MENU

Jest mnie więcej w miejscach – poezja Anny Musiał

napinam prążkowane wersami mięśnie – poezja Katarzyny Zwolskiej –...

30 stycznia 2018 Comments (0) Views: 345 Czytam, Opowiadania

36 groszy – opowiadanie Juliusza Wątroby

pxTo miał być najnormalniejszy wyjazd. Wsiadłem do autobusu. Dosiadła się do mnie atrakcyjna wieloletnia przyjaciółka, która ma jedną, rzadko spotykaną cechę: znajomego, czy przygodnego słuchacza zasypuje lawiną informacji na temat przeszłego,  aktualnego i przyszłego stanu swojego zdrowia. Tym razem dorwała mnie. Wszystko było w porządku do chwili, gdy w sugestywny i plastyczny sposób, przybliżała mi szczegóły operacji ginekologicznej, na którą czeka z utęsknieniem i wypiekami na twarzy…

Nieliczni pasażerowie – do których docierały pewnie strzępy naszej rozmowy – popatrzyli na nas tak jakoś dziwnie. Z upływem kolejnych kilometrów wiedziałem znacznie więcej o intymnych częściach   jej cielesnej powłoki: jajnikach, macicy, pochwie, mięsakach i innych szczegółach związanych z narządami moczowo–rozrywkowymi, a także o jej …wrażliwej duszy…

Odetchnąłem z ulgą, gdy atrakcyjna Modesta wreszcie wysiadła i mogłem się zatopić, jak wrak starej łajby, w rozmyślaniach.

Szczęśliwie podróż do miasta powiatowego dobiegła końca. Jeszcze tylko przez  ławę na drugą stronę ulicy, na dworzec PKP, zakup biletu i już stoję na peronie.

 

13.18 Bielsko–Biała

„Pociąg pospieszny z Bielska–Białej do Białegostoku odjedzie z toru pierwszego przy peronie drugim”.

Pociąg pusty, jak zawartość głów niektórych polityków. Pociąg smutny, bo pusty. Pociąg czekający na tłum. A ja sam w przedziale. Jak palec, jak stara panna, jak ksiądz dławiący się celibatem… Za oknem też smutek. Brudny smutek polskich stacji i stacyjek, którego nawet buchająca zielenią wiosna nie jest w stanie przykryć, zatuszować, rozweselić… A tu listopad… Ech – szkoda biadać…

 

13.45 Czechowice–Dziedzice

Pociąg najpierw piszczy, później zgrzyta, w końcu zatrzymuje się z przeraźliwym jazgotem. Czemuż to cholerstwo tak hałasuje? Naprawdę nie można nic na to wymyślić? Powywracane flaki wracają na pozycję wyjściową.

Drzwi przedziału otwarte:

– Wolne?

– Wolne.

Pakują się w trójkę. Zrzucają kurtki. Jedna z pępkiem na wierzchu. Ruda. Druga z widoczną apetyczną nadwagą. Brunetka. Trzecia w okularach. Szara jak listopadowy dzień.

 

13.53 Pszczyna

Trzy jesienne gracje. Studentki. To widać. Jedna szpera w skrypcie, druga w książce, trzecia w telefonie komórkowym. Ta grubaska coś w sobie ma. Ta ruda jedynie seks. A ta szara nie ma nic. I tej mi najwięcej żal…

 

14.00 Tychy

– Dzień dobry – zaskrzeczała starsza pani, której daleki przodek musiał być bez wątpienia papugą.

– Dzień dobry – odpowiadamy zgodnym kwartetem. Usiadła obok tej szarej. Taka kolorowa, jak złota polska jesień. Kapelusz, makijaż, bluzka, spodnie. Szara stała się jeszcze bardziej szara, ruda sensualniejsza, brunetka na deser…

– Muszę coś zjeść – skrzeczy starsza pani – nie zdążyłam, tłumaczy się niepotrzebnie. Wyciąga pęto kiełbasy. Starannie ściąga skórkę:

 – Ach, te wrzody…

 

14.25 Katowice

Nic się nie dzieje. Opatrzyliśmy się sobie. Cisza, przerywana mlaskaniem starszej pani. Brunetka grzebie w indeksie, szara w kosmetyczce, ruda w nosie. Nie ściemniam! Popadam w odrętwienie, jak wąż przed zimowym letargiem.

 

14.11 Sosnowiec

Wpada ONA.

– Gdzie konduktor? – wola od drzwi – nie zdążyłam kupić… Ile trzeba dopłacić? To miejsce wolne?

Rzuca torbę na moje kolana.

– Jakaś wariatka! – oburza się starsza pani. Studentki zachichotały – brunetka w tonacji A–dur, ruda w D–dur, szara melancholijnie w g – mol. Moja gitara w trumience futerału przewraca się z oburzenia. Nie jestem już apatycznym gadem! Coś drgnęło.

 

14.52 Dąbrowa Górnicza

ONA wraca do przedziału.

– Mam ten bilet, ale musiałam dopłacić 6 zł. A jacy ci konduktorzy mili – mówi ni to do nas, ni do siebie.

– Mili? – wątpi starsza kobieta – dla pani mili, bo pani taka młoda i ładna. Dla mnie to tacy mili nie byli – cedzi słowa z nieukrywaną zazdrością. Przemijanie jest straszne. Przed pół wiekiem była pewnie także piękna.

Bo ONA jest piękna, jasna, rozświetlona. Wypełnia sobą szczelnie cały przedział. I nie ma już tu, prócz NIEJ, nikogo. Ani tej rudej, ani brunetki, ani szarej, ani starej skrzeczącej. Jakby wyparowały, zlały się z kolorami przybrudzonej tapicerki, wtopiły w ścianki działowe, zniknęły najdosłowniej, choć niedorzecznie. Bo to ONA zawładnęła, bez reszty, tym przedziałem i mną…, bo cała jest światłem, i światło ma w sobie, i promieniuje tą jasnością przedziwną, tajemniczą… Jakąś energią niezwykłą, nieznaną, która ogarnia mnie i oślepia… Jakąś wewnętrzną światłością, rajską urodą pochłaniającą wszystko, która zachwyca i mnie przemienia… I wiem jedno z całą pewnością:

nie ma szansy na ucieczkę, bo TO jest w NIEJ, bo ONA jest TYM!

 

15.12 Zawiercie

Jestem porażony JEJ obecnością. Czuję się głupio i wzniośle równocześnie. Nie mogę oderwać od NIEJ wzroku, więc by się nie błaźnić, wpatruję się w JEJ odbicie w oknie, bo zaczyna zapadać przyspieszony zmierzch. Ona też zaczyna zerkać na mnie za pośrednictwem zimnej szyby. Ale gorąco! Nasze spojrzenia spotykają się aż nazbyt realnie w tej urojonej przestrzeni. ONA się uśmiecha… Oczami… Uśmiecha się wargami, twarzą, całą postacią… To złudzenie optyczne? Fatamorgana? Zdobywam się na odwagę i patrzę na NIĄ wprost – już nie przez szybę. To jednak prawda. Dotykamy się kolanami. Mimochodem oczywiście. Czemu w tym przedziale jest tak mało miejsca, że JEJ długie nogi muszą, albo chcą, mnie dotykać? I czemu w tej cholernej, telepiącej się klitce jest tak dużo miejsca, że zmieściła się tu jeszcze ta ruda, brunetka, szara i ta stara kwokopapuga?!?

 

15.21 Myszków

Zmieszaliśmy się jak wysokouczuciowy cocktail. Pewnie myślami i pragnieniami. Wyczuwam i widzę JEJ szybszy oddech, bo nie jest w stanie zapanować nad falującymi piersiami. By się nie zmieszać jeszcze bardziej i nie

wybuchnąć nitrogliceryną, która we mnie buzuje, wyjmuję gazetę. ONA zaś kolorowe rękawiczki bez palców, które z namaszczeniem naciąga na dłonie.

– Przecież tu jest gorąco! – nie wytrzymuje ta stara, ciekawska jędza, obserwując nas spode łba.

– Tak, tak, wiem, ale muszę dbać o dłonie i palce, bo one są najważniejsze w mojej pracy – ONA tłumaczy się niepotrzebnie i nielogicznie.

Co mogą robić te palce? Ta myśl nie daje mi spokoju… Długie, starannie wypielęgnowane… Gubię się w domysłach, w JEJ oczach, w sobie… Może trzymają skalpel, może jest fryzjerką albo pielęgniarką wbijającą zastrzyki? Może jest rehabilitantką, masującą krzywe kręgosłupy i zwiotczałe mięśnie?

Nie, nie, to niemożliwe, to zbyt przyziemne. Co ze mnie za przygłup! Przecież ONA ma w sobie coś tak niezwykłego! Nie tylko coś, ale wszystko! Dlatego musi robić rzeczy nadzwyczajne.

Pewnie jest artystką malującą swoje myśli i uczucia, ożywiająca płótna farbami z odcieniem serca. Tak, tak – to najbardziej prawdopodobne. Już widzę w JEJ palcach pędzel, którym potrafi tak cudownie zamieszać w farbach i w mojej głowie, że na skrzydłach palet mogę z nią frunąć w siódme niebo, gdzie zza chmury stanika wschodzą podwójne słońca JEJ pięknych piersi, z których mógłbym ssać bliźniacze natchnienia…

A może jest pianistką potrafiącą kochać z taką harmonią, że wszystko gra, gdy zmysłowymi palcami wyzwala muzykę stokrotnie piękniejszą od tej zapisanej na pięcioliniach, i niepostrzeżenie sama staje się klawiaturą, by sala koncertowa sypialni nadstawiała uszu, chcąc usłyszeć tę muzykę przedziwną, przepływającą przez moje palce dreszczem JEJ doznań…

– Proszę bilety do kontroli! – z zamyślenia wyrywa mnie głos konduktora.

 

15.46 Częstochowa

To niesamowite. Tyle kilometrów przejechanych bez słów, gdy aż tyle w nas się dzieje. Język zmysłów jest nieporównywalnie bogatszy…

Melodyjka z opery „Carmen” budzi jej telefon komórkowy. Widzę jak się nagle zmienia – z tej niebiańskiej istoty o świetlistym spojrzeniu, w nieprzeniknioną i zimną postać upadłego anioła:

– Nie… – rzuciła do komórki. Po chwilce:

– Nie, nie!

– Nie, nie i nie!

– Już nigdy!

– Tak, czekałam, byłam przygotowana…

– Nie, nie, nie, nie!

– Z tobą już nigdy się nie umówię! To naprawdę koniec!!! – krzyczy. Już nie tylko na cały przedział, ale wagon. Stara aż rozdziawiła gębę, a te trzy młode głupkowato spoglądają po na siebie. Też czuję się niezręcznie. Znów gapię się na NIĄ przez szybę. Powoli chłód znika z JEJ twarzy, mrok blednie, światło powraca – razem z uśmiechem. Na nowo czuję z NIĄ tę przedziwną łączność, na chwilę tak brutalnie przerwaną. Zakłócenia zostały usunięte. Nasze myśli  rzucają się sobie w objęcia. Nasze ciała siedzą jeszcze na swoich miejscach.

 

16.16 Radomsko

Nagle sobie o czymś przypomina i zaczyna gorączkowo przeszukiwać wszystko, co ma do przeszukania – od portmonetki poczynając, poprzez kieszenie i torbę, na kosmetyczce kończąc. Na rozkładanym stoliku pod oknem zaczynają się pojawiać drobne pieniążki. Gdy zakończyła, tę jedyną w swoim rodzaju, autorewizję, zaczęła dokładnie przeliczać wysupłane monety. Raz i drugi.

– Brakuje 36 groszy – wyszeptała.

Wyjęła telefon.

– Mamo, za dwadzieścia minut będę w Piotrkowie. Wiesz, głupia sprawa, brakuje mi 36 groszy na bilet autobusowy, bo musiałam kupić droższy bilet u konduktora w pociągu. Moglibyście podjechać po mnie, na dworzec, samochodem? Zepsuty? To nic, nie martw się, nie martw się… Jakoś sobie poradzę… Skoczę do bankomatu… Nie, nic mi się nie stanie… Pa…

Nie wytrzymałem dłużej:

– Przepraszam, że mimochodem usłyszałem… Proszę – tu ma pani złotówkę.

– Wypada to brać pieniądze od obcego faceta? – zaczyna się droczyć.

– Jakiego obcego? Przecież jesteśmy już razem przeszło trzy godziny! Ale jeśli pani nie chce wziąć, to potraktujmy te grosiki jako nieoprocentowaną pożyczkę, dobrze?

– Ale jak ja panu zwrócę?

– Umówmy się, że za rok pojadę tym samym pociągiem i wtedy Pani mi odda…

– A nie mogłabym szybciej?

– Oczywiście, że tak! – serce oszalało mi z radości…

 

16.51 Piotrków Trybunalski

Przedział pustoszeje. Biorę gitarę i plecak. ONA też gotowa do wysiadki. Jakoś ciężko i głupio tak się rozejść bez słowa.

– Mogłaby mi pani powiedzieć, jak trafić do Miejskiego Domu Kultury?

– Jasne. A jaka tam dzisiaj impreza?

– Mam tam taki recitali.

– To pan gra?

– Usiłuję…

– Co?

– Takie tam autorskie pieśni.

– Naprawdę?

– Przecież nie na niby. Co pani taka zdziwiona? Wiem, że to może niezbyt ciekawe zajęcie, ale tak jakoś wyszło…

– A… A czy mogłabym iść na ten pana koncert?

– O… oczywiście.. – wydukałem uszczęśliwiony… Poczułem się jak Adam z fresku Michała Anioła, którego Stwórca obdarza życiem… Nie wiem jak to się stało, ale trzymamy się za ręce… Miłości podobno nie można kupić za żadne pieniądze, a ja tu za …36 groszy płynę nad miastem…  Życie moje – tyś takie piękne! Wiem już też na pewno, że czeka mnie najpiękniejszy koncert…

Nasz wspólny koncert trwa już pięć lat. Mamy trójkę dzieci, dziewczynkę i dwóch chłopców. Przed tygodniem córeczka nagle mnie zapytała:

–Tatusiu, a jak poznałeś mamusię?

– WŁAŚNIE TAK!

 

Autor: Juliusz Wątroba

 

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *