MENU
fot. z archiwum autorki

Jesienne pytania – poezja Małgorzaty Kulisiewicz

PX

Pudełka starej Marlowe

12 maja 2016 Comments (0) Views: 1058 Czytam, Lubię

„Chcesz dowiedzieć się, ile znaczysz dla bliskich, po prostu umrzyj” – wywiad z Katją Tomczyk

Hanka V. Mody: W związku z drugą edycją eksperymentalnego projektu literackiego „Wykup Sowo” porozmawiajmy o słowach. Czym dla Ciebie jest słowo?

Katja Tomczyk: Dzięki słowom można kreować rzeczywistość. Każdy z użytkowników języka mniej lub bardziej świadomie wykorzystuje słowa, by osiągać założone cele. Najlepsi politycy są znakomitymi oratorami. Według statystyk osoby swobodnie wypowiadające się oceniamy lepiej niż te z trudem składające zdania, nawet jeśli są inteligentne i wartościowe. Dla mnie słowo to przepustka do kontaktów z innymi ludźmi. Noszę je przy sobie zawsze i wszędzie i nie waham się go użyć.

 

H.M.: Napisałaś o sobie „matka chrzestna irracjonalnych pomysłów” Czy projekt „Wykup Słowo” to jeden z nich?

K.T: Powoli się z tego wycofuję, bo ostatnio tych irracjonalnych pomysłów muszę ze świecą szukać. Ale przyznam, że pomysł na projekt Wykup Słowo z początku ustawiłam na półce „nie do wykonania”. Sama idea akcji, czyli sprzedawanie słów, brzmi fantastycznie, ale irracjonalnie zarazem. Bo kto, w świecie nabrzmiałym nadliczbowymi słowami, zapłaci za kolejne? Przecież wystarczy wyjść na ulicę, włączyć radio lub telewizor albo po prostu wsiąść do autobusu i nastawić słuchanie. Słowa same wpadają do ucha. I to najróżniejsze. Do tego zupełnie za darmo.

Kiedy w parny, sierpniowy wieczór w mojej głowie zrodziła się myśl o „Wykup Słowo”, mianowałam się matką chrzestną irracjonalnych pomysłów i sądzę, że miałam do tego pełne prawo. Dziś, po prawie dwóch latach od tamtego momentu, mówię o sobie „wnuczka Leokadii”, dopiero dalej jest cała reszta.

 

H.M.: Ludzie chcieliby sprzedawać sny. Ty sprzedajesz słowa. Po co ktoś miałby kupować słowa, przecież są dostępne dla wszystkich?

K.T.: Nie wiem, czy ludzie chcą sprzedawać sny. Ja wolałabym raczej takie sny skupować i stworzyć z nich jeden wielki sennik. Zatytułowałabym go „Suma dobrych snów” i podtykała każdemu, kto zmaga się z bezsennością albo nocnymi koszmarami. W dzisiejszym świecie można sprzedawać wszystko: kawę wyłuskiwaną z guana łaskuna, noc z dziewicą, brzuch jako inkubator. Dlaczego więc nie słowa? Najważniejszym prawem wolnego rynku jest popyt i podaż. Jeżeli ktoś ma potrzebę, by jego ulubione słowo (np. heksakosjoiheksekontaheksafobia) zagościło na kartach opowiadania, to ja (lub inny autor biorący udział w projekcie) mu to umożliwię. Napiszę opowiadanie, w którym to słowo odegra ważną rolę, a osoba je wybierająca będzie zadowolona – jej nazwisko lub pseudonim pojawi się w metryczce opowiadania. Po latach pokaże je swoim dzieciom, bliskim, znajomym i powie: „Zobacz, to moje słowo, znaczy dla mnie wiele…” W pierwszej edycji projektu ze słowami bywało różnie. Wspierający serwowali bogate menu. Pojawiły się słowa niemal archaiczne, jak koromysło czy miazmaty; neologizmy (zachuchani, digi dongi, świńmia); słowa trudne do wymówienia (wspomniana wyżej heksakosjoiheksekontaheksafobia, kontrawencjonalizacja) albo takie, których dotąd nie znałyśmy (hołobla, koprolit). Były też słowa zwykłe, na co dzień funkcjonujące w słowniku każdego z nas, ale najczęściej szły za nimi intrygujące historie. Idix wykupiła „gęstą kosodrzewinę”, bo z gęstą kosodrzewiną powiązane jest wspomnienie o przyjaciółce. Wiele osób ma swoje, istotne dla siebie, słowa. Podobnie jest z imionami. Wspierający wybierali imiona swoich dzieci (Julia, Oleńka) lub innych bliskich (Tymon, Niesforna Kasia), pseudonimy przyjaciół lub własne (Placuch, Hrabia von Monterosso) i w ten sposób rodzili się kolejni bohaterowie literaccy. Z kolei frazy działały na nieco innej zasadzie. Miłośnik Bydgoszczy zareklamował ukochane miasto (Bydgoszcz – dwie rzeki, wiele serc), a właścicielka swoją kawiarnię (Zjedliśmy leniwe śniadanie w My Place Cafe).

Z powyższego wypływa jeden wniosek: osoby biorące udział w projekcie kupiły słowa, by sprawić przyjemność sobie lub bliskim. Nie można też zapominać, że większość wspierających stanowili nasi znajomi i przyjaciele, nasze rodziny, a ich celem było wspomóc nas, autorów, w wydaniu książki.

 

H.M.: Pamiętasz jakie były pierwsze słowa Twoich dzieci?

K.T: Pamiętam. Moje dzieci chyba od samego początku wiedziały na czym ten świat stoi. Każde z nich przygodę z językiem zaczęło od słowa „daj”. Dopiero potem przyszła pora na dwusylabowce. W przypadku córki była to „baba”, a syn, jak to syn, powiedział „tata”.

 

H.M.: Jakie słowa opisują Ciebie?

K.T.: Nie lubię takich pytań, bo nie lubię sama siebie definiować. Odkąd pamiętam marzyłam, by czytać myśli innych ludzi i dowiadywać się co o mnie sądzą. Albo na przykład zastanawiałam się, co by mówili na moim pogrzebie, ile osób roniłoby rzewne łzy, czy ktoś chciałby skakać za mną do grobu. Oczywiście mówię to z przymrużeniem oka, ale momenty takie jak śmierć zazwyczaj otwierają ludziom usta i luzują łańcuchy ogłady i konwenansów. Chcesz dowiedzieć się, ile znaczysz dla bliskich, po prostu umrzyj. Dowiesz się prawdy. Da tych, co nie zamierzają się jeszcze żegnać ze światem albo nie wierzą w życie pogrobowe, pozostaje opcja śmierci sfingowanej. Tak więc nie będę się opisywać. Może zapytasz o to kogoś innego. Chętnie posłucham.

 

H.M.: Do czego Twoim zdaniem służą słowa?

K.T.: Słowa służą do tego, by osiągać założone cele. Odpowiednie ich wykorzystywanie czyni nas bogatszymi. Na wielu poziomach życia. To według mnie najlepsza definicja.

 

H.M.: Czy wierzysz w słowa innych ludzi?

K.T.: Wierzę. Ufam, że w każdym z nas jest dobro, a ludzie, którzy kłamią, są słabi albo niedowartościowani. Dlatego przymykam oczy na drobne kłamstewka w stylu: „sześćdziesiąt kilogramów” (choć widzę, że osiemdziesiąt), „dwadzieścia centymetrów” (choć słyszałam, że dziesięć), „siedem tysięcy” (choć w tej firmie niemożliwa jest taka stawka). Jeśli kłamstwo sprawia, że czujesz się lepiej, a mnie ono nie boli, to twój wybór. Nie przerzucę cię na listę amoralnych opryszków. Jednak jeśli ktoś kłamie w sprawach naprawdę ważnych, nie znajdzie we mnie przyjaciela.

Przyznam też, że podziwiam prawdziwych kłamców (co nie znaczy, że aprobuję kłamanie jako takie). Tylko ludzie bardzo inteligentni potrafią bezkarnie kłamać i nie gubić się w swoich zeznaniach nawet po wielu latach.

 

H.M.: Opowiedz mi o swojej pierwszej ważnej dla Ciebie książce, tej z dzieciństwa, która wywarła na Ciebie wpływ, a może zwichrowała psychikę.

K.T.: Gdyby książki mogły wichrować psychikę (pomijam tu „Cierpienia młodego Wertera”, które ewidentnie mieszały w głowach), zakazano by ich sprzedaży. Zwłaszcza dzisiaj.

Niemniej jednak literatura bardzo mocno na mnie wpłynęła, ale w ten pozytywny sposób: rozwinęła zmysł obserwacji i głębszego odczuwania świata. W kraśnickiej bibliotece, gdzie zaczęła się moja przygoda z książką, pani Irena Bykowska, bibliotekarka, podsuwała mi wartościowe lektury. „Bracia Lwie Serce” Astrid Lindgren to książka, która nauczyła mnie, że braterstwo i miłość to dwie podstawowe wartości. Myślę, że to stąd skalkowałam potrzebę  empatii i troski o drugiego człowieka. Historia Jonatana i Karola, tytułowych braci, porusza także trudny temat śmierci dziecka. Przyznam, że po lekturze tej właśnie książki zaczęłam panicznie bać się śmierci. Swojej i bliskich.

 

H.M.: Odnoszę wrażenie, że ciągnie Cię do rzeczy groteskowych, dziwnych, tajemniczych. Czy to ucieczka od tak zwanego „normalnego życia”?

K.T.: Zawsze pociągała mnie inność, zwłaszcza w literaturze. Nie przemawiają do mnie ckliwi bohaterowie z pękniętymi sercami (no może poza Anną Kareniną), nie gustuję w książkach, których motywem przewodnim jest utracona miłość. Za to z wypiekami na twarzy śledzę losy wszelkich literackich kalek, odszczepieńców, brzydali, dziwaków, wykolejeńców. Są mi zdecydowanie bliżsi, znajduję w ich historiach analogie do mojej własnej. Moje dwie ulubione postacie literackie stworzyła Olga Tokarczuk w „Prawieku i innych czasach”. Izydor, chłopak naznaczony wodogłowiem, ale nad wyraz bystry i spostrzegawczy, pozostaje do końca życia nieszczęśliwy z powodu swojej inności właśnie. Kłoska, wiejska puszczalska, trochę czarownica, a trochę zagubiona dziewczyna, kumuluje w sobie wszystkie emocje targające życiem człowieka. Uwielbiam także postać Tyriona Lannistera z „Gry o tron” (książki jeszcze nie czytałam, więc podpieram się serialem). Marzy mi się, by stworzyć tak dynamicznego i pełnego sprzeczności bohatera.

Moje zamiłowanie do groteski itp. rzeczy nie wynika z chęci ucieczki przed normalnym życiem, bo i tu jak magnes przyciągam nietuzinkowe osobowości, ale ze znudzenia serialowymi dramatami i dialogami.

 

H.M.: Wiem, że kolekcjonujesz sentencje z nagrobków. Ciekawe hobby. Co Cię w nich pociąga?

K.T.: Nie powiedziałabym, że to hobby. To raczej niezdrowe zainteresowanie śmiercią i historiami tych, którzy odeszli. Pracowałam kiedyś z Hanią, warszawianką z dziada pradziada, prawdziwą damą, która co piątek zaczytywała się w stołecznych nekrologach. Zapytałam ją po co to robi, a ona odpowiedziała, że szuka informacji o śmierci znajomych. Raz trafiła na nekrolog koleżanki z liceum i tym zdarzeniem natchniona opowiedziała mi epizod z ich, jej i zmarłej, młodości. Wtedy pierwszy raz od deski do deski przeczytałam rubrykę „Ostatnie pożegnanie” i „Nekrologi”. Potem, chyba podświadomie, podczas wizyty na cmentarzu w moim rodzinnym mieście, stopniowo oddalałam się od grobów bliskich, wczytując się w nazwiska, daty, sentencje wyryte na nagrobkach obcych osób. Oglądałam też medaliony, które przyciągały mnie jak magnes.

Każdy nagrobek to historia. Brak nagrobka to też historia. Ja bardzo lubię historie niedopowiedziane, niedomknięte. Właśnie takie znajduję na cmentarzach. Pomimo że odwiedziłam ich już kilkadziesiąt, nadal odkrywam poruszające inskrypcje. Nekrologi czytam do dzisiaj.

 

H.M.: Piszesz opowiadania, wygrywasz konkursy, czy słowo jest w stanie oddać uczucia, emocje, myśl, rzeczywistość? Czy dzięki słowu można wyrazić siebie? Czy jest to przydatne narzędzie w procesie twórczym, czy może – o ironio – ograniczające?

K.T.: Sprawne posługiwanie się słowem jest w stanie oddać prawie każde uczucie, emocję, myśl, rzeczywistość. Prawdziwy mistrz, taki literacki Sensei jak na przykład Marquez, Gombrowicz czy Kafka, potrafi oddać to, co widzi, czuje i myśli w skali jeden do jednego, wywołując u czytelnika pożądaną emocję.

Słowa (poza mimiką i gestykulacją) to jedne z najlepszych narzędzi do wyrażania siebie. Bywa jednak, że ograniczają. Na szczęście są redaktorzy i korektorzy, potrafiący wydobyć słowo, które przylepiło ci się do końca języka. Chwała im za to.

 

H.M.: Czy uważasz, że na odbiór słów przez innych ludzi mają wpływ ich emocje? Czy odbieramy same słowa, czy energię jaką ze sobą niosą? Czy wyobrażenie jakie mamy na temat słowa może przeszkadzać nam w komunikacji?

K.T.: Emocje mają wpływ na wiele rzeczy: na to jak prowadzisz samochód, jak myjesz słoiki, jak patrzysz na męża. I na całą masę najróżniejszych kwestii od tych najprostszych, aż po egzystencjalne. Polecam skecz Kabaretu Hrabi, gdzie para bohaterów – kobieta i mężczyzna – jedną kwestię dialogową wypowiadają na trzy sposoby. Pierwsza kwestia kończy się kropką. Druga znakiem zapytania. Trzecia wykrzyknikiem. Ten skecz doskonale obrazuje wpływ emocji, kontekstu, komunikatu na nadawcę i odbiorcę wypowiedzi.

Jeśli używamy słów w błędnym znaczeniu, wiadomo – wtedy zazwyczaj dochodzi do nieporozumień.

 

H.M.: Łatwo jest Ci porozumiewać się z innymi?

K.T.: Nie z każdym. Są ludzie, których omijam na kilometr, bo już z daleka czuję nieprzyjemny dysonans skojarzeń, poglądów, doświadczeń. Na szczęście z drugą połową świata komunikuję się sprawnie i z dużą przyjemnością.

 

H.M.: Uważasz, że potrafisz słuchać?

K.T.: Tak.

 

H.M.: Wolisz mówić czy pisać?

K.T.: Łatwiej jest mi mówić niż pisać, a życzyłabym sobie, by było na odwrót. Cenię osoby ważące słowa.

 

H.M.: Na koniec zadam Ci kilka pytań z formularza Prousta, zadajemy je wszystkim naszym rozmówcom.:

 

  1. Kiedy kłamię?

Moje ulubione słowo to konfabulacja. Lubię kłamać, kiedy piszę. Kłamanie sprawia mi wtedy niemałą przyjemność.

  1. Słowa, których nadużywam?

„Chcę wracać do Kraśnika!”.

  1. Dar natury, który chciałabym posiadać?

Pierwsze co mi przyszło do głowy to to, że chciałabym latać jak ptak.

  1. Jak chciałabym umrzeć?

We śnie. Tak, żeby nikt nie zauważył.

  1. Kim lub czym chciałabym być, gdybym nie była tym, kim jestem?

Chyba krawcową.

  1. Błędy, które najczęściej wybaczam?

Zawsze wybaczam błędy, do których ktoś się przyznaje.

 

fot. z archiwum autorki

fot. z archiwum autorki

Katja Tomczyk: wnuczka Leokadii. Pomysłodawczyni eksperymentalnego projektu literackiego Wykup Słowo, finalistka konkursów literackich: Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania (2014), Konkursu Absolutnie Frywolnych Etiud Literackich KAFEL 2014 (Festiwal Himilsbacha), Literackiego Konkursu Tematycznego „Dreszcze” (2016). Publikowała w antologiach Nowe marzy (2014), Kafel (2014), Autostop(y) (2015).

 

 

 

 

 

Więcej o projekcie dowiecie się tutaj: https://wykupslowo.wordpress.com/o-projekcie/

oraz tutaj: https://www.facebook.com/Wykup-S%C5%82owo-622668954512429/?fref=ts

 

Jeśli chcecie wziąć udział w projekcie koniecznie zajrzyjcie tutaj:

https://wspieram.to/wykupslowo

 

Nowych Myślach już wkrótce konkurs związany z projektem „Wykup Słowo”, a w najbliższy poniedziałek opowiadanie Katji Tomczyk

 

 

Tags: , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *