MENU
fot. z archiwum autorki

Słowotoki – poezja Ewy Maćkowiak

fot. z archiwum autorki

Nie pytaj o święta – poezja Danuty Bartoszuk

19 grudnia 2016 Comments (1) Views: 617 Czytam, Opowiadania

Bombkoń – opowiadanie świąteczne Jana Maszczyszyna

alternatywny tekstTo była dziwna choinka. A sprzedający wyglądał na żebraka. W okolicach świąt taki widok szczególnie rozbraja. Zastanowił mnie jego nieobecny wzrok. Patrzył parą szklanych, pozbawionych źrenic oczu. Takich, jakie się widzi na reklamach elektronicznych protez dla niewidomych. Nie było w tym nic dziwnego. W końcu wielu ludzi dobrowolnie decyduje się na wymianę narządów naturalnych na sztuczne. Diametralnie polepsza się jakość pełnionej przez nie funkcji. Tylko skąd u bezdomnego taki drogi sprzęt?

– Dawid, weź odbierz od pana drzewko. Co tak patrzysz jak otępiały? – Pani Hollows, jak zwykle w takich sytuacjach, stawała się agresywna. Pełniła funkcję dyrektora finansowego naszego sierocińca. Wysoka, o mrocznym spojrzeniu, z zaledwie tlącym się uśmiechem na suchych wargach. Uczyniła właśnie dziwny ruch ręką, jakby odegnała natrętną muchę.

Ale skąd mucha w środku zimy?

Choinkę musiałem dosłownie oderwać od rąk żebraka. Werbalnie ją odsprzedał. Fizycznie – miał opory z jej przekazaniem. Położyłem pieniądze pani dyrektor tuż obok niego, na odśnieżonym w tym celu murku. I znów pociągnąłem za iglasty trzon. Jednak drzewko, jakby samo z siebie, dalej kleiło się do właściciela. Zdębiałem, kiedy żebrak wyszeptał jakiś przekonujący argument w stronę zielonej gęstwiny. Choinka dosłownie wpadła w moje ręce.

Obejrzałem ją dokładnie. Była niezwykle lekka. I dźwięcząca. Pachniała świeżo rozpuszczonym syntetykiem wzmacniającym. Zapewne wyrosła w doniczce ultrametrycznej, stąd te nieznaczne domieszki plastiku. Nawet marchewka z takiej doniczki posiadała w pierwszym momencie posmak proszku do prania. No cóż, takie czasy. Nie ma miejsca na lasy i ogrody, więc trzeba cieszyć się dwumetrowym ultrametronem w każdym bogatszym domu.

– Dała mi pani o dziesięć baksów za mało! – warknął w stronę pani Hollows rozsierdzony żebrak.

Pani dyrektor obróciła się na pięcie. Jej gładkie czoło dziwnie zalśniło, jakby pod powierzchnię skóry przewlekł właśnie swe nici otaczający nas siarczysty mróz.

– Przecież słyszę brzęk starych bombek. Czuję smród wilgotnego, nierozplecionego łańcucha. A przerwane przewody po oświetleniu? Zapomniało się? Zabrakło cierpliwości? To towar z drugiej ręki. I tak dostałeś za dużo, szmaciarzu…

Dłubała paznokciem w zębie, kiedy mówiła, ale wszystko rozumiałem. Nawet tę mgłę gęstniejącą wokół żebraka. Zbrązowiał. Gra półcieni na twarzy zrobiła ją jeszcze bardziej szklistą, wręcz demoniczną.

– A żebyś się udławiła rybią ością, ty stara kurwo! – rzucił na odchodne beznadziejnie zmęczonym głosem.

Jego postać rozmył wczesny zmrok, a my rozegnaliśmy lecące śnieżne płatki i żwawym krokiem udaliśmy się do roziskrzonego światłami budynku.

Idąc, mimowolnie przysłuchiwałem się szelestowi drzewka. Jakbym niósł trupa szczególnie mocno zapakowanego w gruby celofan. Coś w jego głębi niepokojąco dzwoniło i kwiliło. Czyżby rzeczywiście zapomniane ozdoby? – przemknęło mi przez myśl. – A może zapomniany ptaszek przywiązany za nóżkę drutem do gniazdka? Kto wie? Dzieci robią różne rzeczy małym ptaszkom w oczekiwaniu na prezenty. Uśmiechnąłem się mimo woli.

Wtedy poczułem kropelki wilgoci toczące się po moich plecach. Szybko zastygły i równie szybko uległy wchłonięciu. Doznałem wrażenia niezwykłej, radosnej lekkości. Stałem się jakiś… zapłodniony?

Po powrocie do sierocińca i umocowaniu drzewka w dysku nutrionalnym w wielkiej sali tanecznej, gdzie tkwiła już przerośnięta marchewka, wczołgałem się pod drzewko. Zawsze marzyłem o ucieczce w naturę. Zazdrościłem naszym przodkom tej szczególnej harmonii współtowarzyszenia innym formom biologicznego, wolnego życia, której w dwudziestym szóstym stuleciu próżno było szukać. Moro-betono-plastik zabił w nas człowieczeństwo.

Przyjrzałem się uważniej rozhuśtanym gałęziom.

Gdzieś tam, ku szczytowi, pięła się srebrna żyłka. I druga… I mógłbym przysiąc, że widzę również srebrny dzwoneczek.

– Dawid! – Pani Hollows znów napominała z wysokości schodów. Jej gniew miał coś z wolno wspinającego się gada. – Co tam robisz, kopciuchu?! Przypominam ci, że nie jesteś już dzieckiem!

– Przepraszam – rzuciłem w stronę kobiety. Wciąż klęcząc, zapatrzyłem się w daleki szczyt świątecznego drzewka. Zieleń niemal stykała się z odrapanym sklepieniem sali. Nie sposób było nie zauważyć błysku ostrza. Tym czymś kończyło się drzewko. Wyglądało na piorunochron, który ściąga z okolicy prezenty. Czy tak tłumaczono małym durniom reguły rządzące światem upominków? Wystarczy pomyśleć o transmisji darów? Co za żmije!

– Widzi pani? – zapytałem, wskazując promieniujące opalizującym blaskiem ostrze.

– Nie widzę nawet ciebie… Jest już ciemno. Idź już spać, młokosie – rozkazała rozzłoszczona. Miała na sobie wymiętoloną koszulę nocną, pod którą jej stare piersi wyglądały jak niedbale odwieszone, bokserskie rękawice. Spuściłem wzrok. Zawsze mnie onieśmielała swoją obrazoburczą cielesnością. Przebiegłem bezszelestnie tuż obok, wdychając zapach jej potu. Nie zauważyła, kiedy oblizałem jej rzęsy.

Przeszedł ją tylko zimny dreszcz.

Nie mogłem zasnąć. Tkwiłem obok łóżka niczym skrępowany blaskiem księżyca cień. Na pewno nie byłem już sobą.

Brzask przyniósł pierwszy krzyk.

A ja nie ruszyłem się nawet o krok.

Ponury poranek przyniósł drugi.

Wtedy…

Pobiegłem w dół po skrzypiących schodach. Wyrobione stopnie więcej miały w sobie kurzu niż drewna.

Wpadłem do sali tanecznej. Ciągle zalegał tu zawiesisty półmrok. Na podłodze, pod choinką, siedziała cała gromadka dzieciaków, z największą plotkarką na czele. Nancy Brighton, bo takie imię nosiła pieguska, właśnie rozplotła warkocze. Jej oczy lśniły jak dwa magiczne kryształy.

– Wiecie, skąd przychodzą prezenty? – szeptała w stronę małych słuchaczy. Aż im od tej napiętej uwagi zeszkliły się twarze. – Zsuwają się po trzonie drzewka. Tam jest mnóstwo kontaktorów.

– Bredzisz, małpo. – Ron Galay Cartenbury szturchnął ją łokciem. Aż syknęła z bólu. – Wszyscy tylko rozpowiadacie historie o elektronicznych transmisjach z piorunochronu. Ja tam swoje wiem. To mały Jezusek opadły z krzyża, w przebraniu Mikołaja, opuszcza się na linie przez komin. Przynosi prezenty w koszykach po jajkach.

Przysunąłem się bliżej.

– Tylko cierpliwi otrzymują nagrodę – wyszeptałem. Zmroził ich mój szept. Był jakiś zimny i szklany. Dzieciaki rozglądały się, a nie odnajdując mnie w ciemnościach, zadrżały. Strasznie się przy tym drapały, jakby oblazła je armia krwiożerczych kleszczy. – To Bombkoń decyduje komu nagroda, a komu śmierć. A nie twój pleciuch koszykarz – dodałem z przeciągłym sykiem. Nie wiem, skąd wziął się u mnie ten okropny pomysł. Może sam byłem zazdrosny o miejsce zajęte przez gromadkę pod choinką? Może już je znienawidziłem za niecierpliwe wyczekiwanie pod drzewkiem? Doskonale widziałem ich małe, dziecięce oczka. Przewiercały mnie wzrokiem bez wyrazu, mocno zobojętniałym i niewidzącym… W nieruchomości wręcz obelżywe.

– Teraz wszystkie dzieci idą ze mną do pudełka – powiedziałem tonem łagodnej perswazji. Posłuchały w milczeniu. Było w moim głosie coś strasznego.

Ruszył smutny korowód. Nocne koszule falowały w małych, mniejszych i jeszcze mniejszych krokach, a wschodzące słońce rysowało na nich pajęczyny pęknięć.

Spoczęły jak w futerale.

Po godzinie wróciłem do drzewka. Pochyliłem się ponad mniejszą ode mnie postacią. Rozpoznałem twarz. Siedmioletni Harry Logan z Albury. Miał na dłoniach plamy zaschniętej krwi. Trząsł się z zimna i pochlipywał.

– Co się stało? – zapytałem, nie wiadomo czemu szeptem. Podniósł na mnie smutne oczy. Widział mnie.

– Ten uparciuch Flanley wczołgał się pod drzewko, a ja zaraz po nim. – Mały załkał cicho. – I wtedy w górnych gałęziach coś się poruszyło.

– Po prostu potrząsnęliście drzewkiem i spadła jakaś stara bombka…

– Nie. Nawet go nie dotknęliśmy. To coś sypnęło w nas rozbitym szkłem. Widziałem gołe plecy Flanleya. Wbijało się w nie odłamkami i wierciło jak rój szalejących kleszczy. Jego krew była nawet na mojej twarzy. Wyczołgałem się spod obniżających się gałęzi. A on ciągle tam leżał i dzwonił tysiącem szklanych dzwonków. Idź posłuchać, smoluchu.

Popchnął mnie w stronę choinki. Zabolało mnie takie lekceważenie. Białe dzieci zawsze miały mnie za coś gorszego. Pochwyciłem jego wątłą szyję. Zacząłem dusić… Nagle…

Zrezygnowałem, masując zgrabiałe z zimna dłonie.

Mały uciekł, wzywając pomocy.

Wczołgałem się pod krzywy piwniczny stopień, gdzie przeleżałem święta. Policja zabrała wszystkie pudełka z nowymi bombkami. Sprzątaczka długo szorowała napęczniałe od krwi deski. A ja nasłuchiwałem tupotu małych stóp. Ich rytm odmierzał godziny leniwie biegnącego tygodnia. Poczułem, że już czas, gdy zabrakło zwyczajowych gapiów. Już nikt nie czekał pod drzewkiem na prezenty. Panowała cicha, spokojna noc.

Wyszedłem w blaskach księżycowego światła.

Obok stała choinka. Nocami wciągała na siebie wszystkie trofea, których nie znalazła policja. Kogo tu nie było? Mały Harry w zestawie bombkowym ze skurczonymi do skali zabawki nóżkami, Flanley z rozdziawioną, szklaną gębą, siostry Rochester splecione warkoczami, zawsze ciekawska Allana Keivy, a nawet stary pan od geografii Rupert Jordan.

Na szklanej twarzy żebraka pojawiło się zakłopotanie. Szyja kobiety była ciasno opasana bandażem. Lśniły metalem naciągacze.

– Chciałbym odzyskać swoje drzewko. Tu są pieniądze. – Podał zwitek pomiętych banknotów.

– Niech je pan weźmie w cholerę – z trudem odpowiedziała panna Hollows. Jeszcze czuła uderzenia ości w każdym wyartykułowanym słowie. I posmak krwi na języku.

– Nie myślałem…

Kobieta sięgnęła ręką gdzieś poza krawędź pieczołowicie obciętego żywopłotu.

– Tu jest choinka! I już mi stąd wypieprzać!

– Pozwoli pani, że zapytam…

– Czego?!

– Gdzie jest ten piękny, miedzianozłoty chłopak?

– Jaki on tam był złoty? Zwykły Hindus. – Wzruszyła ramionami. – Prysnął wraz z kilkunastoma innymi. Zawsze tak robią na święta, smoluchy.

Nie spostrzegła mnie uwieszonego na gałęzi.

Usta żebraka przebiegł cień uśmiechu. Wargi drgały przez chwilę, jak u świeżo zabitego karpia.

– A, to dobrze. Bombkoń się ucieszy.

Zamierzał odejść.

– Chwileczkę. Jaki Bombkoń?

Cofnął się o kilka kroków, a choinka wraz z nim. I ja. Podążyliśmy w wirującym, brzękliwym tańcu, a nadchodzące słowa wykręciła złośliwa akustyka zamkniętego pudła. Pochłaniała nas gęstniejąca mgła.

– Nie zna pani współczesnych baśni? Taka mamuśka? Tylko te parszywe gry i elektroniczne symulacje? My przynosimy coś nowego. Wymierzamy kary dla niecierpliwych i nagradzamy obojętnych. My robimy ozdoby z autentycznych ludzi. I potem rozwieszamy ich na gałęziach naprawdę żywych drzew.

Przyskoczyła w kierunku cienia z wykrzywionymi jak szpony dłońmi. Które on, niesforny drań, ucałował. A potem nadgryzł.

Zębem cienkim jak płatek wirującego śniegu.

– Precz z mojego świata! – wrzasnęła, gubiąc coraz więcej kropli drogocennej krwi.

 

 

Autor: Jan Maszczyszyn

Redakcja i korekta: Magda Polanowska, Agnieszka Parzych

Druga korekta: Dorota Bury

 

 

Tags: ,

Komentarze do Bombkoń – opowiadanie świąteczne Jana Maszczyszyna

  1. Katja pisze:

    Uwielbiam to opowiadanie. Urzekło mnie już od pierwszych wersów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *