastem. Za chudymi pniami sosen majaczy w porannej mgle stara piekarnia. Po spękanym asfalcie suną dostawczaki. Tutaj przyjeżdżałam na randki z moim pierwszym chłopakiem, dawno, dawno temu. Ze zdziwieniem odkrywam, że to wspomnienie nie ma w sobie zapachu ani dźwięku. Nie byłoby go, tego chłopaka i tych randek, w moim drugim, poprawionym życiu? Może nie.

Przerywam bieg, idę poćwiczyć między drzewami. Przygląda mi się podejrzliwie para emerytów okutanych w czapy i szaliki. Obserwują moje sinoczerwone łydki. Wiem, że jutro tutaj nie wrócę, chociaż ciuchy do biegania zajęły spory kąt małej walizki. Nie relaksuję się. Nie chcę tak. Jednak do tego miejsca, przynajmniej obecnie, nie należę.

 

Ludzkie decyzje są przerażająco łatwe.

Wyjechałam, kiedy mama skończyła 67 lat. Teraz ma 90 z kawałkiem. Staruszeczka, bezbronna, wymagająca ciągłej opieki. Ale na swoim. Przyjęłam zadanie zamieszkania z nią przez kilka dni i nocy. Miałam być jej pociechą na starość, jednak wszystko ułożyło się inaczej. To ja jako jedyna z trojga rodzeństwa wywędrowałam z Polski. Nie oglądając się za siebie, nie żałując niczego. Nie czuję , abym miała wtedy wybór, i może tak łatwiej.

Wracając do mojego bloku, przyglądam się żłobkowi. Jest starszy ode mnie, ale tylko bryła budynku przypomina dawne czasy. Wokół piękny ogródek na miarę lepszej rzeczywistości, mimo jesiennej pory widać, że zadbany. Kolorowe sprzęty dla maluchów. Kiedyś stały tu przerdzewiałe zjeżdżalnie i karuzele, zresztą dzieci i tak przesiadywały w dusznych pomieszczeniach. Po mojej stronie płotu rozkłada się mała grupka osiedlowych pijaczków, którzy dotarli tu najpewniej z Żabki, wymachując radośnie reklamówkami z piwem. Wzdłuż niskiego muru ustawiają starannie torby z zakupami, rozdzielają towar. Tworzą radosne kółko. Ze żłobka wysypuje się tłumek dzieci. Podbiegają do wujków, roześmiane. Taki kraj. Przykład idzie zza płotu. Czy coś się zmieni, kiedy maluchy dorosną?

 

Idea wiecznego powrotu ma w sobie coś tajemniczego.

Wchodziłam do tej klatki schodowej – jak trudno to zliczyć w parę sekund – kilka tysięcy razy? Mniej, więcej? Dzięki stabilności moich rodziców, a może braku mobilności, zakotwiczyłam tutaj na tyle lat i ciągle wracam, a niedługo minie półwiecze. Ja nie potrafiłam ofiarować moim dzieciom tego samego: jednego adresu na całe dzieciństwo. Czy zyskałam, mieszkając tutaj nieprzerwanie, poczucie bezpieczeństwa, które – o to się czasami lękam – zabrałam córce i synowi?

Za eleganckimi dzisiaj drzwiami wejściowymi, ozdobionymi domofonem i szklanym, półokrągłym daszkiem, kryje się raczej mroczny świat. Dopadło mnie tu kiedyś dwóch kolegów z podwórka. Jeden trzymał w dłoni wijące się stworzenie, drugi odchylał kołnierz mojej bluzki. Napad z dżdżownicą w ręku. Nic w tym nadzwyczajnego, codzienne podwórkowe porachunki. Ale mnie zdarzało się to częściej, bo moja rodzina nie pasowała do reszty sąsiadów. Dziwnie ułożyły się jej losy, wielokrotnie słuchałam narzekań mamy, że jeśli już nie na lepszym osiedlu, to przynajmniej większe mieszkanie tato powinien w spółdzielni wytargować. Było jak było. Ja tego nie rozumiałam. Jak każde dziecko, przyjmowałam rzeczywistość bez zastrzeżeń. Mój czas ograniczał się do planów od siódmej rano do „po dzienniku”. Jeśli kiedykolwiek, to właśnie wtedy doświadczaliśmy „nieznośnej lekkości bytu”.

 

Ludzki czas nie toczy się po kręgu, ale biegnie naprzód po linii prostej. To jest powód, dla którego człowiek nie może być szczęśliwy, ponieważ szczęście jest pragnieniem powtarzalności.

Dziecko jest trochę jak pies, prawda? Karenin u Kundery wraca codziennie rano z rogalikiem w pysku. My chcieliśmy robić każdego popołudnia, po szkole, dokładnie to samo. Tylko wtedy byliśmy szczęśliwi. Tyle samo godzin skakać przez gumę, grać w noże czy w kapsle na mokrym piachu, zwisać z trzepaków koło śmietnika, a potem z luksusowego, specjalnie dla dzieci postawionego – i diabelnie niebezpiecznego! – „pająka”. Teraz przy śmietniku ktoś posadził bergenie i iglaki. Dzieciaki zniknęły, czasami przemknie który wzdłuż bloku z komórką w dłoni i plecakiem na ramieniu, w pośpiechu.

W klatce schodowej nie zmieniło się nic. Nowoczesność pozostała na zewnątrz bloku. Ciemnoszare, wydeptane stopnie prowadzą mnie na pierwsze piętro. Po drodze widoki nie z tego świata. Drzwi z wymyślnymi zabezpieczeniami, wyglądające jak eksponaty muzealne szafki z licznikami. Nasza klamka też ta sama od półwiecza. Na framudze ledwo widoczne litery K+M+B. Bardzo długo myślałam, że to inicjały moich rodziców: Krystyna + Mieczysław + Bonin. Czemu nie? Pasowało jak ulał. Z religii miałam piątkę, ale przekonanie o własnej nieomylności było silniejsze niż słowotok księdza. Dzieci potrafią wierzyć, bardzo mocno.

W mieszkaniu zaszły spore zmiany, ale nie od razu je widać. Najpierw korytarz, taki sam jak przed laty. Na podłodze grube, drewnopodobne linoleum, szafa zbudowana – jak wiele mebli – przez tatę. Stare, niebrzydkie lustro z toaletką. Spędzałam przed nim długie chwile jako dziewczynka. Kundera wziąłby mnie w obronę: to nie z pychy, lecz w poszukiwaniu swojego „ja”. Mama mruczała z fotela coś o próżności. Dziś byłaby szczęśliwa, że ma mnie dla siebie na tak długo i może popatrzeć ukradkiem na najmłodsze dziecko, jeśli tylko nie domknę drzwi. Ale ona już niedowidzi, a ja nie mam czasu tak sobie stać.

 

Korzystaj ze stojącego czasu…

…napisała do mnie koleżanka, z którą czatowałam w tych dniach. Nie, żebym chciała się jej poskarżyć. Przecież książki, mama, obowiązki. To tylko kwestia przyzwyczajenia. Ale cisza. Duszno. Inny wymiar wszystkiego. Choć czosnek w tym samym miejscu od ponad czterdziestu lat. Pojemnik na mąkę też ten sam, w kącie szafy, a na ceracie zbrązowiałe kółko wokół jego podstawy. Lampy pod sufitem autorstwa taty. Trzy białe kule na desce oklejonej tapetą. Umyte starannie przez cierpliwe wobec babcinych życzeń wnuczki. Tylko szklanki w bufecie jakby mniejsze. Przykładam do nich dłoń, zanim napełnię dwie, dla siebie i mamy, sokiem z kaktusa. Kiedyś były duże, teraz ledwo starczają na dwa łyki. Kiedyś nie lało się do nich soku, tylko kompot z domieszką wody z czajnika. Teraz opowiadam mamie, jak kilka dni wcześniej oglądałam na własne oczy owocujące krzewy kaktusowe. Na Malcie. Świat też stał się mniejszy.

W mieszkaniu wiszą liczne zegary. Pytam – po co? Komu potrzebne to tykające przypomnienie o mijających chwilach. W naszym, londyńskim, nie ma żadnego. Czas jest zaklęty w komórce. Precyzyjnie, więcej nie trzeba. Piękny zegar, który dostałam przed laty od matki chrzestnej, pamiątka rodzinna, spoczywa owinięty w folię bąbelkową gdzieś pod Londynem. Stanie na honorowym miejscu w naszym polskim siedlisku, jeśli je w końcu wybudujemy.

Mama wstaje o drugiej w nocy, je śniadanie. Nasłuchuję przez uchylone drzwi, czy się nie potknęła. Chodzi powolutku, trzymając się mebli. Czasem o lasce, czasami bez. Ona wie najlepiej, nikt nie śmie jej niczego narzucać. Obiad jadamy o jedenastej. Muszę się śpieszyć, po bieganiu zakupy i zaraz gotowanie.

Mama przesypia popołudnia w fotelu, mało ze mną rozmawia. Ja uciekam do jej pokoju, który był kiedyś mój. Siadam naprzeciw ściany, do której tata przymocował długą półkę. Mieściła całą kolekcję lalek. Do dziś pamiętam ich imiona: Masza, Natasza, Ala, Agata, Lidka, Bala i Krakowianka. Lalki potworki, moje pierwsze córki. To pokój zaklęty we wspomnieniach. Zegary tykają tutaj jak szalone. Jeden z nich wisi na ścianie zamiast półki. Niebieski, plastikowy, pewnie z Chin. Wściekle odmierza czas, jakby chciał podkreślić swoją rację. Obok niego ciemny obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej. Paprotka, zwisająca obojętnie nad głową mamy, sypiającej w tym miejscu od lat.

Czy tutaj skończy się jej czas? Wszyscy nad tym rozmyślamy, w tajemnicy…

I jeszcze duży krzyż z jasnego drewna, Chrystus ze zbolałym wyrazem twarzy. Na stoliczku nocnym dwa budziki. Te na pewno kłamią. Każdy pokazuje co innego.

 

Zorza śmierci opromienia wszystko czarem nostalgii.

Jakoś to będzie. Mama nie ma już wielkich pretensji wobec życia. Jest jej bardzo ciężko. Niewiele kojarzy, czasem, kiedy dzwonię i poruszam ulubiony temat – pogody – odpowiada, żebym się nie gniewała, ale ona nie pamięta, czy dziś pada. Mam spytać kogoś innego.

To takie smutne chwile.

Naciągam ją na wspominki. Przelatujemy wszystkich sąsiadów, z góry do dołu. Ożywia się. Kolej więc na tych z działek w Janowie. To samo. Jest przez chwilę dawną sobą. Mówi troszkę szybciej, głośniej. Ale potem, wyczerpana, znów zapada w sen.

 

 

***

 

Mijają tygodnie. U mamy niewiele się zmienia, ja ponownie w Londynie. Dowiaduję się, że raz z nią lepiej, raz gorzej. Nasze rozmowy telefoniczne są coraz krótsze. Zobaczymy się za dwa tygodnie, w układzie naszych osi czasu pojawi się kolejny punkt styczności. Mama od lat w to nie wierzy. Że będzie jeszcze ten kolejny raz. Jak miło, że się ciągle myli.

Kończę czytać książkę o nieznanej mi Bydgoszczy lat 90-tych, „Inną duszę” Łukasza Orbitowskiego. Trudno nie ulec tak dobrej literaturze, choć fakty wymieszane z elementami fikcji są wstrząsające. Bohaterowie jak rodzina, wcale nie z obrazka. Czy czas podarował Bydgoszczy inną duszę? Czy do takiego miasta wrócę na starość – pomiędzy pogubionych w nowej rzeczywistości ludzi? To z czarno-białych fotografii mojego dzieciństwa zapamiętałam jako miasto szczęśliwe. I tam, czuję wyraźnie, muszę powrócić, aby coś dokończyć. Tym razem mój zegar nie kłamie. Czas wracać. Do domu.

 

—————————————

(Cytaty, poza przytoczoną wypowiedzią koleżanki, pochodzą z „Nieznośnej lekkości bytu” Milana Kundery.)

 

Autor: Zuzanna Muszyńska

Korekta/Redakcja: Hanna Bilińska-Stecyszyn

 

fot. z archiwum autorki

fot. z archiwum autorki

Zuzanna Muszyńska (1968):

Gospodyni domowa z poczuciem humoru, informatyczka bez praktyki, nomadka z wyboru, pisarka bez wiary. Zadebiutowała w antologii „Autostop(y). Dziesięć opowiadań o wolności” opowiadaniem „Tryptyk znad Tamizy”. Pisuje wiersze, humoreski, bloguje. Współtwórczyni BALONu LITERackiego działającego pod opieką Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie. Należy do londyńskich grup literackich KaMPe i IV Piętro. Publikowała między innymi w „Pamiętniku Literackim” i „Coolturze”. Biega, pływa i nie lubi piwa.

 

 

 

Tags: , , , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *