MENU
px

Coobus i Dani – wiosenna satyra

Dorota-Czerwińska-foto2

Anioły czasem płaczą – poezja Doroty Czerwińskiej

3 kwietnia 2017 Comments (0) Views: 342 Czytam, Opowiadania

Baba Jara – opowiadanie Piotra Kuśmierka

pxWiosna? Ach, to ty?

Wróciłem późno i zmęczony. Zapaliłem lampkę i klapnąłem na fotel. Objął mnie czule. Zamknąłem oczy i oddałem się w zaufaniu jego przepastności.

– Nareszcie w domu – mruknąłem do siebie. – Nareszcie spokój i cisza.

Nie wybrzmiało mi w głowie jeszcze ostatnie słowo, gdy usłyszałem coś w rodzaju chlupania. Otworzyłem oczy i spojrzałem na regał. Wyostrzyłem zmysł właściwy i wyprostowałem się w fotelu na widok Baby, która właśnie zanurzała w filiżance… coś.

– Co robisz – jęknąłem czując, jak spokój umyka.

– O! Cześć. – Baba rzuciła głową zaskoczona. – Nie słyszałam, że wróciłeś.

– Zaczynasz mówić, jak wieloletnia żona – powiedziałem i ugryzłem się w język. Za późno.

Baba przyjrzała mi się uważnie, jakby znad okularów. Czułem te ostre złośliwe szpilki na twarzy.

– Żartowałem – zaskrzeczałem rozpaczliwie.

– Topię – odrzekła w końcu i zaczęła maczać to coś w herbacie.

Jedną ręką trzymała górny koniec tego czegoś składający się z dwóch zapałek, a drugą dzwoniła łyżką w spodek. Śpiewała przy tym coś cicho. Macza, śpiewa, dzwoni, macza, śpiewa, dzwoni, macza, śpiewa, dzwoni. Zza Mitologii Słowian wyszedł Satyr turlając świeczkę typu tealight. Za nim Budda toczył pomalowane jajko. Satyr ustawił świeczkę z dala od filiżanki. Budda zmierzał ku Babie. Potknął się nagle, zamachał krótkimi łapkami i wyłożył się jak krągły. Jajo poturlało się na brzeg półki. Baba zamarła. Satyr jęknął. Budda na brzuchu kołysał się w milczeniu. Zerwałem się i złapałem je tuż nad podłogą.

– Masz szczęście, Budka – powiedział Satyr. – Inaczej Baba ciebie by pomalowała.

Położyłem jajo na półce. Budda objął je czule, ucałował i doturlał do Baby. Przyjrzałem się temu czemuś, co baba tak namiętnie maczała w filiżance. Dziwne to to. Niby postać jaka, ale koślawa strasznie. Z zapałek korpus zrobiony, sukienką szarą obleczony, łeb z chusty uwity. Pod łbem coś a’ la korale dyndały. Głowa i usta mi się wykrzywiły, jak u Ja Klaudiusza.

– Atocoto? – gardłowo, niemal z japońską wymową i akcentem takowym mi się wyrwało.

– Atotakieotooooo – Satyr mnie przedrzeźnił bardzo po japońsku.

– Nienamotooooo – Budda się dołączył.

– A my kuku jej na muniuuuuuuu – dodała Baba i wszyscy palnęli śmiechem. Najsprawniej turlał się Budda. Baba z gracją trzymała rąbek sukienki. Satyr stukał kopytkami.

Skorzystałem z okazji i wyjąłem takieoto z herbaty.

– Kukła – wybąkałem ni to do siebie.

– Śmiercicha, gamoniu – powiedział bóg. Siedział na grzbiecie Dobrego omena i machał nogami.

Spojrzałem na niego zdziwiony. Dawno go nie było.

– A ty co tu robisz? – powiedziałem walcząc ze szczękościskiem. – Myślałem, żeś Babę opuścił.

– Przybyłem na to wiosenne świętowanie – odparł wzruszając ramionami. – Jest wiosna, jest impreza. – Uśmiechnął się do mnie i spojrzał mi w oczy czule. – Dobrze, że i ty wróciłeś. Martwiliśmy się o ciebie. – Poczułem ciepło w ciele. Roztkliwienie? – Siadaj sobie i patrz. To również dla ciebie.

– Tak, wróciłem.

– Zarrrazzzzz czasssss! – zasyczał Satyr.

– Ale na co? – znów trochę jakby po japońsku mi się rzekło.

– Jaktonacooooo. – Śmiali się. Nie wierzgali. – Ogień będziemy palić. – Satyr rozłożył ręce, jakby to była oczywistość nad oczywistością. – Zaraz równonoc będzie.

Baba wzięła kukłę i tak mocno walnęła nią o dno filiżanki, że połamała się i cała zniknęła w herbacie. Satyr zapalił świeczkę. Później wziął cymbały i zaczął grać, a Budda pląsał i śpiewał niczym Happy Hippo. Bóg sfrunął, założył druidowy kapelusz i porwał Buddę w szalony taniec wokół ognia. Baba do taktu dźgała kukłę łyżką i podśpiewywała coś o śmierci u płotu. Gdy już się zmęczyła dobijaniem martwej Mory pląsnęła radośnie, głową zarzuciła i skryła się w Międzyrzeckim. Tymczasem bóg ujął laskę i tchnął w cymbały życie, więc Satyr dołączył do kręgu. Panowie chwycili zapałki, których końcówki były owinięte w watę. Zapalili swe pochodnie i kręcili się wokół świeczki. A cymbały grały im radośnie i strasznie głośno.

Baba wjechała na wózku pełnym różnych wiktuałów. Na środku piętrzyły się jakieś placki. Obok owoce, mięsiwo, kartofle i coś jeszcze. Zaczęła rozkładać talerzyki, gdy panowie podbiegli i jęli ją chłostać zwiniętymi w ruloniki kawałkami okładki z Opium. Baba, nieprzygotowana na psoty, zaczęła ganiać ich po półce w zapalczywości godnej Zachariasza. Dopadła Buddę i już chciała wskoczyć mu na plecy, ale się chyba zreflektowała, bo przecież goniła Satyra. Gdy cymbały zaczęły grać marsza, wszyscy weszli za Odyseję.

Cymbały grały, a ja siedziałem urzeczony tym, co widziałem. Rozsiadłem się wygodnie w fotelu, gotowy na wszystko.

Na środek półki wjechał koń z zapałek. Jego grzbiet okrywało białe prześcieradło. Na oklep siedziała kolejna kukła. Na jej głowie był wieniec, z nici pajęczej bodajże. Gdy konia ustawili bokiem zobaczyłem u kukły gigantyczne męskie przyrodzenie w pełnej gotowości. Panowie podnieśli koniowi ogon i z męskości kukły trysnął obłok cieczy jakowejś. Jeździli tak po półce i rosili, co się tylko dało. Gdy cymbały zaczęły grać muzykę spokojną, wszyscy zasiedli do posiłku i zajadali, gaworząc wesoło.

– Chcesz placka? – powiedziała nagle do mnie Baba.

Zawahałem się.

– Nie, dziękuję – odpowiedziałem lękliwie, bo cholera wie, z czego to jest. – Już jadłem – dodałem z nieszczerym uśmiechem.

– Jedz, chłopie, jedz – zasyczał Satyr.

– Masz tu wina łyk – Budda wyciągnął w moją stronę flaszeczkę

– O, nie – zaparłem się w fotelu. – Znam działanie twojego wina na mnie.

– To jedz. Jeszcze nie raz zapłodnić możesz. A do tego sił trzeba przecież – ciągnął Satyr.

– Zapłodnić? – Baba spojrzała na mnie, a potem na Satyra, bardzo zdziwiona.

– No… – Satyr popatrzył na mnie i zastanowił się. – Oj może, jeszcze może. Przynajmniej wygląda na takiego, co może.

– Stary ale jary? – Baba zaczęła się śmiać.

– Jaryłło staryłło – wydusił przez śmiech Budda.

– Starość, nie jarość – bóg także zaniósł się śmiechem i włożył rękę w miskę z ziemniakami.

Satyr lekko chwiał się na nogach, Baba miała malinowe policzki. Patrzyli na mnie z troską.

– Dobrze, że jesteś – powiedział Budda.

– Dobrze, że jesteście – odpowiedziałem.

– Ale od jutra będzie normalnie, facecie – zazgrzytała nagle Baba z ognikiem w oku. – Żadnych forów.

 

Autor: Piotr Kuśmierek

 

Autor prowadzi bloga „Facetbuk.pl – miniatury literackie. Blo(k) z myśli dojrzałego mężczyzny”

Zapraszamy do odwiedzenia strony www.facetbuk.pl i profilu fb: Facetbuk.pl – miniatury literackie: https://www.facebook.com/facetbuk01

Więcej o autorze tutaj: http://nowemysli.pl/slawa-i-bogactwo-opowiadanie-piotra-kusmierka/

 

 

Tags: , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *