MENU
www_niebospiecznik_baner_male

KONKURS !!!

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/it/4/49/The_Danish_Girl.png

Pocałunek i film, który będę pamiętać

25 listopada 2016 Comments (0) Views: 1808 Lubię, Ogólne, Widzę

Artysta z powołania, twardziel z przymusu, optymista z wyboru – wywiad z Michałem Szalińskim

fot. z archiwum M. Szalińskiego

fot. z archiwum M. Szalińskiego

Michał Szaliński to trzydziestolatek ze Świdnicy, który w rzeźbiarstwie odnalazł swoją drogę. Marzyciel, patrzący z wiarą w każdy kolejny dzień. Niezwykle pozytywny człowiek, mąż i ojciec, który z odwagą walczy o siebie i swoją rodzinę, a za okazaną pomoc każdemu chętnemu odwdzięcza się… ręcznie rzeźbioną sówką.

 

Poznajcie jego historię.

 

 

 

 

  • 001
    001
  • 002
    002
  • 003
    003
  • 004
    004
  • 005
    005
  • 006
    006
  • 007
    007
  • 008
    008

 

Karolina Orłowska:  Z wykształcenia jesteś stolarzem, czy to dzięki wykształceniu odkryłeś w sobie pasję do rzeźbienia w drewnie? Czy może było zupełnie na odwrót?

Michał Szaliński: Jak najbardziej, jestem stolarzem z wykształcenia, bo w praktyce to nie jest tak do końca. Stolarstwo to mój wybór ze względu na fakt, że moi rodzice też są stolarzami. Mama to nawet stolarz tapicer. Praktyki zawodowe w szkole nie nauczyły mnie zawodu, tylko zamiatania i tego typu zajęć. Po szkole nie byłem już w pełni sił, by ktoś chciał mnie zatrudnić do fizycznej pracy legalnie, więc zacząłem zasilać szarą strefę po rozmaitych stolarniach. Pewnego dnia tato załatwił mi możliwość zarobienia w pewnym zakładzie, okazało się, że to zakład rzeźbiarski.

 

K.O.: Czy to właśnie tam zainteresowałeś się rzeźbiarstwem?

M.S.: Tak. Tam zobaczyłem, jak się to robi tak naprawdę, nie jak pokazują w programach telewizyjnych, że pan rzeźbiarz sobie stoi i coś dziubie. W czystym pokoiku z kaloryferem i oryginalnym dłutem. Po pierwsze nie wygląda to tak kolorowo. Często było ciężko, bo ani kasy, ani efektów nie było widać, ale satysfakcję miałem prawie zawsze. Zawsze też podobało mi się, jak powstaje coś z niczego, jak można z klocka drewna zrobić sowę albo słonia. Co się zechce.

 

K.O.: Każdy artysta ma wśród swoich prac tę jedną, specjalną, która budzi u niego sentyment, którą uważa za wyjątkową. Którą ze swoich rzeźb określiłbyś takim mianem?

M.S.: Artyści to też ludzie. Każdy ma swoje przywary, a często odpały. Ze wszystkich moich prac jestem dumny i podobają mi się, ale tylko na początku, bo w miarę upływu czasu i poprawiania umiejętności manualnych satysfakcja się zmniejsza. Na dziś. nie jestem w stanie określić, z jakiego dzieła jestem najbardziej zadowolony.

 

K.O.: Czy masz jakiś autorytet rzeźbiarski? Kogoś, komu chciałbyś dorównać? Czy raczej podążasz swoją ścieżką? Jest jakiś etap, do którego nadal dążysz, czy jesteś zadowolony ze swoich umiejętności i uważasz je za wystarczające?

M.S.: Autorytetem dla mnie jest każdy, kto potrafi robić coś lepiej. Rzeźbiarstwo jest jak jazda na rowerze, im więcej czasu się temu poświęca, tym lepiej się jeździ. Myślę, że osiągnąłem zadowalający poziom, a i w stylu rzeźby pozostawiam coś swojego. Taki mój własny podpis.

 

K.O.: Czy pasja jest dla Ciebie rodzajem terapii, odskocznią od problemów dnia codziennego i choroby?

M.S.: Choroba jak to choroba, nie da o sobie zapomnieć, czy to podczas pracy, hobby, czy np. na urlopie. Jednak rzeźba daje mi komfort psychiczny, bo choć mocno ograniczony, to jednak do czegoś się nadaję. Na pewno też jest dla mnie jakimś rodzajem terapii, odskoczni, bo często wyłączam myślenie i po prostu rzeźbię. Nie jest natomiast lekkim zajęciem.

 

K.O.: Zgodzisz się opowiedzieć nam o swojej chorobie? Wiemy, że dystrofia mięśniowa to choroba genetyczna. Wyjaśnij, proszę, czytelnikom, na czym ona polega i jak się objawia.

M.S.: Postaram się opowiedzieć, choć żaden lekarz nie potrafił mi wyjaśnić prostymi słowami, na czym ona polega. Mało tego, lekarze nawet nie ustalili, na jaki rodzaj dystrofii cierpię.

Choroba ta polega na upośledzeniu dystrofiny, która powinna naprawiać mięśnie uszkodzone np. przez złą dietę czy przeciążenie. Wydawałoby się, że wystarczy dobrze się prowadzić, stosować dietę i to wystarczy, ale to nie takie łatwe. Mięśnie u dystrofika nie regenerują się i nie przyrastają jak u zdrowych ludzi (im więcej podnosisz ciężarów, tym bardziej zwiększa się masa mięśniowa).

 

K.O.: Co sprawia Ci największą trudność na tym etapie choroby?

M.S.: Obecnie są to wszystkie czynności wymagające zgięcia kończyn czy korpusu więcej niż dziesięć czy dwadzieścia procent. W prostszych słowach – dopóki jestem wyprostowany, to idę, stoję itd. Często też tracę równowagę, potykam się o naprawdę niewielkie nierówności czy uginają mi się zmęczone już nogi i ręce.

 

K.O.: Jesteś niezwykle pozytywną, uśmiechniętą i waleczną osobą. Daleko Ci do chorych, którzy poddają się psychicznie przy tak trudnych diagnozach. Skąd czerpiesz siłę?

M.S.: Od dziecka mówiono mi, że jestem zawsze uśmiechnięty. Pewnie tak zostało i żaden z czynników codzienności nie ma na to wpływu. Miałem w swoim życiu wiele problemów, wiele dołków emocjonalnych i trudnych decyzji, które trzeba było rozwiązać czy przeczekać. Jestem często uśmiechnięty, bo lubię czerpać przyjemności z życia, jak każdy. Wydaje mi się, że zależy to od oczekiwań każdego z nas.

 

K.O.: Leczenie komórkami macierzystymi to nadal nowa, eksperymentalna metoda. Pomimo braku badań klinicznych są dowody na to, że potrafi zatrzymać bądź cofnąć chorobę. Opowiesz nam, na czym polega takie leczenie?

M.S.: Terapia może cofnąć chorobę, ale nie udowodniono jeszcze, na ile procent. Polega ona na podaniu czystych, zdrowych komórek, które mają się rozwinąć w chorym organizmie.

W dzisiejszych czasach leczenie komórkami jest bardzo popularne, ale jest wiele rodzajów tych komórek. W moim przypadku komórki pochodzą od zdrowego, niespokrewnionego noworodka, a tak dokładniej – z pępowiny, z galarety Whartona. Dla mnie to jedyna szansa, a dowodem jest mój poprawiający się stan zdrowia. Jestem już po dwóch podaniach komórek, jedno dożylnie, drugie dolędźwiowo.

 

K.O.: Czyli już po dwóch zabiegach widzisz zmiany?

M.S.: Poprawa jest, jak najbardziej. Nie jest to jakaś megapoprawa, ale zawsze jakaś jest, a co najważniejsze, nie ma postępów choroby.  W  takim praktycznym rozumieniu mogę wymienić brak bólu stawów, co jest naprawdę ważne, bo dzięki temu mogę normalnie ćwiczyć i funkcjonować. Następny pozytywny aspekt to szybsza regeneracja organizmu –  przykładowo po dwóch, trzech dniach rehabilitacji odpoczywałem kolejne dwa lub trzy dni, a teraz przejdę pięć dni bez przerw i po weekendzie mogę znów ćwiczyć.

 

K.O.: Większą część kwoty potrzebnej na leczenie udało się zebrać dzięki akcjom internetowym, festynom i kwestom w Twojej okolicy. Kto włączył się w te wszystkie wydarzenia i pomógł przy ich organizacji?

M.S.: Na początku byłem sam, ale z czasem zaczęli mi pomagać znajomi, znajomi znajomych…taka pomoc jak udostępnianie postów na Fb czy np. przelew środków.

Było sporo pomysłów i działań, ale nie miałem mocy przebicia i wiedzy, jak się przebić. Nie ma się co śmiać, zaprojektowanie ulotki czy plakatu wymaga już wiedzy, smaku czy nawet zdjęcia z profesjonalnego aparatu.

Zgłosili się do mnie radni z mojego miasta Świdnica. Z różnych ugrupowań. Radni jak to radni  – wiele mogą. Znają dużo ludzi i odwrotnie :-), więc było już ok.

Bywało, że stałem z puszką do kwestowania sam. Nie polecam. To bardzo przykre prosić obce osoby o pieniądze, ale nie miałem wyjścia. Siedemdziesiąt sześć i pół tysiąca samo się nie uzbiera. Zwróciłem się do stacji telewizyjnych. To tu, to tam. Trochę po znajomości, resztę po prośbie, a trochę na „wydrę”. Udało się nakręcić trzy materiały do regionalnej telewizji i do Tvp3, oczywiście do „Sprawy dla reportera”, z czego się cieszę, bo to w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach moja zasługa.

 

K.O.: Masz cudowną rodzinę, jak wygląda na co dzień Wasze życie? Jak udaje Wam się mierzyć z tak trudną chorobą i zachować tyle uśmiechu i optymizmu?

M.S.: Mam świetną rodzinę i faktycznie dość sporo się śmiejemy, bo śmiech jest najlepszym lekarstwem na wszystko. Dni codzienne nie są natomiast niczym szczególnym. Rano sześcioletnią córkę żona zaprowadza do szkoły, syn ma już dwanaście lat, to śmiga sam.

Ja w tym czasie albo robię żonie kawę, albo… jeszcze zmieniam zdrętwiały bok, bo kto nie lubi dosypiać te dziesięć minut. Dalej już nie mam tak wesoło, bo wiele obowiązków i spraw codziennych spoczywa na barkach każdego z nas, tylko tyle że ja robię wszystko o wiele wolniej, więc potrzebuje więcej czasu. Po córkę np. teść idzie piętnaście minut, a ja idę trzydzieści plus dwie godziny odpoczynku. Sami widzicie, że nie ma co płakać, tylko trzeba się śmiać.

 

 

Na koniec zadam Ci kilka pytań z formularza Prousta, zadajemy je wszystkim naszym rozmówcom.

 

 

  1. Kiedy kłamię?

Gdy jestem zagubiony.

 

  1. Słowa, których nadużywam?

 Nie wiem, czy wypada cytować słowa, które w moim słowniku pojawiają się zamiast przecinków.

 

  1. Dar natury, który chciałbym posiadać?

To chyba zbędne, żebym odpowiadał, ale podam zdrowie, bo jest najważniejsze.

 

  1. Jak chciałbym umrzeć?

Tak, żeby dzieci nie myślały, że je zostawiłem.

 

  1. Kim lub czym chciałbym być, gdybym nie był tym, kim jestem?

Chciałbym być hipopotamem, bo mi zawsze zimno, a on tak dobrze oizolowany.

 

  1. Błędy, które najczęściej wybaczam?

Zawsze wybaczam. Mało jest takich błędów, których nie umiałbym wybaczyć.

 

Fanpage Michała: https://www.facebook.com/Micha%C5%82-Gepetto-Szali%C5%84ski-1034995039916037/?fref=ts

 

Linki do zbiórek internetowych:

https://pomagam.pl/nowe_miesnie

http://sedeka.pl/opp/nowe-miesnie

 

 

Tags: , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *