MENU

Rywalka – opowiadanie Krystyny Śmigielskiej

„Niech go obudzi i niech nim wstrząśnie.” Z Jakubem Winiarskim rozmawia...

27 marca 2019 Comments (0) Views: 209 Czytam, Poezja

Co było a czego nie ma – proza poetycka Magdaleny Cybulskiej

Opowieści

Chodziłyście tam bawić się po lekcjach. Wśród brzóz, wysokich traw, opowieści o mieście, które kiedyś tu istniało, czułyście się bezpieczne. W przeszłości. Pewnego dnia archeolodzy wykopali średniowieczny, wybrukowany trakt. Urywający się nagle i bez przyczyny. Zebrali podkowy, nożyki, łyżki, kufle, fragmenty glinianych naczyń. Resztki po życiu. Oznaczyli numerkami. Świadkowie mówili, że macewy wywieźli Niemcy do utwardzania dróg. Potem na żydowskim cmentarzu była żwirownia. Przesypywały się kości w klepsydrze. Ewangelicy nadal śpią w krzakach. Pod swoimi misternymi nagrobkami. Kamienne gałązki i kwiaty jak żywe. Mieli pewność, że można coś ocalić. Lecz się mylili. Dziś mieszkają tu katolicy z garścią monet z okresu wpływów rzymskich w pobliskim muzeum i grobami z napisami N. N. z drugiej wojny światowej. Opowiadasz o tym mieście. Znasz je od podszewki. A ono skarlało, porosło kamienicami, szarym dymem. Fatalna jakość powietrza powtarzają w telewizji. Ciągle nie możesz w to wszystko uwierzyć. Z tkaniny opowieści wychodzą nitki. I końca z końcem nie można związać.

 

 

Co było, a czego nie ma

Przeszliśmy przez murek na żydowski cmentarz. Brama zamknięta. Już ich tam jednak nie było. Dopalała się świeczka w kamiennym świeczniku. Nawet jasne brzozy przestały się modlić. Bo nie ma o co. Z pagórka miasto wygląda odmiennie. Dachy kamienic, anteny satelitarne, jakaś wieża. Nie trzeba się zagłębiać. W labirynt ulic, uliczek, zaułków. Niedomówień, przemilczeń. Czasem jednak patrzymy pod nogi. Wąchamy obcy, daleki strach. Poznajemy krawędzie ludzkich tragedii. Kiedyś podobno rynek był ładniejszy. Świadkowie tamtego miasta i tamtych kamienic umarli lub uciekli. Niektórych wywieziono i słuch po nich zaginął. Cisza. Żadnych kroków. Dziś szukamy ich śladów, choć chodnik nowiutki. Słów pacierza. Przedwojennego. Wszystko jest trochę inaczej, niż miało być. Sprawdzam na rozkładzie kiedy odjeżdża ostatni autobus. Bo tu podobno mało co się zatrzymuje. I wydostać się stąd nie sposób. Niektórzy czekają na okazję. Aby odejść z tego miejsca na zawsze. Bo żadna niteczka nie łączy ich z przeszłością. A śnieg przecieka przez palce. Cierpliwie. Amen.

 

 

W oczekiwaniu na pociąg, miłość lub pierwszą gwiazdkę

Padał śnieg. Na wystawie sklepowej marzły panny młode w białych sukniach, tiulach i koronkach. Pobrzękiwały sztucznymi perłami. To jednak nie ich moment. Czekaliśmy na pierwszą gwiazdkę. Na dworcu cisza. Głęboka. Jakby zniknęły wszystkie ścieżki, drogi, rozkłady jazdy i cała reszta. Zegar był martwy, ktoś zmówił nad nim wieczny odpoczynek. Tylko lampa uliczna wciąż istniała, obdarzając nas żółtym światłem. Cierpliwie. Pociąg się spóźniał. Para zakochanych miała więcej czasu, aby się pożegnać. Przypominali sobie słowa, których nie zdołali jeszcze wypowiedzieć. Inni w myślach ćwiczyli już swoje role w jasełkach. Maryi, Józefa a nawet Dzieciątka. Tylko pies stał zziębnięty i zdziwiony.

Z zupełnie innej bajki. Próbowałam odnaleźć się na Facebooku. Ale nic z tego nie wyszło. Przylepiłam się do pejzażu. Wjeżdża zagubiony towarowy. Wagon za wagonem się toczy.

Świat na chwilę odzyskuje realny kształt. Kontury, kropki, przecinki i znaki zapytania.

 

 

Prowincjonalne miasteczka, poeci i pestki

Stacyjka szczelnie zamknięta. Niewidoma. Mówisz, że przerażają cię małe miasteczka.

Bo nigdy nie wiadomo, co się może w nich wydarzyć lub już wydarzyło. Zostajesz sam wśród kamieniczek. Wiernie towarzyszy ci tylko deszcz. Nie masz kogo zapytać o drogę.

Jedynie wieża kościelna wskazuje właściwy kierunek. W cukierni wczorajsze słodkie bułki ze śliwką. Cały rynek można zmieścić w kieszeń kurtki, nawet bezpańskie psy się zmieszczą. Podobno straszą tu duchy żydowskich dzieci. Choć ja nadal widzę tylko ich uśmiechy na czarno-białym zdjęciu w muzeum i mleczne zęby, które chwieją się raz w jedną, raz w drugą stronę. Między nimi biegają kury. Przez chwilę mam ochotę do nich dołączyć, lecz stwierdzam, że to nie byłby dobry pomysł. Bo nie chcę jeszcze umierać. Jest też pomnik dzielnych polskich i rosyjskich żołnierzy. Ale wszyscy omijają go z daleka. Udają, że nie znają tej historii. Przeszłość i przyszłość depczą sobie po piętach, chodzą tymi samymi wąskimi uliczkami. Świat jest niewielki. I nigdy nie wiadomo gdzie i kiedy się spotkamy. Nad jaką filiżanką z kawą i nad jakim wierszem. Twardym, pełnym drobnych pestek.

Nie lubisz małych miasteczek. Bo można je tak pokochać, że się zostanie na zawsze wśród nieistotnych świętych i prowincjonalnych poetów.

 

 

***

Ze zdjęcia spogląda na mnie pies. Łata. Uśmiecha się kącikiem psiego pyska.

Biegłyśmy po drodze wybrukowanej kawałkami macew. Nie wiem czy prowadziła ona do arkadii czy do piekła. Jaki Bóg czekał na jej końcu. Może nikogo tam nie było. Synagogę zamknęli. Była tu obca. Podobno. Jej dach pokrył się zieloną rzęsą i chmurami. Obok w stawie rechotały żaby. Na całą tę historię. Bardzo poważną. Ale to nie było dla nas ważne. Istniały sprawy większej wagi. Szukałyśmy muszelek w rzece. Między ziarenkami piasku. Które odmierzały czas. Mozolnie. Wchodziłam na kościelną wieżę.

Aby pociągnąć za sznur dzwonu. Wielkolud. Wszechwładny. Odzywał się wtedy o niewłaściwej porze. Nie wzywał na modlitwę. Swoim basowym: bim-bam, bim-bam. Z góry. Świat wydawał się kruchy. Trawiasty. Domy nie były głęboko zakorzenione. Pachniały sierpniem i maciejką. Końcem i początkiem. Dziś niebo jest poprzecinane szlakami jaskółek. Może gdzieś wśród nich jest Łata. I próbuje zębami uchwycić czarne skrzydło. Starannie obwąchuje wszystkie kamienie i obłoki.

 

 

***

Na cmentarzu Jezusowi utrącono głowę. Na jego kamiennych dłoniach przysiadają czasem

wróble. Pewnie tylko one mu współczują całej tej drogi krzyżowej. Biegaliśmy między nagrobkami. Mówili, że to mało chrześcijańskie. Było lato. Upalne. Słodkie niczym czarne

czereśnie. Nie wierzyliśmy w wieczność. Nieruchomą. Cichą i spokojną. Na łące za cmentarzem szukaliśmy białych, olbrzymich purchawek. Ziemia była nagrzana, pełna krzemieni. Rodziła. W sosnowym lesie mieszkały dziwy. Żmije, jaszczurki i fioletowe żuki. Na polnej drodze ktoś rozjechał żabę. Była płaska, sucha i pusta. Do siebie mało podobna. Świat żywych oraz umarłych istniały obok siebie. Podlegały tym samym prawom. Zapadała w nich noc i nastawał dzień. Śpiewał skowronek i polował myszołów. Można było kraść jabłka

z czyjegoś sadu, bo dzieci zawsze znajdą jakąś dziurę w metalowej siatce. Kiedy wracaliśmy z kieszeniami pełnymi owoców. Było nam ciężko ze szczęścia. Zmarli wraz z konikami polnymi siedzieli pod gruszą. A słoneczna kula toczyła się po równi pochyłej. I trudno było ją zatrzymać. Lepki sok spływał po naszych palcach. Dziś patrzę na Jezusa bez głowy.

On pewnie nadal o niczym nie wie.

 

 

Zimowy ogród

Nabieram powietrza w płuca. Mróz wypełnia mnie po same brzegi. Nawet mrugnięcie rzęsami boli. Na gałązkach bzu dyndają żółte brzuszki sikor i brązowe wróbli. Skrzypi pejzaż, okna altanki i konewka. Skarżą się suche badylki. Może to była malwa. Pewnie w domku dla zapylających owadów ktoś zimuje. Ale nie będę pukać. Kałuża w białej skorupce lodu.

I ten minimalizm. Bez zbędnych kresek, barw i plam. Sztuka nowoczesna. Biel. I nic więcej. Co artysta miał na myśli? Pytasz sam siebie. Przecież dziecko potrafi coś takiego namalować. Taką ciszę popołudniową. W której nie drgnie nawet listek czy płatek. Czas się zagubił. Upływa gdzie indziej. Wierzysz jednak w zmartwychwstanie kretów, dżdżownic, truskawek, szczypiorku. Z ukrycia znów wypełzną ścieżki i wiklinowe fotele. Tylko samotna wisienka przemarzła na drzewie do samej pestki.

 

 

Zimowy ogród II

Ogród zimowy pachniał mandarynkami. Te palmy z oranżerii fabrykantów  przeżyły dwie wojny światowe. Widziały jak upadają imperia, pękają systemy,  zatrzymują się zegary na bramach fabryk. Teraz kwitną storczyki. Można tu usiąść na ławeczce przy cytrynie.

Schować się wśród paproci. Zielonych liści, listeczków. Przed tym, co ma nadejść.

Tu czas upływa inaczej. Jest cynamonowy i gęsty. Zieleń hipnotyzuje, drzemią figowce i kaktusy. Las deszczowy spływa po ramionach. Kropelka po kropelce. Za tym tropikalnym niebem, puszcza łódzka poprzecinana alejkami. A w niej wysychają źródła. Przysadziste dęby, chrzęst, szelest śniegu pod stopami. I żadnego motyla. Przestrzeń pełna gawronów. Kropek, przecinków, znaków zapytania. Przybiegły skulone, mało egzotyczne śnieguliczki. Znów mam sześć lat. Wiatr oddycha z ulgą.

 

 

Żaby w pudełku po margarynie

Święty Roch i jego wierny pies. W drewnianej kapliczce. Skrzypi niebo. Pod stopami. Rzeka znika. Latem. Zostają kamienie. O szorstkim futrze. Nie słyszę swojego sześcioletniego śmiechu. Byłam poważna. Nawet wtedy gdy łapałam żaby w leśnym tawie. Dni były długie. Smakowały poziomkami. Słońce nie chciało zajść za widnokrąg.

I nie myślałam, że cokolwiek się zmieni. Drzewa trwały na swoich miejscach. Nasze cienie dojrzewały. Przemijały tylko liście. Żołędzie i kasztany. Przepadały w moich kieszeniach. Na zawsze. Rzeka wracała. Nie wiadomo skąd. Wczesną wiosną. Pojawiała się na powierzchni. Bez słowa. Wśród młodych pokrzyw. Jakby nie żałowała tego, że tak długo jej tu nie było. Jakaś sześcioletnia dziewczynka zbierała żaby do pudełka po margarynie. Aby już nigdy nigdzie daleko nie uciekły. Przestraszone. Sprawdziłam. To niestety, nie byłam ja.

 

 

Zamknij oczy, poczekaj na wiatr, każdy las brzmi bowiem inaczej

Rozmawiałaś z roślinami. Język szafirków, piwonii i pierwiosnków nie miał dla ciebie tajemnic. Słuchałaś uważnie wierzby nad stawem. Jej opowieści o wszystkim i o niczym. Brzozy są wiecznie rozgadane. Nie przestają szeptać. Zamknij oczy, poczekaj na wiatr, każdy las brzmi bowiem inaczej. Powtarzałaś. Piosenka sosen jest lekka, podniebna. Zaś jodły szumią niczym morze. Głębokie. Prawie bez dna. Moczyłaś w nim stopy. Buki cierpliwie nucą te same frazy. Kolczaste jak ich orzeszki. Suche liście szeleszczą. Bo brakuje im już słów. Ulatują z pamięci przed zimą. Jabłonie i grusze opowiadały sobie o domu, odjazdach, powrotach. Pustych kubkach na stole. A mech czy on też ma swoją historię? Wie coś, czego my nie dostrzegamy? Jego mowa miękka. Przypomina dzieciństwo. Gdy wszystko było przede mną, a nic za mną. Dziś nawet bratki milczą. Bez ciebie. Rośliny nie mają nic do powiedzenia. Choć cierpliwie czekam. Aż maleńka macierzanka zacznie się modlić do Najwyższego. Tylko ptasie trele wiążą początek z końcem. Dnia. Na kokardkę. Nad twoim grobem zasadzono fioletowy bez, abyś miała z kim rozmawiać. O tym jak mały zajączek zjadł ci z grządki fasolę. Nikt nie chciał uwierzyć, że to prawda. Bo nigdy nie miałaś ogrodu. Tylko oswojone geranium na parapecie. Czekało codziennie aż wrócisz z pracy. A może to inni tak niewiele o nas wiedzą.

 

 

fot. z archiwum autora

Magdalena  Cybulska : Urodziła się w Łodzi, gdzie nadal mieszka. Z wykształcenia biolog (ukończyła Uniwersytet Łódzki). Debiutowała w 1996 roku w szkolnym tomiku literackim. Jest autorką arkusza poetyckiego „Życie zapisane na kartkach” oraz czterech tomików wierszy: „Lato mirabelek”, „Rusałka żałobnik”, „Drobiny”, „Istnienia”. Zdobywczyni laurów w wielu konkursów literackich, w zakresie poezji jak i prozy. Jej wiersze, aforyzmy, proza poetycka, opowiadania, recenzje, posłowia były drukowane w licznych almanachach i antologiach oraz w czasopismach literackich i kulturalnych, m. in. w: „Akancie”, „Arteriach”, „Autografie”, „Blizie”, „Cegle”, „Tyglu Kultury”, „Gazecie Kulturalnej”, „Kalejdoskopie”, „Lamelli”, „Kozimrynku”, „Na Stronie”, „Kamenie”, „Konstantynowie Kulturalnym”, „Poezji Dzisiaj”, „Horyzontach”, „Migotaniach”, „LiryDramie”, „BIBIK-u”, „Almanachu Muszyny”, „Metaforze Współczesności”, „Sekretach Żaru”. Jest także autorką artykułów naukowych, reportaży i fotoreportaży. Prowadzi spotkania literackie, była też w jury kilku konkursów poetyckich. Jej wiersze zostały przetłumaczone na język angielski, niemiecki i serbski. Należy do kilku grup literackich: „Motyl”, „Centauro”, „Stolik Poetycki”, Grupy Literycznej „Na Krechę”, oraz od 2013 roku do Związku Literatów Polskich.

Publikowała swoje wiersze w Internecie, czytała na antenie Radia Łódź oraz w programie Moniki Sawickiej Kanapa Literacka (Telewizja Ret-Sat). Jej hobby to fotografia, historia sztuki i wędrówki po górach.

 

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *