MENU
JD-foto2

Wartości – poezja Jarosława Wit Dłużniaka

ao2

Dni ciepłem pachnące – poezja Katarzyny Pawłowskiej

5 września 2016 Comments (0) Views: 589 Czytam

Aryman – opowiadanie Karoliny Orłowskiej

px– Słuchajcie, nieroby – zakrzyknęła wesoło Marlena, kopiąc lekko drzwi, żeby się za nią zamknęły. – Pączków jest całe pudło, ale różowego lukru nie mieli. Dziewczynki muszą obejść się smakiem.

Zajęło jej chwilę, zanim się zorientowała, że żaden z kolegów nie rzucił rubasznym tekstem, żaden nie ryknął śmiechem, a Smoliński, którego biurko stało najbliżej drzwi, wlepił spojrzenie w leżącą na blacie kartkę. Przystanęła i omiotła spojrzeniem pomieszczenie . Dopiero wtedy przedmiot ogólnej konsternacji wyłonił się zza załomu ściany. Elegancki jak zwykle, w skrojonym na miarę garniturze. Jego obecność oznaczać mogła tylko jedno – kłopoty.

– Dzień dobry, panie inspektorze. – Postawiła pudełko na rogu szafki i wyciągnęła dłoń. – Marlena…

– Dietrich – zakrzyknął Ruciński. Robił jej ten sam żart przy każdej okazji, choć tym razem jakby o połowę ciszej.

– Starszy aspirant Marlena Kruzik – dokończyła. – Nie mieliśmy jeszcze okazji się poznać.

– Witam. – Zimny ton inspektora nieco ją zmroził. – Zapraszam na rozmowę.

Ruszył w kierunku  gabinetu komendanta. Marlena nie miała innego wyjścia jak pójść za nim.

– Proszę siadać, aspirant Kruzik. – Komendant Lewan wskazał jej fotel.

Prócz niego w pomieszczeniu zobaczyła dwóch innych mężczyzn w garniturach, którzy udawali, że wcale ich tam nie ma. Poznała to po sposobie, w jaki odwrócili wzrok, kiedy  skinęła  głową na powitanie.

– Marleno – komendant przybrał oficjalny ton, choć nadal zwracał się do niej po imieniu. Znała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że właśnie tak chce pokazać, jak dobre stosunki służbowe panują na jego komisariacie. – Opowiedz nam, jak wyglądała interwencja w mieszkaniu przy Olchowej dwa dni temu.

– Wszystko jest w raporcie – odpowiedziała. – Opisałam dokładnie, co tam zastaliśmy.

– Czytaliśmy raport. – Inspektor przemówił z przyganą w głosie. A przynajmniej tak jej się zdawało.

– Miałem na myśli raczej – komendant ostrożnie dobierał słowa – twoje spostrzeżenia.

– W czwartek, około godziny szesnastej, dostaliśmy zgłoszenie – zaczęła opowiadać zgodnie z jego życzeniem. –

– Do rzeczy, Marleno – ponaglił komendant.

–  W mieszkaniu zastaliśmy czterdziestoletnią kobietę, w pobliżu drzwi leżało ciało jej osiemnastoletniej córki. Dziewczyna miała podcięte gardło. Zabezpieczyłam zakrwawiony kuchenny nóż, prawdopodobne narzędzie zbrodni.

– Jak zachowywała się matka?

– Stała na balkonie, cała we krwi.

– Mówiła coś?

– Tak. – Marlena wiedziała, że to jedna z tych spraw, które zapadną jej w pamięć na zawsze. – Powtarzała, że on jej kazał. Trzy razy wymówiła słowo, które brzmiało jak Aryman. Zapytałam, kto to taki, ale nie odpowiedziała.

Marlena przypomniała sobie tę kobietę. Nawet krew rozmazana na twarzy nie zatarła jej szlachetnych rysów. Widać było, że to kobieta inteligentna i wykształcona. Księgozbiór zajmujący całą ścianę jej sypialni tylko to potwierdzał. W zielonej garsonce wyglądała jak lekarz czy wykładowca. Marlena pamiętała, że tak wtedy pomyślała, że  pani doktor ześwirowała i  nikt tego w porę nie zauważył. Wyraz jej  oczu przerażony, zagubiony, całkiem zszokowany, kiedy spoglądała na ciało córki. A potem zieleń garsonki nad poręczą…

– Pani aspirant – inspektor przerwał jej rozmyślania. – Co było dalej?

– Mówiła coś w stylu: to on, wtedy w samochodzie spojrzałam w oczy, i Aryman. Nie mam pojęcia, co miała na myśli. – Potem zwyczajnie przechyliła się przez barierkę i wypadła z balkonu. Aspirant Kamiński stał bliżej, ale nie miał żadnych szans, by ją złapać.

– Gdzie teraz jest twój partner? – Inspektor widocznie czegoś szukał, Marlena nie potrafiła jednak stwierdzić, czego. – Podobno jest chory. Zatrucie pokarmowe.

Później, tego dnia, kiedy wróciła do domu po służbie, aspirant Kamiński siedział na jej sofie i bezmyślnie wpatrywał się w okno .

– Tomek –  podeszła, żeby się przywitać. – Jak się czujesz?

– Wszystko w porządku. – Wiedziała, że skłamał. –  Jak w pracy?

– Był inspektor – wyjaśniła. – Pytał o to zgłoszenie na Olchowej, a potem o ciebie.

– Wiedzą o nas?

– Nie sądzę.  To była rozmowa służbowa, nic nie wspominał o relacjach prywatnych. Wątpię, żeby się domyślali.

– Powiesz mi, co się dzieje? – Usiała obok niego. – Nie jesteś chory, tylko jakby… zmęczony?

– Nie mam pojęcia. – Tomek wyglądał na bardzo smutnego, nie rozumiała powodu  jego stanu. Przytuliła go mocno. – Wiesz – powiedział. – Wtedy w mieszkaniu, zanim ta kobieta skoczyła, spojrzała na mnie takim dziwnym wzrokiem. Wyglądało, jakby przez jej  źrenice przebiegł płomień, iskierka, nie wiem, co to było. Błysk jakby. Wtedy poczułem ukłucie w oczach i zmęczenie. To wyczerpanie, jakbym przebiegł sto kilometrów, czuję nadal.

– Potrzebujesz odpoczynku – stwierdziła. – To było bardzo przygnębiające wezwanie. Myślę, że powinieneś pogadać z psychologiem.

– Możliwe, ale na razie położę się na sekundę.

Marlena zastanowiła się, o jakim błysku mówił. Ona nic nie widziała. Przypomniała sobie sytuację chyba po raz setny. Dlaczego jej nie łapałeś?, pomyślała. Dlaczego nawet w zwykłym ludzkim odruchu nie wyciągnąłeś dłoni w jej stronę, kiedy już było widać, że skoczy? Była pewna, że Tomek stał jak wmurowany, tak samo była pewna faktu, że nikomu o tym nie powie.

Kiedy obudziła się następnego dnia, Tomka już nie było. Spotkali się dopiero na komisariacie. Zachowywał się i wyglądał jak zwykle, dlatego Marlena uznała, że jego wczorajszy nastrój był wynikiem zmęczenia i stresu w pracy.

– Miałem dziś rozmowę z Lewanem – zaczął przy kolacji. – Pytał o tamto zgłoszenie.

– Dziwi mnie to trochę. Mam wrażenie, jakby czegoś szukali – odpowiedziała. – I niepokoi mnie ten fakt, bo byliśmy tam tylko we dwoje.

– Lewan mówi, że sprawa jest trudna, bo to rodzina znanego adwokata. Jakiegoś tam eksperta od rozwodów, i to on pociąga za sznurki, bo nie może uwierzyć w to, co się stało.

– To by wiele wyjaśniało. – Marlena zrozumiała obecność inspektora na komisariacie. – Mówił coś więcej? Czemu to zrobiła? Mają już jakieś podejrzenia?

–Nie. Nic nie mówił.

Ucięła temat, bo nie  lubiła rozmów o pracy w domu i choć krótko byli parą, a do tego ukrywali ten fakt przed światem, zamierzała tej zasady stanowczo bronić. Pomyślała potem, że może rozsądniej byłoby, gdyby Tomek choć czasem, dla przyzwoitości i pozorów, nocował w swoim mieszkaniu.

W nocy obudziło ją szuranie po podłodze. Pomyślała, że jej towarzysz idzie do łazienki, ale odgłos urwał się za wcześnie. Nastała zwyczajna, szumiąca w uszach nocna cisza. Powoli podniosła ociężałe powieki, mrugnęła kilka razy, by przywrócić oczom ostrość widzenia. Nie musiała się nawet poruszać, bo leżała na boku, zwrócona w odpowiednim kierunku, stąd też Tomek nie wiedział, że nie śpi. Ona natomiast miała go na wyciągnięcie ręki, tuż przed nosem.

Tomek stał przed oknem. Wyprostowany, w całkowitym bezruchu. Marlena widziała srebrną poświatę księżyca, która odbijała się od czarnych włosów i oświetlała kontury mocnych ramion. Patrzyła na Tomka, a Tomek patrzył przez okno. Trwało to dobrych kilka minut. Nie wiedziała dokładnie ile, ale wydawały się wiecznością. Kiedy już dotarła do szczytu przerażenia i wiedziała, że dłużej nie wytrzyma, Tomek się poruszył. Powoli, bez zbędnego zamieszania wrócił do łóżka. Był bardzo zimny. Marlena do rana nie mogła zasnąć.

– Mamy zeznania zebrać od całej rodziny? – zapytał Tomek niepewnie. – Czy tylko od tej babci, która i tak nic nie wie?

– Od babci – powiedziała, skupiona na prowadzeniu samochodu. – Tylko po to jedziemy na drugi koniec miasta. Smolińskiemu urodziło się dziecko dziś rano – zmieniła temat i włączyła kierunkowskaz. – Słyszałeś?

– Tak – Tomek roześmiał się na głos. – Nabijali się, że będzie rude i podobno wykrakali.

– Żartujesz – parsknęła. – Po kim niby?

– A kto to wie. Smoliński zapowiedział już dawno imprezę, jak się tylko urodzi, a teraz podobno próbuje się wykręcić.

– Współczuję mu. Co z tą imprezą? Coś słyszałam, ale nie było jeszcze terminu. – Wcisnęła mocniej gaz i wyprzedziła vana.

– Jutro chy… – zaczął Tomek, ale już go nie słuchała.

– Co to jest? – Wskazała palcem. – Tam, przed nami na poboczu?

– Jakieś śmieci.

– Pies, cholera jasna. – Przyhamowała i wskoczyła dwoma kołami na krawężnik w niedozwolonym miejscu.

Tomek nie miał szansy na odpowiedź, bo zanim wygramolił się z auta, ona już kucała obok wyciągniętego na długość ręki zwierzaka, który najwidoczniej jeszcze żył. Sądząc po ilości krwi na jezdni, było to dość zaskakujące.

– Co za ludzie – rzuciła w powietrze i dodała kilka siarczystych przekleństw. Poczuła, że partner stoi tuż za nią, więc mówiła dalej. – Uderzony w tył, nie widzę, skąd krwawi. Trzeba go gdzieś zabrać, albo kogoś powiadomić. Poszukaj najbliższej lecznicy.

Przysunęła się bliżej do zwierzaka.

– Tomek – ponagliła ostrym tonem. – Słyszysz, co mówię?

Odwróciła głowę, żeby go popędzić, ale słowa zamarły jej w gardle. Tomek kucał nad kałużą krwi. Z palca, który najwidoczniej przed chwilą w niej umoczył, kapała krew, aż zostało jest zbyt mało do uformowania kolejnej kropli. Wtedy Tomek przestał się temu przyglądać i na powrót skierował dłoń w stronę kałuży. Marlena zerwała się na równe nogi, odepchnęła go tak mocno, że usiadł na jezdni. Chwilę wpatrywali się w siebie bez słowa. Oboje równie zaskoczeni.

Marlena była wysoką blondynką z krótkimi włosami zawsze postawionymi na jeża. Miała mocne, sprężyste ciało, o które należycie dbała i była raczej zadowolona ze swojego wyglądu. W odróżnieniu od pani Barbary piastującej miejsce w archiwum. Ta z wyglądu Marleny bynajmniej zadowolona nie była. Nie omieszkała o tym wspominać przy byle okazji.

– Dzień dobry, pani Barbaro – powiedziała, uchylając drzwi. – Przyszłam pani pokazać, jak mi włosy nie urosły. Nie przeszkadzam?

– O, kochana. – Pani Barbara pracowała w tym miejscu już dość długo, dlatego, jak sama uznała, formy grzecznościowe jej nie obowiązują i zwracała się do wszystkich po imieniu. – Wejdź, biedactwo.

– Wcale taka biedna nie jestem.

– Jak nie? – Pani Barbara załamała ręce. – Żeby taka fajna dziewczyna miała tak męski wygląd, aż szkoda. Jeszcze te włosy.

– Słabe, łamliwe, trzymam krótkie, bo… – argumentacji jednak do końca nie przemyślała. – Ja właściwie w innej sprawie.

– Mów, biedulo, mów.

– Byłam na interwencji ostatnio, dość nieciekawy przypadek, a sprawca był świadkiem innego zdarzenia. Chciałabym spojrzeć, czy nie mają one powiązania, które jakimś cudem umknęło nam wcześniej. Maria Wolanowska, pani Basiu.

– Kojarzę – odpowiedziała tamta i sięgnęła po jedną z ułożonych w równy stos teczek. – Wprowadzałam poprawki do bazy dziś rano. Sprawa świeża, ale do zamknięcia. Winowajczyni nie żyje, to czego szukać?

Marlena chwyciła teczkę i usiadła przy stoliku w rogu. Pani Barbara zerkała na dziewczynę co kilka minut, ale przez lata nauczyła się, choć z trudem, że w tym momencie nie wypada prowadzić konwersacji.

Historia zdawała się rodzinna. Mąż wychodzi do pracy, idzie wzdłuż chodnika. Żona, zapewne wcześniej przygotowana, uderza w niego rozpędzonym autem, którego jeszcze nie spłacili. Po czym cofa, rozpędza się ponownie i uderza czołowo w filar mostu, w wyniku czego ląduje na trawniku, bo jechała bez pasów. Według akt jeszcze żyje. Wtedy dochodzi do interakcji między nią a Wolanowską, która zatrzymuje swój samochód, wysiada i podbiega do poszkodowanej. To ona wzywa karetkę i policję. Gdzie tu związek?, pomyślała. Gdzie?

– Morderstwo na bliskiej osobie z niewyjaśnionych przyczyn – powiedziała na głos i choć znalazła wspólny mianownik, nadal niewiele rozumiała.

Wieczorem spotkali się w knajpie, żeby razem ze Smolińskim świętować narodziny jego pierworodnego. Świeżo upieczony tata przygotował sobie odpowiedzi na zaczepki kolegów i tym sposobem ogromną część czasu spędził na tłumaczeniu kolejnym osobom, że włosy jego syna nie są rude, ale blond i zapewne z wiekiem ściemnieją, jak to się często zdarza. Marlena zamieniła z Tomkiem zaledwie kilka słów, ale przyłapała się na tym, że go obserwuje. Zachowywał się w granicach normy, czyli głośno mówił, głośniej się śmiał, a najgłośniej wznosił toasty. Wypił nadspodziewanie dużo i nawet kiedy reszta już odmawiała, on ciągle pił, a nadal wyglądał na trzeźwego. Postukiwał tylko coraz mocniej szklanką i opowiadał z przejęciem, nie dając innym dojść do słowa. Marlena wpatrywała się w jego twarz i ruchy, przestała odbierać otoczenie i siedziała cicho w kącie jak zahipnotyzowana. Pojawiło się jakieś niejasne wspomnienie, obijało się gdzieś z tyłu głowy, nie mogąc się przebić. Krążyło wewnątrz, drażniąc i budząc niepokój. Im mocniej wpatrywała się w Tomka, tym bardziej huczało jej w uszach i tym bardziej się koncentrowała, szukając w głowie odpowiedzi na pytanie, którego sama jeszcze nie znała. Przypomniała jej się Wolanowska, zielona garsonka i wykrzywiona przerażeniem twarz, zupełnie inna od twarzy morderców. Ta kobieta nie pasowała do sytuacji. Nie była oszalała czy rozgniewana. Nie miała wzroku osoby, która w morderczym szale ma ochotę zabić każdego, kto znajdzie się w zasięgu jej dłoni. Z drugiej strony, również nie wypierała tego, co się stało. Nie była odrętwiała, jej mózg nie zalewał świadomości falą ukojenia czy szczęścia, jakie czasem towarzyszy mordercom, kiedy już osiągną swój cel. Wolanowska była zwyczajnie przerażona, rozumiała, co się stało i było to dla niej nie do zniesienia. Nie potrafiła zrozumieć ani objąć umysłem całego wydarzenia, ale była całkowicie świadoma. Marlenę przeraziło to odkrycie, ta sprawa od początku nie była standardowa. Tym bardziej, że Wolanowska kochała swoją jedynaczkę, z relacji znajomych i rodziny wynikało, że dogadywały się nadspodziewanie dobrze. Co musiała czuć ta kobieta, kiedy zdała sobie sprawę, co się stało? Co czuć… Marlena szukała tej utraconej myśli, znaku… co mówiła. Odtworzyła całą scenę w głowie raz jeszcze, jak z projektora. Wyglądała przy tym jak osoba w transie. I ta zagubiona myśl wróciła. Stało się to tak nagle, że Marlena poczuła, jakby w głowie wybuchł jej mały ładunek. Po prostu w sekundzie wiedziała już, czego szuka. Wolanowska wspominała o patrzeniu w oczy i wymieniła nazwę czy nazwisko – Aryman. Może to ksywka, pseudonim, pomyślała. Podniosła się i zaczęła kolejno żegnać się ze wszystkimi. Czuła, że natychmiast musi sprawdzić, o czym mówiła tamta kobieta.

– Gdzie się wybierasz, Dietrich? – rzucił wstawiony Ruciński, kiedy zbliżyła się do grupki, w której stał Tomek. – Nie wytrzymałaś tempa prawdziwych facetów? – zagadnął i czknął.

– Zdaje mi się, że to ty powycierasz za chwilę podłogę krawatem – odpowiedziała. – Panowie, zróbcie dla mnie kilka fotek. Takich, którym nie będzie mógł zaprzeczyć.

– Zamówienie przyjęte. – Smoliński podał jej dłoń. – Dziękuję, że przyszłaś.

– Żegnam towarzystwo. – Spojrzała wymownie na Tomka, ale nie mogła przy wszystkich zapytać, czy da się zabrać do domu, czego bardzo żałowała. – Trzymajcie się w pionie.

Piętnaście minut później siedziała w ciemnym mieszkaniu przy swoim laptopie. Wpisała w wyszukiwarkę hasło „Aryman” i już przy pierwszej witrynie na liście prychnęła z niezadowoleniem. Duch, książę zła, Bóg ciemności i kłamstwa. Szukała czegoś realnego, a jej irytacja rosła wraz z kolejnymi stronami, które opisywały starożytne wierzenia.. Zrezygnowana zatrzymała się na stronie opisującej demony.

– No bez jaj – powiedziała do pustych ścian. – To jakieś żarty są. Bzdury.

Ogarnęła ją złość. Była osobą praktyczną i rozsądną, dlatego sama myśl o mocach z zaświatów w połączeniu ze zmęczeniem wyprowadziła ją z równowagi. Aryman, według otwartego przez nią dokumentu, był demonem zniszczenia, śmierci i zła. Był pierwowzorem szatana i to on sprowadził na ziemię śmierć, zabijając prototyp człowieka i zwierzęcia.

– Co za głupoty. – Przez sam fakt, że czyta takie informacje, Marlena czuła się jak niespełna rozumu,.

Opadła na krzesło i przymknęła powieki. Wolanowska powiedziała wyraźnie, że to on. Cokolwiek miała na myśli, wypowiedź brzmiała tak, jakby chciała wytłumaczyć, że to nie ona zabiła córkę. A raczej ona, ale na rozkaz kogoś innego, kto prowadził jej dłonie, kto poddał szatański plan, wymusił wykonanie wyroku. Stało się to wtedy, gdy spotkała na swojej drodze mężobójczynię.

– Dlaczego tak prostą sprawą zajął się inspektor? – szepnęła. – Naciski ze strony rodziny to za mało.

Pomyślała, że gdyby prawdą był fakt przenikania demona z jednej osoby w drugą, to trzeba by ustalić, co przydarzyło się kobiecie rozjeżdżającej małżonka samochodem, a potem szukać dalej. Od osoby do osoby. Jak w archiwum X, jak choroba zakaźna przenoszona… Jak?… Spojrzałam w oczy, usłyszała w głowie głos Wolanowskiej. Spojrzałam w oczy. A potem podświadomość szepnęła bez ostrzeżenia głosem Tomka: Błysk. Iskierka. Ukłucie w moich własnych oczach. Przerażenie zaparło jej dech, wiara w tak niestworzone historie to najtrudniejsza z rzeczy, z jakimi przyszło jej się zmierzyć. Zerwała się z miejsca. Chwilę trwało, zanim postanowiła, czy przypuszczenia to dość, żeby wszczynać alarm. Założyła kurtkę i wybiegła z domu. Wyobraźnia podsunęła jej obraz kolegów zaśmiewających się do rozpuku z jej detektywistycznych odkryć, ale uczucia do Tomka i jego dobro stały w hierarchii jej wartości o wiele wyżej. Wskoczyła do taksówki. Kiedy dotarła na miejsce, bar był już w połowie pusty, ale Smoliński nadal siedział sztywno i poszturchiwał Rucińskiego, żeby jako tako przywrócić mu świadomość.

– Gdzie jest Tomek? – zapytała, zanim jeszcze zdążyła się przy nich zatrzymać. – Widzieliście go?

– Poszedł do domu. Bratowa go zabrała. Wyglądał skurczybyk na trzeźwego, musiał oszukiwać czy coś. – Smoliński zachwiał się na stołku.

Marlena przestała słuchać, wybiegła z baru, choć już nie tak szybko, bo nerwy nieco jej opadły i zaczynała zdawać sobie sprawę ze swojego szaleństwa. Jej taksówka jeszcze stała przed wejściem. Nie tracąc czasu, pojechała wprost do Tomka, mimo że nie była pewna, co mu powie.

Wbiegła po schodach, w oknie widziała światło, więc śmiało nacisnęła klamkę. W samych drzwiach potknęła się o jego ulubioną kurtkę niedbale rzuconą na podłogę. Marlenę na sekundę ogarnęło wzruszenie, a potem to poczuła. Kwaśny, ale mdły i odrzucający zapach. Smród, którego się nie zapomina, jeden z tych, które prześladują i duszą. Zapach śmierci. Serce przyspieszyło rytm, aż poczuła ból w klatce piersiowej i pulsowanie w skroniach. Zdała sobie sprawę, że nie ma broni. Zrobiła dwa powolne kroki i zobaczyła najpierw nogę obutą w czerwony trampek, a potem resztę kobiecego ciała. Po włosach poznała bratową Tomka. Kobieta leżała w kałuży krwi twarzą do podłogi. Marlena poruszała się jak w transie. Kucnęła obok ciała, ale nie musiała go dotykać, żeby wiedzieć, że kobieta nie żyje. Nie była tylko pewna, co ją zabiło. Podniosła wzrok i zobaczyła Tomka. Siedział skulony na podłodze, plecami oparty o kanapę. Nie patrzył na nią, ale zauważyła w jego ręku broń.

– Tomek – szepnęła.

Uniósł głowę, twarz miał skamieniałą, zastygłą i tylko po łzach spływających obficie z kącików oczu poznała, że rozumie sytuację i wie, co się stało. Marlena była pewna, że jest świadomy. Nieopisany ból przeszył jej ciało.

– Co się stało? – zapytała, wstając. Powoli odsunęła się od ciała. – Co się, do cholery, stało?!

– Nie wiem. – Tomek mówił tak cicho, że ledwie go słyszała. – Nie wiem, to nie ja.

Przystawił do skroni służbową broń, Marlena cicho zaprotestowała, co przyciągnęło jego uwagę. Spojrzał wprost na nią, a kiedy ich oczy się spotkały, Marlena poczuła ukłucie w źrenicach. Stała jak sparaliżowana, jak gdyby ktoś odłączył jej mózg od ciała. Jakiś cień przebiegł przez twarz Tomka, zanim pociągnął za spust.

 

Autor: Karolina Orłowska

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *