MENU
krolik

„Od dziecka wierzyłem w przyrodę, naturę, duchy, świątki, dziuple, pola...

grafika: M. Kapuścińska

Dziennik snów – poezja Magdaleny Kapuścińskiej

6 kwietnia 2016 Comments (0) Views: 974 Czytam

Autoportret z trumną – poezja Marcina Królikowskiego

Autoportret z trumną

Hłaskowieją mi oczy, grochowaceją ręce,

jestem praskim drzewem

i rosnę w głąb liter.

Przepisuję się z wierszy na prozę,

trawię ruchliwość warszawskich gołębi,

bezrobotnych poetów,

kręcących z głodu ósemki.

 

Post.

Posprzątałem już w sobie,

zakręciłem się w słoje, obrosłem siatką ulic,

pogmatwałem kornikom sęki,

niech się naszukają, niech mnie żrą powoli.

 

Deszcz.

Przylatuje dzięcioł,

twarz mi puchnie z radości,

chyba chce się osiedlić,

drąży dziuplę, wydziobuje wersy.

Odwdzięczę się, będę delikatniał,

schowam  pisklęta w powiekach,

zapuszczę korzenie.

Zaowocuję do wewnątrz.

 

 

But z porcelany

Cały dzień

nosiłem cię w kielichu głowy,

choć ostro bujało w tramwaju

nie uroniłem ani kropli.

 

Cały dzień

hodowałem cię w szklarni serca,

ptaki z zimna tłukły się o szyby

lecz nie wpuszczałem, żebyś mi nie zwiędła.

 

Cały dzień

w lodówce uwięzione światło

i pamięć po tobie, żeby w przydatności.

I zaglądałem, i głodny trzaskałem drzwiczkami.

 

Cały dzień

w pulsie, we mnie

dzień był ciężki, dzień podniósł mi krew,

dobrze, że w tej wannie są dziurki od nosa.

 

Bo pod wieczór

wylałaś się ze mnie na otwarte dłonie,

które to przed sobą niosłem

to kładłem po sobie.

 

Długo, długo szłaś krętymi schodami

z tętnicy szyi do tętnic udowych,

by się dalej w stopach ponieść echem

i po marcu krążyć, po mieszkaniu.

 

Teraz powiem o mnie.

Póki zima, póki zamróz szklany

jestem nadwrażliwy, jestem delikatny,

jestem tylko parą butów z porcelany.

 

I grzecznie poproszę, bądź bardzo uważna,

nie stepuj z radości kiedy się spotkamy.

 

 

Inkluzje

Piękne – jak przypadkowe spotkanie na stole sekcyjnym maszyny do szycia i parasola.*

 

Notatka prasowa:

Coraz więcej tzw. śpiewającego bursztynu znajdują turyści na plażach Bałtyku.

W bryły wtopione są pożółkłe zwitki z zapiskami. Napisów nie da się odczytać zwykłym głosem,

wszelkie próby zamieniają się w śpiew.

Naukowcy pracują nad rozwiązaniem zagadki.

Poniżej redakcja zamieszcza zapis z odczytu jednej z notatek, wartym zauważenia jest fakt,

że nie udało się go zarejestrować na żadnym nośniku:

 

„Rozmodlę się, zamodlę, przemodlę młynkiem języka, młynkującymi kciukami przetrę farby na drzwiach kaplicy, przetrę deski kornikiem modlitwy, pięści pogruchoczę bijąc się po piersiach, zabiję, przebiję, zakołaczę mamląc moja wina, moje wina, moje wszystkie kwaśne wina, nie da się zamienić w krew tej wody, za dużo w niej soli, przedrapię się wreszcie przez marmury, chmury, baroki, kościoły, przez kopułę nieba w mleczny klosz księżyca wsadzę dygoczący łeb i zwinę się w kłębek i już nimbem będę”.

 

Notatka luźno związana z tematem:

„O ludziach, którzy wchodzą do rzek i jezior

i nie wracają, mówi się, że giną.

Nic bardziej błędnego, gdyż należy

twierdzić, że się tam znajdują”.

 

Notatka ostatnia:

Do redakcji wpłynęła kolejna notatka ze śpiewającego bursztynu.

To największy okaz, jaki dotąd wyrzuciło morze.

Naukowcy twierdzą, że jego odkrycie może znacznie pomóc

w ostatecznym rozwiązaniu zagadki.

 

„Coraz  mniej modlitw dociera w błękitny odbiornik.

Rząd nie radzi sobie z plagą ateizmu, przestarzały sprzęt gubi fale.

Bursztynowe lampy, zwane łzami Bałtyku, nie chcą przewodzić modlitw odmawianych w myślach.

Archanioł M. złożył zeznania opatrzone oficjalną nazwą – Jasnonienawidzenie Archanioła M.

Anioły i anielice zmylone rwanymi dźwiękami eteru wchodzą do rzek i jezior myląc je z chmurami. Po kilku latach błądzenia wynurzają się odarci z szat i upierzenia.

Noszą jednak nadal klosz nimbu, który pozwala im znieść ziemską atmosferę.

Niestety, niewierzący ludzie są przekonani, że mają kontakt z  przedstawicielami obcej cywilizacji, rozbijają ich aureole strzelając z broni palnej, a po pozornym zabiciu zatapiają na wpół nieśmiertelne ciała w szklane kadzie z formaliną.

Obiekt jest pilnie strzeżony. Znajduje się na terenie krainy zamieszkiwanej przez liczne sekty i protestantów”.

 

Notatka znaleziona w bursztynie, datowana I rok po potopie:

 Zaraz po wynurzeniu się z morza,

a wszedłem jeziorem,

straciłem nieśmiertelność, skaleczyłem rękę.

Nikt mnie nie witał, nie gonił, nie zastałem nic

tylko łzy Bałtyku, język mądrych ryb.

Rana nie chce się goić, tracę ciepło, puls,

rybieję czy się uczłowieczam?

 

*Isidore Lucien Ducasse, Pieśni Maldorora

Przekład, Maciej Żurowski

 

 

GODŁO: Drugi list jasnowidza do żywych poetów

 Jesień a moll opus 17 nr 4

 

O tej porze w Warszawie buddyści sypią mandalę,

wydmy w Kampinosie formują się powoli,

jasny piach oczyszcza się z liści w podmuchach wiatru,

i mgieł duszących Żelazową Wolę.

 

Kolejny konkurs pianistyczny,

w stolicy jednogłowego orła polifonia

miasta połyka rozchwianych muzyków,

przegrani bębnią jeszcze nerwowo palcami

po pierzejach cudem odbudowanej starówki.

 

Buddyści sypią mandalę, sypią mandalę,

o tej porze sypią mandalę, niewzruszenie

wodzą dłońmi w takt poloneza, nad stołem

imitującym wszechświat, w ukryciu –

nikt nie podziwia pewności ich ruchów.

 

Dajcie mi fortepian na miarę talentu!

rzuca głową w ostatnim etapie dziwak z Łotwy,

dostaje polakierowaną deskę, która odbija

jego trzydzieści dwa zęby, rozszalały język,

rozcapierzone pięciolinie palców nie trafiają

w gusta jury, skaczą jedynie po klawiszach

jak czujne pająki.

 

I chociaż się starał, chociaż szło tak dobrze,

przez białą koszulę przebija się nagle

krwawa łodyga mango, które od dawna

nosił w ciele zamiast prawdziwego serca.

 

Synkopy cichną, miasto tężeje w korkach,

buddyści kończą mandalę, mieszają szczoteczkami

ziarenka, niosą nad rzekę idealny wszechświat, który

wysypią na wiatr, na wiatr, na fale.

 

 

Kijanki w wysychającej kałuży

Dalajlamie, za lekcje medytacji z empatią.

 

Jak niewiele zabrakło w łańcuchu DNA

(jest też dna moczanowa, zakwaszenie organizmu),

żeby oddzielić się całkiem od bajora,

wyhodować płuca zamiast skrzeli i struny głosowe.

Zamiast skrzeku wydać krzyk.

Chwytną ręką móc zapisać to,

co bazgrze wiotka płetwa kręgami na wodzie.

 

Jak niewiele tu życia, jak wiele obietnic,

ledwie coś kojarzę, wstrzymujesz krążenie,

każesz się wyprowadzać, trzymasz w niepewności,

nie dajesz wskazówek, karzesz za brak wiary,

a przecież nie mam rąk do modlitwy,

języka, żeby wyszeptać zbaw mnie.

I nie wiem w co mnie znów odrodzisz,

dokąd mnie poniesiesz, w co wrzucisz,

czy trafię w kamień, czy jak kamień w wodę.

Jak niewiele zabrakło wiary, jak wiele

narodzin.

 

 

fot. ze zbiorów autora

fot. ze zbiorów autora

Marcin Królikowski

Zodiakalny warszawiak. We wczesnym dzieciństwie zdiagnozowano u niego meteoryt w lewej półkuli mózgu. Sukcesor trzydziestoletniego kwiatu doniczkowego o nazwie Amarylis. Odziedziczył go po babci. Miłośnik literatury, historii i sztuki. Zakochany w rodzinnym mieście. Jego marzeniem jest konserwacja wszystkich reliktów twierdzy Warszawa i twierdzy Modlin. Z niecierpliwością czeka na otwarcie Muzeum Wojska Polskiego w Cytadeli. Kiedy był mały, na wycieczce z ojcem chciał ukraść kapsułę Hermaszewskiego. Do dziś mu się śni, że w niej spada.

 

 

 

 

Tags: , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *