MENU
1.Edward Umiński

W sztuce, jak w ludziach, szukam szczerości i prawdy – Edward Umiński

1 kwietnia 2016 Comments (1) Views: 2246 Widzę

アニメ, ani be – czyli o co chodzi w anime?

homura_tanabata

Autor grafiki: Vip

 

Większość osób nie ma pojęcia, czym jest anime. Ot, kolejne niepojęte słowo, jakich wiele ostatnimi czasy. Niektórzy być może wiedzą, że jest to dosyć szczególny typ animacji rodem z Japonii, ale nie mogą pojąć, czemu miliony osób na świecie ekscytują się jakimiś „chińskimi kreskówkami” – przecież, jak powszechnie wiadomo, kreskówki są dla dzieci. A jako że przeciętny przedstawiciel gatunku homo sapiens uwielbia podchodzić do nieznanych zagadnień metodą „nie znam się, to się wypowiem”, anime często jest krytykowane przez takich ignorantów jako infantylna rozrywka. Tekst ten powstał jako próba walki z takim właśnie niedoinformowaniem. Mam nadzieję, drogi Czytelniku, że dzięki niemu poszerzysz swoje horyzonty.

Co to jest anime? Definicji jest tyle, ile opinii w internecie, ale najpowszechniej przyjmuje się, że anime jest dowolną animowaną produkcją stworzoną w Kraju Kwitnącej Wiśni. Jest to bardzo ogólna definicja i z początku może się ona wydawać bezsensowna – w końcu nie mamy oddzielnych nazw na animacje polskie, francuskie czy amerykańskie. Jednakże kraje azjatyckie są pod wieloma względami dosyć odległe kulturowo od tzw. Zachodu, dlatego też wschodnie animacje różnią się szeregiem cech od swoich zachodnich kuzynów.

Jedną z głównych różnic, widoczną już na pierwszy rzut oka, będzie sfera wizualna albo, jak to się powszechnie mówi, „kreska”. Animacje tworzone w japońskich studiach są o wiele bardziej szczegółowe niż to, co możemy na co dzień zobaczyć w Cartoon Network czy na Nickelodeonie; postacie mają względnie realistyczne proporcje, animacja scen akcji potrafi zachwycić swoją płynnością, a tła mogłyby konkurować z niejednym pejzażem.

Realistycznie narysowane postacie? Piękne tła? Być może niektórym z Was nasunęły się skojarzenia z produkcjami Walta Disneya. Nie bez powodu – miały one bowiem istotny wpływ na kształtowanie się japońskiej kinematografii po II wojnie światowej. Legendarny już ilustrator i animator, Osamu Tezuka, był wielkim fanem Walta Disneya i tworząc podwaliny pod produkcję anime w latach 60., przeszczepił wiele zachodnich pomysłów na rodzimy grunt.

Oczywiście Japończycy nie mogli liczyć na tak zawrotne budżety jak ich amerykańscy koledzy, więc wschodni animatorzy opanowali do perfekcji tzw. ograniczoną animację (ang. limited animation). Zachodnie produkcje stawiają na piedestale przede wszystkim ruch – wystarczy przyjrzeć się dowolnej bajce Walta Disneya, żeby zauważyć, że w każdej scenie jest przynajmniej kilka bądź nawet kilkanaście animowanych obiektów. Taki zabieg gwałtownie podnosi jednak koszta, dlatego też w anime o wiele częściej używa się atrakcyjnego kadrowania, co koncentruje uwagę widza na szczegółach, a jednocześnie pozwala ukryć ograniczoną ilość animacji.

Jednak różnice między anime a kreskówkami nie ograniczają się wyłącznie do sfery graficznej. Również pod względem sposobu prowadzenia fabuły japońskie filmy i seriale dalece odbiegają od tego, co przyjęto jako standard na Zachodzie. Znacząca część animacji amerykańskich tworzona jest z myślą o dzieciach, stąd też epizodyczna natura i uproszczony przekaz wielu tamtejszych seriali. Nikt nie oczekuje fabularnej głębi czy też skomplikowanych rozterek moralnych w Atomówkach czy Scooby Doo. Azjatyccy scenarzyści są z kolei znani ze swych pokręconych i zawiłych historii, opowiadanych jednym ciągiem niczym w najlepszych serialach aktorskich. Tak dynamicznych, pełnych zwrotów akcji opowieści próżno szukać w ofercie niedzielnych kreskówek dla dzieci. To, czym od kilkunastu lat zachwycają się widzowie seriali takich jak Zagubieni albo Breaking Bad, w anime jest standardem od dekad.

O wiele bardziej zróżnicowana jest też tematyka w japońskich produkcjach. Anime ma wielu docelowych widzów; niektóre seriale, jak chociażby znana na całym świecie seria Pokémon, są wyraźnie skierowane do dzieci. Dragon Ball czy Sailor Moon to pozycje dla nastolatków. Ale istnieją też dzieła o wiele dojrzalsze, poruszające poważną tematykę – wspomnę tutaj o Grobowcu świetlików, który opowiada tragiczną historię rodzeństwa starającego się przetrwać na własną rękę po tym, jak ich matka umiera podczas nalotu bombowego na Kobe. Film ten często jest porównywany z Listą Schindlera, co już samo w sobie wiele mówi o jego jakości. Z kolei tytuły z cyklu Mobile Suit Gundam, pełne zapierających dech w piersi pojedynków wielkich robotów, są również opowieściami o wojennych dramatach i często mają niezwykle pacyfistyczne przesłanie. A już największą zagwozdką będzie chyba Hōrō Musuko – bo próżno w zachodniej telewizji szukać poważnego serialu o zagadnieniach związanych z tożsamością płci.

Czy to oznacza, że wszystkie serie anime to niezapomniane klasyki, podstępnie ukryte przed zachodnią widownią? Oczywiście, że nie. Tak jak we wszystkich telewizjach świata, na każdy znakomity tytuł przypada dziesięć przeciętniaków. Pełno jest sztampowych historyjek miłosnych o licealiście otoczonym wianuszkiem biuściastych, stereotypowo przedstawionych koleżanek. Ale nie inaczej jest u nas na Zachodzie – żeby mogły powstawać znakomite seriale jak Gra o tron czy Wikingowie, trzeba przeboleć 6538. odcinek Mody na sukces czy też enty klon CSI: Zagadki kryminalne.

Anime produkowane jest prawie wyłącznie z myślą o rynku japońskim, ale nie przeszkodziło to wschodnim animacjom w zdobyciu olbrzymiej popularności również poza granicami Kraju Wschodzącego Słońca. Legalne kopie były początkowo horrendalnie drogie, niezwykle trudne do dostania i zazwyczaj nie posiadały żadnego tłumaczenia, dlatego też głównym medium dystrybucji stały się pirackie kasety VHS z dorobionymi fanowskimi tłumaczeniami. To właśnie scena piracka była w głównej mierze odpowiedzialna za rozpropagowanie anime wśród zachodnich fanów. Z czasem, wyczuwając zysk w tej rynkowej niszy, oficjalni wydawcy zaczęli rozszerzać swą ofertę o w pełni przetłumaczone serie. Niestety, nawet dzisiaj bardzo wiele serii nigdy nie zostaje oficjalnie wydanych poza granicami Japonii, więc po dziś dzień, dzięki potędze, jaką stał się powszechny dostęp do internetu, codziennie wypuszczane są dziesiątki, jeżeli nie setki odcinków z pirackimi tłumaczeniami.

A jak to wszystko wygląda w kontekście polskim? Wiele osób będzie kojarzyło anime dzięki Pokémonom i innym typowo dziecięcym seriom, emitowanym na TVN-ie i Polsacie w godzinach porannych. Popołudniami na nieistniejącym już kanale RTL7 puszczane były natomiast kultowe serie, takie jak Dragon BallSlayers czy Rycerze Zodiaku. Mało kto zdaje sobie sprawę, że prawie każdy Polak widział całkiem sporo odcinków anime, nawet jeśli nie był tego świadomy. Jak to możliwe? Otóż w latach 80. i 90. w polskiej telewizji wyświetlany był serial Mitsubachi Māya no bōken, a od 1993 roku na TVP1 jako wieczorynka puszczana była seria Tanoshii Mūmin ikka. Jeżeli te nazwy nic Wam nie mówią, to przytoczę może ich polskie tytuły – Pszczółka Maja oraz Muminki! Tak jest, te kultowe już produkcje to nic innego jak właśnie anime.

Mądra osoba powiedziała kiedyś, żeby „nie oceniać książki po okładce”. Niestety, wiele osób lekceważy anime już od momentu kiedy tylko się dowie, że są to animacje. A jednak dzięki ich niezwykłej głębi mogą one śmiało konkurować z najambitniejszymi produkcjami zachodnimi. Dlatego też życzę zarówno Wam, jak i samemu sobie, żeby z czasem coraz więcej osób potrafiło dostrzec, że anime to coś więcej niż tylko „głupie chińskie kreskówki”.

 

 

Autor: Vip

Redakcja i korekta: Anna Maślanka

Druga korekta: Dorota Bury

Autor grafiki: Vip

 

 

Tags: , , , , ,

Komentarze do アニメ, ani be – czyli o co chodzi w anime?

  1. Dżizas! pisze:

    Hm… „większość ludzi nie wie co to anime” buhahahaha… wątpię… Jako gatunek homo sapiens przestrzegam przed taką pretensjonalnością i protekcjonalnym traktowaniem Czytelnika. Nie wystarczy pisać do nas z wielkiej litery aby okazać szacunek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *