MENU

napinam prążkowane wersami mięśnie – poezja Katarzyny Zwolskiej –...

Archipelag islam – książka obowiązkowa

5 lutego 2018 Comments (0) Views: 452 Czytam, Opowiadania

Czarna Pani – opowiadanie Zosi Calar

Dokąd biegniesz, pani, w noc głuchą i straszną?

Na skałę wysoką ból ukoić – zasnąć.

W rozpaczy, bez męża żyć dalej ja nie chcę.

O, pani, błagam! Zastanów się jeszcze.

Lecz ona nie słucha, już skały dopada.

Wtem patrzy zdumiona, bo u skały szczytu

Duch męża stoi z piersią strzałą przeszytą.

Najmilsza, na Boga, żyj, nie umieraj!

Do dzieci wracaj, nie opuszczaj ich teraz.

A jeśli chcesz, tutaj przychodź czasami.

I płacz.

Tak swoją rozpacz ukoisz – łzami…

                                          – Zosia Calar

 

 

pxZdawało mu się, że gdy zawisł na jednej ręce, krzyknęła kobieta. Ale przecież na dole nie było nikogo. Nikt nie stał z zadartą głową i nie patrzył, jak szuka oparcia dla stóp. Nikt nie wiedział. W panującej ciszy ukruszony występ skalny potoczył się w dół, obijając o ścianę, po czym upadł w stos wapiennych odłamków u podnóża i znieruchomiał. Przez moment słychać było stłumiony pogłos, a potem już tylko pobliskie drzewa szumiały ponuro, jakby szeptały między sobą o tym, co było, i o tym, co miało nadejść. Cisi, zadumani świadkowie.

Bywało, że śnił: widział siebie wiszącego nad przepaścią, wczepionego dłonią w niewielką szczelinę. Bez uprzęży. We śnie krzyczał, lecz gęsta ciemność pochłaniała jego głos i wiedział, że pomoc nie nadejdzie. Wtedy budził się i długo leżał w wilgotnej pościeli, zapatrzony w pełzające po suficie światła miasta, które nigdy nie zasypiało, zasłuchany w spokojny oddech kobiety, którą kochał. Potem złe sny opuszczały go, przemijały wraz z nocą, a on wracał tu właśnie, do świata wapiennych skał i cienistych wąwozów, gdzie skamieliny ślimaków leżały na krętych ścieżkach niczym wysłannicy pradawnych dziejów. Wcierał magnezję w dłonie, wybierał drogę i zwyciężał wśród jedynego w swoim rodzaju pobrzękiwania karabińczyków i nawoływania towarzyszy, odbijającego się echem od zimnych ścian. Teraz jednak był sam. Jak we śnie. Zawisł w połowie ściany, z którą mierzył się już kiedyś jeden jedyny raz. Bezskutecznie. Nazywano ją skałą Czarnej Pani, bo zgodnie z legendą pewna wdowa codziennie o zachodzie słońca siadała na szczycie i opłakiwała śmierć męża, a jej czarne od ogromu rozpaczy łzy spływały, tworząc na wapieniu charakterystyczne zacieki. Czasem pośród szumu wiatru można usłyszeć szloch zrozpaczonej kobiety. Znał tę legendę, tak jak wiele innych legend. Tkwiła w zakamarkach umysłu, by od czasu do czasu wieczorami wychynąć podczas biwaków z przyjaciółmi, a potem znów zostać zepchniętą na dno świadomości przez sprawy mające znaczenie. Fantastyczna, nikomu niepotrzebna opowieść. A jednak skała Czarnej Pani przyciągała go, odkąd pamiętał. Tkwiła w samym sercu doliny, wyniosła, groźna i tajemnicza. Dla niego nadal pozostawała niezdobyta.

Próbował lewą nogą znaleźć choćby najwęższą krawędź, ale stopa wciąż ześlizgiwała się po gładkiej powierzchni. Zapiekło go miejsce tuż pod kolanem i chwilę później poczuł ciepłą, lepką strużkę spływającą po łydce. Powoli tracił siły. Oddychał z trudem, płytko, a na wargach czuł słony smak potu spływającego z czoła do otwartych ust. Mimowolnie spojrzał w dół, nieco w lewo, gdzie stał mały drewniany krzyż. Dziewiętnastoletni student wspinał się kiedyś tą samą drogą.

Zastygł w bezruchu. Palce prawej dłoni otarte do krwi zaczynały odmawiać posłuszeństwa. Wiedział, że dłużej się nie utrzyma, ale nie umiał rozluźnić uścisku z własnej woli. Zapragnął choć na chwilę stać się częścią tej skały, małym odłamkiem, by kiedy zacznie spadać, nie być świadomym umierania, nie czuć upadku. Pomyślał jeszcze o żonie, o jej kruczych włosach, w których już nigdy nie zanurzy palców. O jej ciele, do którego już nie przylgnie swoim ciałem. O wszystkich błahych i poważnych sprawach, które miały być ich wspólnym udziałem, ale jego już nie będą. Na koniec zadarł głowę, by nie widzieć, jak będzie zbliżał się do ziemi, ani tego małego krzyża.

Wtedy dostrzegł hak. Mocno osadzony w zagłębieniu, z pewnością tkwił w skale od dawna, wypolerowany setkami wpinanych i wypinanych karabińczyków, pobłyskując na tle matowej, czarnej ściany. Sklął siebie w duchu za to, że nie zauważył go wcześniej. Całą siłą woli spróbował się podciągnąć i dosięgnąć go wolną ręką, lecz chybił. Ramię przeszył mu obezwładniający ból. Przyszło mu na myśl, że wyrwał rękę z barku. Spojrzał znów na hak, błagając o cud jakiegokolwiek boga, bo nie był pewny istnienia żadnego. Zagryzł wargi niemal do krwi i podciągnął się po raz drugi. Zawył z bólu lecz teraz dosięgnął. Zacisnął dłoń na metalowym uchu haka najmocniej, jak mógł, a stopy automatycznie poszukały oparcia. Zaczął piąć się w górę, nie zwracając uwagi na pot zalewający oczy. Kiedy dotarł na szczyt i poczuł wreszcie stabilny grunt, odpełzł nieco od krawędzi i padł na trawę, twarzą do ziemi, dysząc niczym konające zwierzę.

Leżał tak bardzo długo, aż zaszło słońce i chłód wieczoru otrzeźwił go. Próbował wstać, ale nogi ugięły się pod nim, więc na czworakach dotarł do najbliższej brzózki i usiadł. Dygotał na całym ciele. Drżał w nim każdy mięsień. Wszystkie otarcia i rany zaczęły go piec, a prawy bark palił niby ogień. Krew płynąca z rany pod kolanem nie zakrzepła jeszcze zupełnie. Sączyła się z wolna i kapała na wygniecioną trawę.

Jęknął. Chwilę siedział wpatrzony w szkarłatną łunę na zachodzie, powiódł półprzytomnym wzrokiem po ciemnej dolinie, a potem ukrył twarz w dłoniach i zapłakał, jak nigdy wcześniej. Łzy mieszały się z resztkami magnezji i zabielone kapały na podkoszulek. Stopniowo uspokajał się, oddychał coraz wolniej. Wytarł dłonie w trawę, pozostawiając na niej białe smugi. Drzewa nad nim zaszumiały niemal bezgłośnie i poczuł, że coś musnęło jego ramię. Bark pulsował mu z bólu, ale odczuł to wyraźnie. Delikatny, kojący dotyk, jak pieszczota kobiecej dłoni. Zadrżał na samą myśl. Obejrzał się, lecz nie dostrzegł nic prócz kołyszących się dwóch gałązek. W nastającym zmroku patrzył, jak drgały coraz delikatniej i znieruchomiały. Między drzewami wiła się ledwie już widoczna ścieżka. Pora wracać.

 

Czasem, kiedy w trakcie wspinaczki zaczynał boleć go bark, zostawiał innych wspinaczy i pobrzękujące karabińczyki. Przychodził pod skałę Czarnej Pani i długo patrzył na czerniejące zacieki, lecz w miejscu, w którym osadzony był hak, widział jedynie gładką powierzchnię. Wtedy podmuch wiatru kołysał drzewami na szczycie, a on miał wrażenie, że słyszy łagodny i cichy śmiech kobiety.

 

Autor: Zosia Calar

 

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *